Koniec mnie nie przeraża

Koniec mnie nie przeraża

Prof. Zbigniew Religa

Co mi pomaga? Przeświadczenie, że dobrze spędziłem życie. I że nikomu nie zrobiłem krzywdy. Łącznie z Garlickim

– Panie profesorze, jak zdrowie? Lepiej?
– Powiem panu: jestem po strasznej operacji. Czwartej. Przez dwa miesiące nie istniałem. Dochodziłem do siebie.

– I jest lepiej…
– No, nie wiem… Czuję się lepiej, w każdym razie. Rozmawiam z panem.

– A to była operacja czego?
– Nie warto mówić. Olbrzymia, w każdym razie. Brzucha.

– Myślałem, że płuca.
– Nie.

– Ale rzucił pan palenie?
– (śmiech) Do czasu operacji rzuciłem. Tylko że w momencie kiedy kroją mnie po raz czwarty i pojawiają się przerzuty, choroba się rozprzestrzenia, bez palenia, to gdzie tu sens – nie palić? To po prostu bez sensu. Zresztą, bez względu na to, czy pan mi wierzy, czy nie, to mnie nie przeraża. Mój koniec. To się skończy tak czy tak… Dzisiaj słuchałem Presleya. Mam sporo tych ulubionych melodii.

– Człowiek słucha, wiele rzeczy mu się przypomina…
– Właściwie powoli to moje towarzystwo odchodzi. Już czas. I nic w tym złego. Naprawdę, proszę mi wierzyć, nie jestem tym zmartwiony, przerażony.

– A bliscy?
– Problem jest z bliskimi. Ale taka jest kolej rzeczy. Że się odchodzi. Jest to nieuniknione. Każdy musi się z tym liczyć. Każdy! Bliscy to będą się zamartwiali przez dwa tygodnie… A potem będą żyli. Mój syn – musi normalnie pracować, córka – musi normalnie pracować. Żona tylko będzie miała problemy. Kobiety żyją dłużej. W związku z tym nie mają później nikogo…

– Jest opinia, że jak chory ma umierać miesiącami, leżeć w łóżku, cierpieć, to lepiej, żeby odszedł, nie męczył innych i nie męczył siebie.
– Zgadzam się z tym całkowicie. Absolutnie. Umrę pewnie jak mój ojciec. Nie wiem, na ile jest to możliwe, ale prawdopodobieństwo jest. To była śmierć na skutek zaburzenia rytmu. Migotanie komór w sercu. I człowiek odchodzi. Szybko, bez bólu, bez niczego.

Człowiek, który chce żyć

– Panie profesorze, gdy pan operował, ratował ludzi – to oni walczyli? Takie bezwładne ciało, które leży – ono walczy o życie?
– Zawsze. Ci, co nie walczą, to mały procent, ułamek procenta, promila. Ci, którzy idą na operację i się poddali – z reguły giną. To zresztą po nich widać, że się poddali. Po zachowaniu, po oczach, po wszystkim.

– W jednym z wywiadów opowiadał pan, jak brał do ręki bijące serce, które chciało żyć…
– Serce chce żyć. Ale to nieważne. Ważne jest, czy człowiek chce żyć. To muszę panu powiedzieć – z mojego doświadczenia wynika, że przypadki skrajnie ciężkie, zdawało się nieuleczalne, jeżeli ludzie walczą, są do pokonania. Jak pacjent ma siłę woli. Natomiast jeśli tego nie ma, śmiertelność, niestety, jest duża.

– Sama siła woli jest lekarstwem?
– Siła woli jest nieprawdopodobnie ważna. Na podstawie swej długiej kariery, bo ponad 44 lata jestem lekarzem, mogę stwierdzić, że człowiek, który chce żyć, chce walczyć, nie poddaje się, potrafi zwalczyć najcięższą chorobę.

Mam ochotę znowu powalczyć

– Pan teraz też walczy?
– Pewnie, że walczę. Aczkolwiek, powiem panu, pierwsze trzy operacje były łatwiejsze. Nie tylko operacje miałem. Miałem naświetlania, chemię. Naświetlania wywołały chorobę popromienną. Straciłem kupę mięśni. I wtedy przyszła ta czwarta operacja.

– Ta olbrzymia…
– Prof. Krawczyk się podjął… Podchodziłem do niej bojowo. Ale, raz – że straciłem dużo mięśni przed operacją. Dwa – że trzymano mnie przez długi czas nieprzytomnym… Specjalnie byłem nieprzytomny, trzymali mnie w śpiączce. Nie jadłem nic. Przez 12 dni. Więc po tym wszystkim… Moja chęć walki spadła w sposób zasadniczy. Ale dochodzę do siebie. Mam ochotę znowu powalczyć.

– Na ile ocenia pan swoją szansę na wygraną? W procentach?
– Panie redaktorze, jestem półtora roku po pierwszej operacji. Oceniam więc, że dwa lata po tej pierwszej operacji będę jeszcze żył.

– To jeszcze pół roku…
– To dużo. Dwa lata po operacji.

– I pan ma to tak zaplanowane? Że pół roku, do czerwca, lipca…
– To może być pół roku, a może być i rok później. Nie wiem. Wszystko zależy od tego, co tam u mnie w środku się dzieje.

– Na razie pan nie wie.
– Jeszcze pełnej wiedzy nie mam. Dopiero będę ją miał, jak przejdę badania kontrolne. W połowie lutego.

– A potem, ewentualnie, piąta operacja?
– A może nie potrzeba będzie żadnej? Bo okaże się, że wyzdrowiałem? To jest możliwe!

Do swojego lekarza mam 100 procent zaufania

– Czy pan uważa, że w sytuacjach ciężkich chorób lepiej jest mówić pacjentowi dokładnie, jaka jest jego sytuacja, czy lepiej trochę koloryzować, nastrajać optymistycznie?
– Jakiekolwiek okłamywanie pacjenta jest rzeczą złą. Jestem tego zdecydowanym przeciwnikiem. Uważam, że należy mówić wszystko. Oczywiście, pacjent ma pełne prawo szukać pomocy tam, gdzie chce.

– A pan szuka?
– Otrzymuję bez przerwy jakieś listy. Terapie mi różne proponują. Niektóre mnie śmieszą. Ja postępuję tylko zgodnie z zaleceniami lekarskimi.

– Jednego lekarza? Nie chodzi pan od specjalisty do specjalisty, tylko wybrał pan jednego i ufa mu bezgranicznie?
– Tak. Jest to prof. Roszkowski z Instytutu Chorób Płuc. Mam do niego 100 procent zaufania. Sam się nie leczę. Nie czytam na ten temat nic.

– To najlepsza metoda – zaufać swojemu lekarzowi?
– Zalecam to pacjentom. Oczywiście, pacjent ma prawo do konsultacji, ma prawo do konsylium. Jeżeli chce – to proszę bardzo. W moim przypadku też odbyło się konsylium – czy mam brać chemię, czy nie. Po pierwszej operacji. Wtedy, stosunkiem głosów 4 do 1, wyszło, że mam nie brać. I nie brałem.

– Mówił pan, że pan brał…
– A to później. Kiedy sytuacja się zmieniła, kiedy zaczęły pojawiać się przerzuty.

– Walka z chorobą pana nie pochłania? Nie wsłuchuje się pan każdego ranka w swój organizm? Zastanawia się, czy jest dziś gorzej, czy lepiej?
– W ogóle! Choroba jest obok mnie. Obok mnie! A chce pan wiedzieć, nad czym się dzisiaj od rana zastanawiam? Nad tym, co mam jutro powiedzieć na uroczystości w Bristolu – bo po raz trzeci wybrano mnie na najważniejszą osobę w polskiej medycynie. I na tę uroczystość chcę pójść, ponieważ będzie tam kupa ludzi. Wszystkich opcji. Chcę tym ludziom powiedzieć jedną tylko rzecz: że bez dodatkowych pieniędzy publicznych żadna reforma służby zdrowia się nie uda. Żadna! I tyle mam do powiedzenia tym ludziom!

– I pani min. Kopacz.
– Ona jest w drugiej dziesiątce. Jeszcze nie zdarzyło się, żeby urzędujący minister był tak daleko.

Co mi pomaga? Przeświadczenie, że dobrze spędziłem życie

– Żal przez pana przemawia, że to ona kieruje ministerstwem, a nie pan…
– Żałuję, że zabrakło mi roku. Jeszcze rok był mi potrzebny, żeby dokończyć sprawy. Tylko rok. Trudno, stało się.

– Panie profesorze, bez żalu. Swoje pan zrobił. Zabrze, kardiochirurgia…
– Byłem tam potrzebny. Beze mnie by to wszystko nie powstało. W każdym razie, w takiej formie, jaka jest. Dziś to są świetne ośrodki. Poza tym proszę nie zapominać, że pół Polski jest obsadzone moimi ludźmi. Mam armię ludzi, bardzo dobrych, mądrych, którzy wyszli spod mojej ręki, którymi mogę się chwalić. Zdawałem sobie sprawę, że do pewnego momentu byłem im bezwzględnie potrzebny. Ale też zdałem sobie sprawę z momentu, w którym potrzebny być przestałem. Wtedy zdecydowałem się na powrót do Warszawy. Zawsze o powrocie myślałem, nie umiem poza Warszawą żyć. Mimo że moje ukochane miasto to Zabrze. Bo tam dostałem wszystko, co w życiu najlepsze.

– Poczucie życiowego sukcesu pomaga? Gdy człowiek ciężko choruje, wie, że musi liczyć się z najgorszym – czy pomaga mu wówczas przekonanie, że dobrze życie przeżył?
– Powiem panu, co pomaga: moje przeświadczenie, że dobrze spędziłem życie. I że nikomu nie zrobiłem krzywdy. Łącznie z Garlickim. O którym jestem gotów powiedzieć najgorsze słowa. Ale nie mówiłem ich. A poza tym moje ekspertyzy w jego sprawie są uczciwe. Uczciwe! Więc krzywdy mu nie zrobiłem. Poza tym mam przeświadczenie, że gdyby nie ja, gdyby nie pewne rzeczy, które zrobiłem, kilkaset osób by nie żyło. Nie myślę tu o transplantacjach, myślę o sztucznych komorach serca, które pracują i dają ludziom życie. Gdyby mnie nie było – nie byłoby i komór. To najważniejsze w moim życiu.

– A śnią się panu przypadki, kiedy nie udało się uratować pacjenta?
– Śniły mi się. Kiedyś. Jak byłem młodszym lekarzem. Jak ma się taką pracę, to się o tym myśli… Może tak należało zrobić, może inaczej. Człowiek się gryzie. Do śmierci nigdy się nie przyzwyczaiłem.

– O swojej chorobie mówi pan bardzo zimno.
– Mój stosunek do mojej choroby to jest zupełnie co innego. To jest moja prywatna sprawa. A jeśli chodzi o moich pacjentów – to już nie była moja prywatna sprawa. Oni powierzyli mi swoje życie. Oddali się w moje ręce.

– A teraz pan oddał się w ręce prof. Roszkowskiego.
– Tak.

– I on panu mówi, gdy się spotykacie, jaka jest pańska sytuacja, czy coś się goi, czy są przerzuty…
– Mniej więcej tak to wygląda (śmiech). To jest rozmowa ludzi, którzy są lekarzami. I proszę nie zapominać jeszcze o jednej rzeczy: że obowiązkiem Roszkowskiego będzie w pewnym momencie zrobić to tak, żeby komfort mojego umierania był najlepszy.

Będę walczył z komercjalizacją szpitali

– Postawił pan sobie jakieś zadania na najbliższe miesiące?
– Ważne jest dla mnie, naprawdę ważne, niedopuszczenie do kretyńskiej, głupiej reformy służby zdrowia, którą chce przeprowadzić Platforma.

– Ale już jej nie będzie. Sejm przyjął weto prezydenta.
– Całe szczęście. Mam nadzieję, że jakiś wpływ na to miałem.

– A co w zamian?
– Najważniejszą rzeczą jest to, że się udało cofnąć prywatyzację szpitali. Puszczenie wszystkiego na żywioł, tak jak chciała to Kopaczowa, komercjalizacja, to było dla mnie przerażające.

– Dlaczego?
– Musi pan sobie zdać sprawę z tego, jaka jest bieda w Polsce. To miliony ludzi. Dla nich komercjalizacja byłaby potwornie groźna. Dam panu przykład: jest szpital w Rzeszowie, on nie działa, bo lekarzy nie ma. Lekarzy nie ma, bo chcą zarabiać więcej pieniędzy. I tak będzie. Bo to święte prawo lekarzy – zarabiać. Takich ludzi jak ja, idiotów, którzy całe życie pracowali, nie patrząc na pensję, którzy uważali, że lekarz jest od tego, żeby pracować, to tych ludzi już jest coraz mniej. I słusznie.

– Narodowy Fundusz Zdrowia nie ma pieniędzy, by ich zadowolić.
– Narodowy Fundusz Zdrowia ma za mało – to już wiemy – nawet na sprawy podstawowe. A do czego doprowadzi komercjalizacja? Że lekarz powie: ja tego przypadku nie zoperuję, nie będę leczył, bo mi się nie opłaca. Chyba że pacjent dopłaci. Jak dostanę więcej pieniędzy – to zrobię. I tak będzie, bo tak na świecie jest! Moja reforma jest prosta. Opiera się na czterech filarach.

Cztery filary mojej reformy

– Zacznijmy od pierwszego.
– Po pierwsze, trzeba podnieść składkę na ubezpieczenie zdrowotne. Ale nie ludziom, bo nie mają pieniędzy, tylko tę podwyżkę sfinansować z budżetu. Do 13%. Do tej sumy dochodzić można stopniowo. Wtedy na ochronę zdrowia przeznaczać będziemy 6% PKB. I będziemy mieli pieniądze przynajmniej na podstawowe sprawy. Na minimum. Bo dziś przeznaczamy ok. 4%.

– A jak to wygląda na tle innych państw europejskich?
– W wielu krajach, bogatszych od nas, na ochronę zdrowia przeznacza się nawet i 8-9% PKB. Drugi filar mojej reformy – to sieć szpitali. Sprawa sieci szpitali będzie dyskutowana podczas najbliższego posiedzenia Komisji Zdrowia. Nie mam złudzeń – Platforma projekt sieci szpitali odrzuci. Ma większość! Wtedy będę się zastanawiał, czy nie wyjść z tej komisji.

– Sieć szpitali jest tak istotna?
– Tworząc sieć szpitali, odpowiemy na pytanie, czy zabezpieczamy dany region pod względem medycznym, pod względem dostępności do specjalności. Będziemy wtedy wiedzieli, jakie szpitale są potrzebne, jakie nie, czego mamy za mało, a czego – to też się może zdarzyć – za dużo. Sieć szpitali to podstawa. Trzeci filar to informatyzacja w ochronie zdrowia. Ustawa w tej sprawie jest gotowa, przygotowałem ją, gdy byłem ministrem. Przyszedł nowy Sejm i trafiła do kosza.

– Można ją przedstawić jako poselską.
– I odrzucą.

– Dlaczego? Co to za różnica czyje? Ważne, żeby było mądre.
– Wszystko, co jest moje, jest do odrzucenia. Tak oni myślą w tej Platformie. A wie pan, że byłem jedynym opozycjonistą, ileś lat temu, który miał odwagę poprzeć plan Balickiego, gdy ten był ministrem? Ostro mnie wtedy atakowali. Ale ja uważałem, że Balicki idzie w dobrym kierunku, że to jest mądre. I miał mój głos. A dziś nie znajdzie pan w Platformie człowieka, który powie, że to, co Religa wymyślił, jest mądre.

– A czwarty filar pańskiej koncepcji?
– To dodatkowe ubezpieczenie. W Europie jest tak, że ci, którzy mają pieniądze, mają prawo do kupienia sobie pewnych rzeczy, lepszej obsługi w szpitalu. Obliczam, że w Polsce takich ludzi jest z 10%. Niewiele. Dla nich trzeba wprowadzić mądry system ubezpieczeń dodatkowych. To jest najtrudniejsze politycznie. Taką mam więc alternatywę dla pomysłów pani Kopacz. Żałuję, że nie zdążyłem jej wprowadzić. Zabrakło tego jednego roku.

Zabrakło mi roku

– Odzyskuje pan siły, mówiąc o reformie służby zdrowia.
– Na reformie służby zdrowia bardzo mi zależy. Wie pan, ja zostałem wynajęty przez PiS do jej zrobienia. A potem PiS walczyło ze mną przez pierwsze sześć miesięcy. Pół partii chodziło do Kaczyńskiego, żeby mnie odwołał. Ale Kaczyński okazał się nieugięty. Twardy facet.

– Jak go pan przekonał?
– W ogóle z nim nie rozmawiałem. Nie byłem w partii. Rozmawiałem tylko z prezydentem. Który w szczytowym momencie konfliktu doprowadził do mojego spotkania…

– Z wiceministrem Piechą…
– O co chodziło? Najważniejszą rzeczą dla PiS było wprowadzenie systemu budżetowego finansowania służby zdrowia. Ja byłem temu przeciw, postawiłem warunek – jak zachowujemy system ubezpieczeniowy – to jestem ministrem, a jak wprowadzamy system budżetowy – to nie. I w pewnym momencie, kiedy przekonano się, że na służbie zdrowia się znam, że mam rację, część PiS-owców odpuściła walkę ze mną. Miałem wolną rękę. To mi dało swobodę działania.

– I zabrakło panu roku.
– Zabrakło mi roku… Tak…

– Może jeszcze się uda?
– (śmiech)

– Nie wierzy pan w to? A nie myśli pan czasem, że gdyby nie papierosy, byłby pan zdrowy? Że to był błąd?
– Proszę pana, ja palę 55 lat.

– Żałuje pan palenia?
– Prasie powiem tak: żałuję, moja wina.

Czy byłem pieszczochem tamtej władzy?

– Zabrze jest pańskim pomnikiem. Zbudował go pan jeszcze w czasach PRL. Był pan pieszczochem tamtej władzy?
– Nie mam się czego wstydzić. Pomiędzy rokiem 1980 a 1989 byłem stale inwigilowany. Mój pseudonim w UB był \”Unikat\”. Skąd to wiem? Kiedy startowałem na prezydenta, trzeba było przejść przez sąd, procedury lustracyjne. Wtedy wyszło, że przez dziewięć lat byłem inwigilowany i donosiły na mnie takie i takie osoby. Na pytanie sądu, czy chcę poznać nazwiska tych osób, odpowiedziałem, że nie. Nie chcę wiedzieć. A czy byłem ulubieńcem PRL? Pochodzę z rodziny socjalistycznej. Bardzo długo wierzyłem, że to, co w kraju jest, to jest dobre, że to są błędy popełnione przez ludzi. Że ludzie są parszywi.

– Że system jest dobry, tylko wykonanie kiepskie.
– Tak! (śmiech). Ja w to bardzo długo wierzyłem. Ale w partii nie byłem. W żadnej. W PRON też nie byłem. Pieszczochem zacząłem być, jak zacząłem być sławny. Bo wtedy to się władzy opłacało. Natomiast wcześniej nic od władzy nie dostałem, nigdy.

– Mógł pan dorobić się wielkich pieniędzy. Nie żal straconych szans?
– W roku 1976, gdy byłem w Stanach Zjednoczonych, otrzymałem propozycję pracy w Detroit. Gdybym ją przyjął – byłbym bardzo bogatym człowiekiem. Miałbym wszystko. A dlaczego powiedziałem, że nie, że wracam do kraju? Po pierwsze, to mój dom. Po drugie, czułem, że w Polsce będę potrzebny. W Stanach takich lekarzy jak ja, dobrych, dobrze wyszkolonych, jest mnóstwo. Czy ja jestem, czy nie, nie miało to znaczenia. Natomiast dla Polski to, czy jestem, czy mnie nie ma – miało znaczenie.

Mój pogrzeb będzie świecki

– Panie profesorze, jak sobie radzić z chorobą? Człowiek budzi się rano, nie ma siły. Jak wtedy wziąć się w garść?
– Do czwartej operacji zmuszony zostałem nagłym, potwornym bólem w brzuchu. Po operacji bólów nie mam, w ogóle. Ale dochodzenie do siebie trwało bardzo długo. A co robić? Starać się żyć normalnie.

– Wykonywać obowiązki, wejść w rytm życia?
– Rytm życia trzeba dostosować jednak do swoich możliwości. Ja nie przejdę 200 m. Ale w czwartek chcę jechać, zobaczyć swoją wieś… I w ogóle o chorobie nie myślę.

– Czuje pan potrzebę odwiedzania miejsc młodości? Wspomnień?
– Jest kilka miejsc, które lubię. Sentymentalną podróż odbyłem w ubiegłym roku. Do Stanów Zjednoczonych. W połowie podróży musiałem ją przerwać, wrócić do kraju, bo źle się czułem. Ale w sumie – nie mam potrzeby sentymentalnych podróży. Jest mi to obojętne.

– A czuje pan potrzebę wsparcia duchowego? Wizyty księdza…
– Nie, nie. Jestem ateistą. Z głębokiego przekonania. Ale ateistą wierzącym w jedną rzecz: że światopogląd jest wewnętrzną sprawą każdego człowieka. Moja żona jest katoliczką, wierzącą, to jest jej sprawa. Czy dzieci są wierzące? Nie wiem. Nie rozmawiałem z nimi na ten temat – bo nie było powodu. Natomiast jedno jest pewne – że mój pogrzeb będzie świecki. Nie będzie żadnych uroczystości kościelnych. To jest moja wola. Nie chcę żadnych tych cudów robić, bo nie wierzę w nie. Poza tym, na koniec życia – ucieczka do Boga? To śmieszne!

– Nic tam nie ma, po drugiej stronie?
– Nie.

– Kompletnie nic?
– Kompletnie nic.

– Rozmawiał pan z pacjentami, którzy przeżywali śmierć kliniczną…
– Wszyscy mówili to samo.

– Że tunel, światłość na końcu…
– Opowiadali mi o tym. Dla mnie są to wyładowania mózgowe, nerwowe. Nic cudownego.

– Ale chyba nie wybrał pan sobie miejsca na grób.
– Rodzina mojej żony pochodzi z Siedlec. Jeździliśmy więc tam często, także na pogrzeby. I tam, na cmentarzu, jest grób, sprzed
100 lat, mołdawskowo połka. Tam zawsze zapalaliśmy świeczkę. Kiedyś myślałem – fajny grób, może tam? Ale teraz – zupełnie jest mi to obojętne. Gdzie, jaki grób, co mi napiszą…

– Wiadomo, co napiszą.
– Obawiam się, że wiadomo. Ale to nie ma znaczenia.

– A co ma dla pana znaczenie?
– Reforma zdrowia.

Lekarz i polityk

Zbigniew Religa (ur. 16 grudnia 1938 r. w Miedniewicach) – najwybitniejszy polski kardiochirurg, twórca polskiej szkoły transplantologii serca; polityk, były minister zdrowia. Studia na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej w Warszawie ukończył w 1964 r. Pracę jako lekarz rozpoczął w warszawskim Szpitalu Wolskim, tam uzyskał specjalizację I i II stopnia z chirurgii. W latach 70. zdobywał doświadczenie w zakresie chirurgii naczyniowej i kardiochirurgii w Stanach Zjednoczonych. W 1973 r. został doktorem nauk medycznych, a osiem lat później – doktorem habilitowanym. W latach 1980-1984 był docentem w Klinice Kardiochirurgii Instytutu Kardiologii w Warszawie.
Druga połowa lat 80. to czas kierowania Katedrą i Kliniką Kardiochirurgii w Zabrzu i największych osiągnięć Zbigniewa Religi w kardiochirurgii. 15 sierpnia 1985 r. przeprowadził pierwszą operację na sercu, a w 1986 r. – pierwszą w Polsce udaną transplantację serca. Był też prekursorem łącznego przeszczepiania serca i płuc (1986), wszczepienia sztucznego serca (1989) i sztucznej komory serca (1986). To właśnie sztuczne komory serca, które pozwalają przetrwać pacjentom czekającym na transplantację, prof. Religa uważa za swoje największe osiągnięcie. W 1990 r. wykonał pierwsze zabiegi leczenia przewlekłej zatorowości płucnej, rok później stworzył prototyp sztucznego serca i zastawki biologicznej. Rozwojem tych dokonań i wdrażaniem do praktyki klinicznej najnowszych metod leczenia chorób serca, a także działalnością naukowo-badawczą i szkoleniową zajęła się utworzona z jego inicjatywy Fundacja Rozwoju Kardiochirurgii w Zabrzu.
W końcówce lat 80. Zbigniew Religa wrócił do Warszawy – najpierw kierował Kliniką Kardiochirurgii Centralnego Szpitala Klinicznego MSW w Warszawie, w 1998 r. objął stanowisko kierownika II Kliniki Kardiochirurgii w Instytucie Kardiologii w Warszawie, a w 2001 r. został jego dyrektorem. W tym samym roku przeprowadził pierwszy w Polsce zabieg wstrzyknięcia do serca preparatu powodującego powstawanie nowych naczyń krwionośnych.
W 1990 r. Zbigniew Religa został profesorem Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach, a od roku 1996 do 1999 był rektorem tej uczelni. Jest autorem lub współautorem ponad 160 prac naukowych oraz czterech książek. Ma doktoraty honoris causa Lwowskiego Uniwersytetu Medycznego, Akademii Medycznej w Warszawie, Śląskiej Akademii Medycznej, Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, Uniwersytetu w Opolu.
O poprawę jakości służby zdrowia prof. Religa walczył też na forum publicznym. Dwukrotnie był senatorem, w latach 1993-1997 z Bezpartyjnego Bloku Wspierania Reform, w latach 2001-2005 z ramienia komitetu Blok Senat 2001. Od 2007 r. jest posłem VI kadencji Sejmu (z list PiS). Od 31 października 2005 r. do 16 listopada 2007 r. był ministrem zdrowia w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego. Jego ambicją było przeprowadzenie reformy służby zdrowia i jej dofinansowanie, m.in. przez wzrost składki na ubezpieczenie zdrowotne z 9 do 13%.
18 grudnia ub.r. prof. Religa został odznaczony Orderem Orła Białego. Jest też kawalerem Orderu Uśmiechu i członkiem Międzynarodowej Kapituły tego orderu. W 2002 r. prof. Religa został laureatem nagrody \”Przeglądu\”, Busoli, przyznawanej ludziom, którzy dają nam przykład, tworzą lepszą polską rzeczywistość. Prof. Religa dostał ją za \”serce dla serc\”.
Od końca maja 2007 r. prof. Religa walczy z chorobą nowotworową. Pierwszą operację usunięcia guza z płuca przeszedł 31 maja 2007 r., trzy kolejne, związane z wykryciem kolejnych przerzutów – w 2008 r. Miał też aplikowaną chemio- i radioterapię.
Zbigniew Religa jest żonaty (żona Anna jest adiunktem w Zakładzie Fizjologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego), ma dwoje dzieci: córkę Małgorzatę (sinologa) i syna Grzegorza, który kontynuuje lekarskie tradycje rodziny – pracuje w II Klinice Kardiochirurgii i Transplantologii Instytutu Kardiologii w Warszawie.

Wydanie: 4/2009

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy