Komu służy służba?

Komu służy służba?

Rozmowa z Jerzym Szmajdzińskim, wicemarszałekiem Sejmu Nad służbami specjalnymi nikt nie panuje. Siedem punktów, jak je kontrolować – Znów służby specjalne są w centrum wydarzeń. Podsłuchują ministrów, podsłuchują dziennikarzy, materiały przez nie gromadzone służą do partyjnych wojen. Co się dzieje? – Ujawniły się wszystkie zaniechania po rządach PiS. Rządach, w których służby specjalne odgrywały istotną rolę. Po wyborach 2007 r. nie uczyniono niczego, co by wzmacniało cywilną i demokratyczną kontrolę nad służbami specjalnymi, zmieniono tylko część ludzi. Nie przeprowadzono żadnych rozwiązań o charakterze systemowym. Ani premier, ani jego ekipa nie mieli ku temu ani woli, ani serca. A problem zauważyli dopiero wtedy, kiedy służby specjalne jednym działaniem obaliły kilku ministrów, kilku sekretarzy stanu. – Mówi pan o Mariuszu Kamińskim i CBA, i aferze hazardowej. – Tu służby pokazały swoje możliwości. – Służby mają to do siebie, że chętnie spod kontroli uciekają. – Ale czy mamy do czynienia z jakąkolwiek efektywną kontrolą? Przecież nie można mówić o kontroli polegającej na tym, że członek Rady Naczelnej Platformy Obywatelskiej zostaje szefem jednej z agencji i my uważamy, że to jest kontrola. A tak niektórzy to pojmują. Otóż to jest kompletny absurd. W Polsce mamy dziś tylko znamiona kontroli i fasadowe instytucje kontroli – premiera z koordynatorem, który nie ma nawet ośrodka analitycznego. Z kolei sejmowa Komisja ds. Służb Specjalnych nie ma odpowiednich instrumentów. I każdy funkcjonariusz wzywany przed jej oblicze może mówić, co mu w duszy gra, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności. – A kontrola na dole? Mamy w Polsce kilkanaście służb specjalnych, utrzymujących na etatach tysiące ludzi, rocznie kosztują nas one prawie 1 mld zł. Mogą werbować agentów, inwigilować obywateli. Czy ktoś nad tym panuje? – To oczywiste, że nikt nad tym nie panuje. Dlatego, że sądy z automatu dają zgodę na podsłuch. Prokuratorzy nie prowadzą żadnej weryfikacji tych działań, a następnie nie prowadzą żadnej kontroli. A służby specjalne to wykorzystują. Wprowadzenie instytucji zakupu kontrolowanego, świadka koronnego i prowokacji policyjnej miało służyć wyposażeniu służb w skuteczniejsze instrumenty. Ale one miały być stosowane w przypadkach szczególnych. Tymczasem z przypadków szczególnych, bez żadnych procedur, te instytucje stały się powszechne. Istota prowokacji policyjnej nie polega na tym, że typujemy słabą osobę, rzucamy na nią agenta Tomka, czekamy dwa lata, aż Tomek będzie mógł dać pieniądze, i łapiemy za korupcję. Z ludźmi w kominiarkach, którzy dokonują filmowanej akcji, bo czasy PiS to były czasy, w których uznawano, że nie ma ludzi niewinnych, są tylko… – …źle skontrolowani. – Prowokacja stała się w funkcjonowaniu CBA podstawową formą działania. Nie zapobieganie, nie wykrywanie – tylko prowokowanie. Takie państwo jest bliskie państwu totalitarnemu, a nie demokratycznemu. – Służby mają potężne możliwości, ich kontrola jest iluzoryczna, mogą robić, co chcą. – I dysponują gigantyczną wiedzą, która jeśli nie podlega rygorom kontroli odpowiednich procedur, może być wykorzystywana w rozmaity sposób. Nie tylko na użytek polityczny, lecz także prywatny. – Przykład wiceszefa ABW płk. Jacka Mąki, który wykorzystał podsłuchy do prywatnego procesu. – To jeden z przykładów. Ale wyobrażam sobie również takie patologie, że jakiś funkcjonariusz na niskim szczeblu ma pewną wiedzę i wykorzystuje ją bezpośrednio w relacjach z przedsiębiorcą, z kimś jeszcze. – W odpowiedzi na tę sytuację zaprezentował pan swój plan – siedmiopunktowy, dotyczący wzmocnienia cywilnej kontroli nad służbami. – Uznałem, że odpowiadanie na pytania, a co tam z hazardem, a co tam z Kamińskim, a co z podsłuchiwanymi dziennikarzami, a komisja śledcza… że to zawracanie głowy. Jasne – trzeba to wyjaśnić. Ale nie w tym jest problem. – A w czym? – Bo jak podsłuchiwani są red. Rymanowski i red. Gmyz, to jest wielkie larum, natomiast jak to jest polityk – nie ma żadnego larum. Red. Rymanowski, tego przykładu będę się trzymał, nigdy, jak dostał podobnego rodzaju materiały, nie pytał, czy zostały one wytworzone zgodnie z prawem, czy też niezgodnie, więc w ewentualnym procesie będą bezwartościowe. Czy kogoś krzywdzą. Nie pytał, tylko – twierdząc, że w interesie społecznym – zajmował się ich zawartością. Dziś więc, gdyby się trzymać tej logiki, ktoś powinien przeanalizować te 200 stron podsłuchów, które są dostępne w sądzie – może wtedy zorientujemy się, o czym panowie rozmawiali i dlaczego te materiały nie zostały zniszczone. Może się dowiemy czegoś interesującego. – A czego? – To co wie cała Warszawa.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2009, 43/2009

Kategorie: Kraj