Konflikt o cenę prądu

Konflikt o cenę prądu

Firmy dostarczające energię chciałyby swobodnie ustalać, ile powinni im płacić klienci indywidualni. Na razie jednak na tym rynku nie ma wolnoamerykanki

Zgodnie z prawem energetycznym firmy dostarczające prąd do naszych mieszkań są zobowiązane co roku przedstawiać prezesowi Urzędu Regulacji Energetyki cenniki do zatwierdzenia. I przedstawiają – z wyjątkiem jednej. Tak się składa, że polskie grupy energetyczne pod koniec grudnia zgodnie składają propozycje nowych taryf do URE. Wyłamuje się natomiast niemiecka spółka RWE Polska, która uważa, że nie musi uzyskiwać akceptacji swoich cenników przez naszego regulatora. Jej kontestacja jest bardzo skuteczna, bo gdy cenniki pozostałych dostawców są nadzorowane przez prezesa URE, RWE Polska od sześciu lat narzuca klientom takie taryfy, jakie sama uznaje za stosowne.
Walka RWE Polska o swobodę w ustalaniu cenników ma oczywiście konkretny wymiar finansowy. Ceny prądu dostarczanego przez różnych dostawców trudno porównywać. Każda grupa energetyczna stosuje wiele odmiennych stawek, w zależności od tego, do jakiego rejonu dostarcza prąd, na jakich zasadach go kupuje, ile nabywa energii odnawialnej, jakie ma składniki zmienne opłaty dystrybucyjnej, jak ustala sobie koszty obsługi klienta itp. Urząd Regulacji Energetyki obliczył jednak, że w tym roku cena kilowatogodziny energii wynosi (bez rozmaitych opłat dodatkowych) w Polskiej Grupie Energetycznej 0,2838 zł, w Enei 0,2845, w Tauronie 0,2758, a w RWE Polska 0,2878 zł – czyli najdrożej.
Przeciętne gospodarstwo domowe w Polsce zużywa ponad 2 tys. kWh energii rocznie, więc bonus w wysokości kilku groszy na kilowatogodzinie przekłada się na sto kilkadziesiąt złotych różnicy w rocznym rachunku za prąd. Nie jest to gigantyczna suma, choć każdy wolałby, aby takie pieniądze zostały mu w portfelu. Dla firmy energetycznej ta kilkugroszowa różnica oznacza jednak dziesiątki milionów złotych dodatkowego czystego zysku rocznie. Jest więc o co się bić.

Może nam nakukać

RWE Polska bije się z URE od 2007 r. Spółka jest częścią niemieckiego koncernu energetycznego RWE, co wyraża się też w składzie kierownictwa. Przewodniczącą Rady Nadzorczej RWE Polska jest Marie-Theres Thiell, a prezesem zarządu Filip Thon. W 2002 r. koncern RWE kupił od skarbu państwa warszawski STOEN. Dziś RWE Polska obsługuje mniej więcej milion odbiorców w stolicy i w okolicach, dostarczając ponad 6% zużywanej w Polsce energii. Zgodnie z obecnie obowiązującą kulturą korporacyjną, RWE Polska nader skąpo informuje o konkretach dotyczących swojej działalności. Na temat sporu o zatwierdzanie taryf przedstawicielka spółki Aleksandra Smolarska mówi: – RWE Polska została skutecznie zwolniona z obowiązku przedkładania taryf do zatwierdzenia z dniem 1 lipca 2007 r. Od tego dnia spółka wprowadza ceny sprzedaży energii na podstawie decyzji zarządu. Jednocześnie RWE Polska odpowiada na wezwanie Urzędu Regulacji Energetyki, przedstawiając taryfę na sprzedaż energii elektrycznej do zatwierdzenia przez prezesa URE.
Druga strona, czyli nasz Urząd Regulacji Energetyki, uważa, że spółka RWE Polska nie została skutecznie zwolniona z obowiązku przedkładania taryf do zatwierdzania. Natomiast jeśli chodzi o samo przedstawianie ich na wezwanie regulatora, to – jak wyjaśnia rzeczniczka URE Agnieszka Głośniewska – RWE Polska rzeczywiście taryfy przedstawia, tyle że są one nie do zatwierdzenia, bo zawierają zbyt wysokie stawki.
Dodajmy jednak, że spółka RWE Polska nie przejmuje się tym, iż URE nie zatwierdza jej cenników, i uznaje, że skoro na wezwanie regulatora prezentuje mu nowe taryfy, to wypełnia swoje obowiązki. A że URE ich nie akceptuje, to już jego problem… Trudno, spółka musi zatem stosować taryfy bez zgody urzędu. Urząd zaś ma oczywiście święte prawo do krytycznego oceniania takiej praktyki.

Uwalniają i cofają

Gospodarstwa domowe są dziś jedyną grupą odbiorców w Polsce kupującą energię elektryczną po cenach regulowanych. Urząd Regulacji Energetyki w 2008 r. uwolnił ceny prądu dla przedsiębiorstw, wychodząc z założenia, że producenci mogą przerzucać koszty energii na klientów. Gospodarstwa domowe już nie mają na kogo, powinny więc być chronione przed dużymi podwyżkami cen prądu. Dlatego właśnie prezes URE ma prawo zatwierdzić – bądź nie – proponowane przez firmy energetyczne taryfy dla odbiorców indywidualnych.
Rzecz jasna, dostawcy energii nie od dziś lobbują za uwolnieniem cen także dla gospodarstw domowych. Już w czerwcu 2001 r. ówczesny prezes URE pod ich naciskiem opublikował stanowisko „W sprawie zwolnienia przedsiębiorstw zajmujących się wytwarzaniem i obrotem energią elektryczną z obowiązku przedkładania taryf do zatwierdzenia”, według którego obowiązek ów miał wygasnąć z dniem 1 lipca 2007 r. (na to właśnie stanowisko powoływała się przedstawicielka RWE Polska). Stanowisko nie jest jednak decyzją władczą, tym bardziej że nie wymienia ono RWE Polska jako podmiotu zwolnionego z obowiązku zatwierdzania taryf. Dlatego w listopadzie 2007 r. nowy prezes URE Adam Szafrański, zdecydowany zwolennik wolnych cen energii dla wszystkich odbiorców, wydał postanowienie zwalniające sprzedawców energii z obowiązku przedkładania taryf do zatwierdzenia.
Premier Jarosław Kaczyński natychmiast odwołał go za to ze stanowiska, uważając, że decyzja prezesa URE obciąży gospodarstwa domowe wysokimi kosztami podwyżek cen prądu. Kolejny szef URE Mariusz Swora wstrzymał wykonanie decyzji poprzednika. Cenniki powinny być więc wciąż składane do zaakceptowania przez prezesa URE – ale spółka RWE Polska tego nie robiła. Podobnie zachowywał się szwedzki dostawca prądu, koncern Vattenfall (w 2011 r. wycofał się z Polski i sprzedał aktywa).
W odpowiedzi regulator zagroził wielomilionowymi karami. „Przedsiębiorstwo energetyczne, które stosuje ceny i taryfy, nie przestrzegając obowiązku ich przedstawienia prezesowi URE do zatwierdzenia (…), podlega karze do wysokości 15% przychodu, osiągniętego w poprzednim roku podatkowym”, oświadczył szef Urzędu Regulacji Energetyki. RWE Polska nie ustąpiła, sprawa trafiła do sądu. Decyzję URE zaskarżyli także polscy dostawcy prądu, tyle że oni, w odróżnieniu od niemieckiej firmy, godzili się na ingerencję regulatora w ich taryfy.

Robimy to, co chcemy

W ciągu czterech lat spór o zatwierdzanie cenników przeszedł przez wszystkie instancje, aż wreszcie w styczniu 2011 r. Sąd Najwyższy wydał wyrok. Korzystny dla RWE Polska. Stwierdził w nim: „Na mocy stanowiska prezesa URE z 28 czerwca 2001 r. powodowa spółka (RWE Polska S.A.) nie była obowiązana do przedkładania do zatwierdzenia taryf dla swoich odbiorców po dniu 1 lipca 2007 r.”.
W międzyczasie jednak, gdy sprawa sądowa jeszcze trwała, prezes Mariusz Swora w marcu 2010 r. wydał decyzję, która cofnęła RWE Polska zwolnienie z obowiązku przedkładania taryf do zatwierdzenia i nadał swojej decyzji rygor natychmiastowej wykonalności. Zapłacił za to dymisją, bo ówczesny wicepremier Waldemar Pawlak, gorący zwolennik wolnych cen prądu dla gospodarstw domowych, doprowadził do jego odwołania przez premiera Tuska.
– Prezes URE widział potrzebę ochrony odbiorców energii z gospodarstw domowych. W związku z jego decyzją przedsiębiorstwa energetyczne mają obecnie obowiązek przedkładania prezesowi URE do zatwierdzenia taryfy na usługi przesyłu i dystrybucji energii elektrycznej w pełnym zakresie, a w odniesieniu do sprzedaży energii – dla odbiorców z grup taryfowych G (czyli gospodarstw domowych) – wyjaśnia rzeczniczka URE Agnieszka Głośniewska.
RWE Polska nie przyjęła do wiadomości tej decyzji regulatora. Odwołała się od niej do sądu i nadal uważa, że nie musi uzyskiwać akceptacji prezesa URE dla swoich taryf. Obecny prezes URE Marek Woszczyk nie zmienił decyzji poprzednika. Ceny energii dla odbiorców indywidualnych zostaną uwolnione najprawdopodobniej w 2015 r. i nie ma żadnych powodów, by spółka RWE Polska mogła wcześniej na własną rękę stosować dowolne stawki opłat za prąd.
Szefowie RWE Polska uważają jednak, że przez cały czas wolno im wyznaczać takie ceny energii dla swoich klientów, jakie uznają za stosowne. Dopóki sporu ponownie nie rozstrzygną sądy, RWE Polska będzie nadal ignorować decyzje regulatora. W kwietniu sprawą zajmie się Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, ale na pewno nie skończy się na wyroku tylko jednej instancji.

Czas na zmianę?

Należy zauważyć, że URE ma niewielkie szanse na zwycięstwo w tym konflikcie. Zasady zwolnień z obowiązku przedkładania taryf do akceptacji reguluje art. 49 ustawy Prawo energetyczne, który mówi: „Prezes URE może zwolnić przedsiębiorstwo energetyczne z obowiązku przedkładania taryf do zatwierdzenia, jeżeli stwierdzi, że działa ono w warunkach konkurencji, albo cofnąć udzielone zwolnienie w przypadku ustania warunków uzasadniających zwolnienie. (…) Przy podejmowaniu decyzji prezes URE bierze pod uwagę takie cechy rynku paliw lub energii, jak: liczba uczestników i wielkości ich udziałów w rynku, przejrzystość struktury i zasad funkcjonowania rynku, istnienie barier dostępu do rynku, równoprawne traktowanie uczestników rynku, dostęp do informacji rynkowej, skuteczność kontroli i zabezpieczeń przed wykorzystywaniem pozycji ograniczającej konkurencję, dostępność do wysoko wydajnych technologii”. I nie da się ukryć, że przedstawicielom regulatora bardzo trudno będzie udowodnić przed sądami, iż wszystkie te warunki zmieniły się tak bardzo na niekorzyść wolnego rynku, że prezes Urzędu Regulacji Energetyki miał prawo cofnąć zwolnienie z obowiązku przedstawiania taryf do zatwierdzenia.
Oczywiście wszystkich tych sporów o taryfy by nie było, gdyby w Polsce działało wiele autentycznie konkurujących ze sobą firm energetycznych. Wciąż jednak tak nie jest. Nasz rynek dostaw energii został podzielony terytorialnie, a klienci indywidualni, choć teoretycznie mają prawo zmiany dostawcy energii, w praktyce rzadko z tego korzystają. Procedury są zawiłe, firmy energetyczne zaś utrudniają rozstanie się z nimi. Zmiana dostawcy jest wprawdzie bezpłatna, ale umowy na dostawę prądu niejednokrotnie przewidują dodatkowe opłaty za ich rozwiązanie przed terminem. W dodatku Polacy nie mają gwarancji, że firma, do której się przeniosą, nie podniesie wkrótce stawek, co mogłoby oznaczać, że zamiast zyskać na zmianie, tylko stracą. I dlatego, choć rośnie liczba klientów szukających tańszych dostawców, na taki krok decyduje się niewielu – do końca 2012 r. spośród 15 mln klientów indywidualnych zaledwie 60 tys. zmieniło dostawcę energii.

Wydanie: 10/2013

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy