Aborcyjny Dream Team pomógł tysiącom kobiet

Aborcyjny Dream Team pomógł tysiącom kobiet

Polskie aktywistki zbudowały prawdziwy system – legalną, prężnie działającą sieć wsparcia i informacji

Jarosław Kaczyński właśnie wygłasza swoje niesławne przemówienie. Przez kraj przetaczają się dyskusje, czy w sprawie aborcji potrzebne jest referendum. Jedni radzą, by nie protestować w kościołach, drudzy – wręcz przeciwnie. Na ulice setek miast i miasteczek wciąż wychodzą wkurzeni ludzie.

Tymczasem gdzieś obok dzieje się – i będzie się działo – coś równie ważnego. Dziewczyny z Aborcyjnego Dream Teamu robią swoją robotę. Justyna Wydrzyńska, Karolina Więckiewicz, Kinga Jelińska, Dunia Jelińska, Natalia Broniarczyk – i wiele współpracujących z nimi aktywistek – ogarniają to, czego od dekad nie zapewnia Polkom system: dostęp do bezpiecznej i legalnej aborcji. Teraz, po decyzji Trybunału Konstytucyjnego, mają jeszcze więcej pracy.

Alternatywny system aborcyjny

– Dla nas ten wyrok jest kuriozalny – mówi Karolina Więckiewicz w przekazie transmitowanym na żywo na stronie inicjatywy na Facebooku. – On się absolutnie nie broni, także dlatego, że Trybunał jest absolutnie skompromitowany i zasiadają w nim osoby, które wykonują zadania związane z linią polityczną partii rządzącej. I dlatego, że pod względem prawnym wszystkie argumenty przyjęte w czwartek są nie do przyjęcia. To jest w mojej ocenie – również prawniczki – jeden z największych bubli prawnych, jakie widział ten świat. (…) Wyrok nie został jeszcze opublikowany, ale nie ma wątpliwości, że już działa. Zmieniła się sytuacja około tysiąca osób w Polsce, które [dotychczas] miały aborcje w ramach publicznej opieki zdrowotnej.

– 22 października władza pseudotogami Trybunału Konstytucyjnego powiedziała nam: jesteście same, radźcie sobie same, nie obchodzą nas wasze życia – dodaje Kinga Jelińska. – W przemocowy i wyjątkowo cyniczny sposób powiedziała nam „wypierdalaj”. My odwzajemniamy ten sentyment, z tą różnicą, że jest nas masa i że mówimy wprost i bez ogródek „wypierdalaj” – na transparentach. To, co dzieje się na ulicach, to walka z opresyjnym systemem i wielowątkowym fundamentalizmem.

Choć dziewczyny są oburzone i nie ukrywają zmęczenia lawiną telefonów i mejli, która spadła na nie w ostatnich dniach, w znakomicie przygotowanym wideo krok po kroku wyjaśniają, co zrobić, gdy jesteśmy w potrzebie. Mają profesjonalne materiały informacyjne, a nawet wsparcie tłumaczek migowych.

Czy o tym, co robi ADT, wolno głośno mówić? Czy to jest owo słynne „podziemie aborcyjne”? Dziewczyny trochę śmieją się z tej nazwy. Bo podziemie w ich wykonaniu wygląda zupełnie inaczej, niż może się wydawać. To nie ukryte gabinety na zapleczu warsztatów samochodowych, zakonspirowane ogłoszenia drobne o „wywoływaniu miesiączki” czy nieznanej reputacji ginekolodzy, którzy bez medycznej asysty i sprzętu dorabiają po godzinach. Aktywistki aborcyjne zbudowały w Polsce prawdziwy system – legalną, prężnie działającą sieć wsparcia i informacji. Sojuszniczki za granicą uzupełniają ją o to, co nie jest dozwolone u nas, czyli organizują wyjazdy do klinik aborcyjnych w takich krajach jak Holandia, Wielka Brytania, Niemcy (i nie tylko), zapewniają też wsparcie finansowe tym, które nie mogą sobie pozwolić na opłacenie zabiegu. Wśród wspierających są takie organizacje jak ANA (Abortion Network Amsterdam), Ciocia Basia z Berlina oraz londyńska Abortion Support Network.

Działalność w Czechach rozkręca także zupełnie nowa inicjatywa – Ciocia Czesia. Do tej pory Czechy nie były wymieniane jako kraj, w którym Polki mogą dokonywać aborcji. Obowiązuje tam ustawa zezwalająca klinikom na zabiegi jedynie dla osób ze stałym pobytem. Jednak w 2016 r., na fali czarnych protestów w Polsce, czeskie Ministerstwo Zdrowia wydało oficjalne stanowisko, w którym – powołując się na unijną legislację dotyczącą swobodnego przypływu osób i usług – potwierdza, że przeprowadzanie w Czechach aborcji u osób z obywatelstwem UE jest legalne.

– Jesteśmy w trakcie tworzenia bazy placówek skłonnych pomagać oraz bazy wolontariuszy – mówi mi Ciocia Czesia. – Tworzymy sieć kontaktów, rozmawiamy z osobami prawniczymi (Ciocia Czesia dba o niedyskryminujący język, uwzględniający osoby każdej płci wykonujące ten zawód), żeby służyć rzetelną informacją.

Na Facebooku można już śledzić profil inicjatywy (wystarczy wpisać w wyszukiwarkę Ciocia Czesia) i być na bieżąco z informacjami o możliwościach dokonania aborcji w Czechach. Prowadzona jest również zbiórka środków na wsparcie osób, które nie będą mogły pozwolić sobie na opłacenie zabiegu.

W mediach społecznościowych chęć pomocy zgłaszają też zwykłe dziewczyny, mieszkające za granicą i oferujące wszelkie wsparcie logistyczno-noclegowe decydującym się na aborcję poza terytorium Polski.

Jedynie dla uprzywilejowanych? Już nie

I wreszcie są lokalne działaczki, rozsiane po Polsce, rozpowszechniające materiały, m.in. wlepki, ulotki i plakaty. Aktywistką (czy aktywistą) może zostać zresztą każda osoba. W ramach akcji „Powiedz komuś o »Aborcja bez granic«” można w różnej formie (np. przez media społecznościowe czy wydrukowane materiały) udostępniać w swoim otoczeniu informacje o inicjatywach Aborcyjnego Dream Teamu i bezpiecznej aborcji. Czy jednak mogą one dotrzeć tam, gdzie są najbardziej potrzebne – do osób nieznających feministycznych miejsc w internecie, niemieszkających w dużych miastach?

– Spotykamy się z wieloma organizacjami praktycznie w każdym zakątku kraju. I to wcale nie są tylko duże miejscowości. Lokalne aktywistki informację i wiedzę o nas przekazują w świat. W ten sposób pomogłyśmy już tysiącom kobiet, a na naszym forum zarejestrowanych jest tysiące użytkowników i użytkowniczek, informujących się wzajemnie. Piszą np.: „Słyszałam/słyszałem o takiej organizacji, która wysyła tabletki do Polski”. Nazwałabym to wiedzą szeptaną i uważam, że to najlepszy sposób przekazywania informacji – mówiła Justyna Wydrzyńska, gdy rozmawiałyśmy w grudniu 2019 r., przy okazji powstania inicjatywy „Aborcja bez granic”, okrzykniętej wtedy przez media „funduszem aborcyjnym”. To dzięki niej o Aborcyjnym Dream Teamie zrobiło się wówczas głośno, a Polki otrzymały jasny przekaz, że wszystkie osoby z Polski, które nie mogą opłacić zabiegu, otrzymają wsparcie finansowe.

Jednak wciąż nie wszyscy wiedzą o ADT i sposobach na legalną i bezpieczną aborcję. Dlatego dziewczyny zbierają pieniądze na kampanie informacyjne, by docierać do najdalszych zakątków. Na stronie prowadzonej przez nich zbiórki zapowiadają, że jeśli wystarczy im środków… zorganizują nawet własną furgonetkę, w odpowiedzi na antyaborcyjne samochody fundacji Pro-Prawo do Życia. I jest to już realna perspektywa. Zebrana suma dawno przekroczyła milion złotych. Jak podkreślają dziewczyny, to na długo zapewni im możliwość dalszej pracy, bez obaw, że nie starczy na kolejne wlepki, plakaty, bilbordy czy inne formy masowego upowszechniania wiedzy o aborcji. Tym samym decyzja o zaostrzeniu prawa aborcyjnego stała się w pewnym sensie… wsparciem marketingowym dla polskich inicjatyw aborcyjnych.

Aborcja nie tylko w szpitalu

Jakie w tej chwili legalne możliwości terminacji ciąży mają Polki? Poza przeprowadzeniem aborcji w Polsce przez lekarza (teraz to już tylko dwa przypadki – gdy ciąża jest skutkiem czynu zabronionego i gdy zagraża życiu lub zdrowiu ciężarnej) należy wymienić te mniej oczywiste.

Po pierwsze, dzięki aktywistkom aborcyjnym Polki dowiadują się, że aborcja nie musi być zabiegiem przeprowadzonym w szpitalu czy w gabinecie ginekologicznym ani procedurą niebezpieczną. Dziewczyny z ADT mówią nie tylko o aborcji chirurgicznej za granicą, ale też o aborcji medycznej, przeprowadzanej za pomocą legalnych środków farmakologicznych we własnym domu, przypominającej w przebiegu spontaniczne poronienie.

Środki do przeprowadzenia bezpiecznej domowej aborcji są dość łatwe do zdobycia dzięki zagranicznemu wsparciu (polskojęzyczna strona womenonweb.org/pl lub womenhelp.org/pl). Rzetelnym źródłem informacji o procedurach aborcyjnych są więc przede wszystkim strony Aborcyjnego Dream Teamu i „Aborcji bez granic”. Tam też dowiemy się więcej na temat bezpieczeństwa oraz tego, do kiedy aborcję można przeprowadzić.

Należy jednak uważać na internetowe ogłoszenia z ofertami sprzedaży pigułek aborcyjnych. Nie powinno się z nich korzystać, bo dystrybucja tych środków w Polsce jest nielegalna. W przypadku ujęcia handlarza dane kontaktowe kupujących na pewno dostaną się w ręce organów ścigania. Wprawdzie osoby, które miały aborcję, nie są ścigane przez prawo, ale mogą zostać wezwane w charakterze świadka. Lepiej oszczędzić sobie takich przygód.

Zgodnie z Ustawą o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży z 1993 r. „nie podlega karze matka dziecka poczętego”. Oznacza to, że za aborcję medyczną, przeprowadzoną samodzielnie przez osobę w ciąży za pomocą otrzymanych przez nią środków, nikt nie może jej ukarać. Środki stosowane do przeprowadzenia aborcji są legalnie dystrybuowane za granicą, po konsultacji lekarskiej. Polki mogą ją odbywać zdalnie (na wyżej wymienionych stronach zagranicznych inicjatyw Women on Web czy Women Help Women), a następnie otrzymać przesyłkę.

Alternatywą dla farmakologii jest aborcja chirurgiczna za granicą. Ciężarne decydują się na nią z różnych względów, takich jak lęk przed samodzielnym wywołaniem poronienia, obawa przed powikłaniami – lub jeśli procedura domowa okaże się nieskuteczna (choć nie są to częste przypadki).

Teraz, po orzeczeniu pisowskiego Trybunału Konstytucyjnego, chirurgiczna aborcja za granicą będzie wyjściem dla osób, u których stwierdzono wady płodu (do tej pory w Polsce wykonywano legalnie około tysiąca takich aborcji rocznie). Można jej dokonać za granicą, zgodnie z prawem państwa, do którego ciężarna zdecyduje się wyjechać. – Nic nam wtedy nie grozi. Polskie prawo nie działa i nie terroryzuje nas za granicą – wyjaśniają dziewczyny. Nie musimy więc się obawiać, że spotka nas odpowiedzialność po powrocie do Polski.

Co ze wspieraniem chcących dokonać aborcji? W mediach można trafić na alarmujące artykuły dotyczące nielegalności pomocnictwa w jej wykonaniu. Dlaczego zatem Aborcyjny Dream Team może działać? Karolina Więckiewicz: – Żaden z aspektów działania „Aborcji bez granic” czy Aborcyjnego Dream Teamu nie jest działaniem nielegalnym, którym miałyby się zająć organy ścigania. Mamy prawo udzielać informacji, a osoby w niechcianej ciąży mają prawo tej informacji poszukiwać i korzystać z oferowanego wsparcia finansowego.

Obowiązuje więc zasada: informacja tak, finansowanie (na terenie Polski) czy fizyczna pomoc w aborcji – nie. Dziewczyny wyjaśniają to szczegółowo na stronach Aborcyjnego Dream Teamu. Służą również wsparciem prawnym.

Te przeklęte baby

Środowiska anti-choice nie znalazły sposobu na to, by poradzić sobie z kłopotem, jaki bez wątpienia stanowią dla nich aborcyjne aktywistki. Dodatkową żabą do przełknięcia jest problem wizerunkowy. Tu ciekawostka – w czwartek, 22 października, na antenie TVP, tuż po ogłoszeniu wyroku Trybunału, odbyła się debata na temat aborcji. Wzięła w niej udział posłanka Lewicy Katarzyna Kotula. Mimo że współuczestnicy i prowadzący próbowali zakrzyczeć polityczkę, ta bez zająknięcia wyrecytowała wszystkie ważne fakty dotyczące możliwości dokonywania aborcji przez Polki. Widzowie TVP mogli posłuchać o przygranicznych klinikach aborcyjnych i dowiedzieć się, że aborcji można dokonać w domu za pomocą tabletek i że robi to rocznie 120-150 tys. kobiet.

Podobnie było rok wcześniej. Tuż po ogłoszeniu inicjatywy „Aborcja bez granic” organizacja Ordo Iuris i rzecznik praw dziecka Mikołaj Pawlak poinformowali o złożeniu do prokuratury zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa. „Według mnie propozycje, które na tych stronach są przedstawiane, to pomocnictwo w popełnieniu przestępstw, czyli naruszania polskiego prawa aborcyjnego i przepisów Kodeksu karnego, chociażby art. 152 par. 2 k.k. Dotyczy to nakłaniania, organizowania i finansowania nielegalnej aborcji”, mówił Mikołaj Pawlak.

Po pierwsze, „fundusz aborcyjny” jest prowadzony nie przez osoby mieszkające w Polsce, lecz przez organizację Abortion Support Network, działającą za granicą. Po drugie, jeśli chodzi o nielegalne „namawianie do aborcji”, najczęściej mamy do czynienia z przypadkami skazań osób, które rzeczywiście nakłaniały do aborcji swoje partnerki. Robiły to wbrew ich woli bądź płaciły za aborcję – ewentualnie brały udział w transporcie ciężarnej do zagranicznej kliniki. To sytuacje, które da się formalnie udowodnić. Jak wspomniała jedna z prawniczek Aborcyjnego Dream Teamu, udzielanie informacji do nich nie należy. Gdyby państwo chciało za to karać, musiałoby analogicznie ukarać… fundacje typu Pro-Prawo do Życia czy prawicowe media. Te bowiem wielokrotnie w swoich materiałach – w których dziewczyny z Aborcyjnego Dream Teamu były oczywiście przedstawiane w negatywnym świetle – pokazywały plakaty z numerem telefonu i adresem mejlowym, na które osoby potrzebujące aborcji mogą pisać i dzwonić. W ten sposób numer, który dziś zna już chyba cała Polska (22 29 22 597), trafiał nawet do najzagorzalszych przeciwników i przeciwniczek aborcji. „Samozaoranie”, jak mawia młodzież.

a.brzeska@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Adam Stępień/Agencja Gazeta

Wydanie: 45/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy