Konspira 2003

Konspira 2003

Sprawa Kalasa: albo mamy jedno państwo, albo już podzieliliśmy je na partyjne księstewka

Jacek Kalas wpadł, bo koledzy, których namawiał do współpracy, natychmiast zameldowali o tym zwierzchnikom. Przy całej sprawie wpadły też media, które najpierw nakłamały, pisząc nieprawdę o rzekomym bohaterstwie Kalasa i „polowaniu” na niego, a potem, w konfrontacji z faktami, niemądrze się wycofywały.
Nie warto mieć złudzeń, atmosfera, którą stworzyły, to zapowiedź tego, czego będziemy świadkami podczas najbliższych tygodni – że nieważne będą fakty, że wszystkie chwyty będą dozwolone, byle tylko dokopać przeciwnikowi.
W sprawie jest jeszcze szef ABW, Andrzej Barcikowski, na którego wylano hektolitry pomyj. Niewątpliwie w oczach przeciętnego Polaka, którego aktywność publiczna ogranicza się do przejrzenia nagłówków prasowych, Barcikowski stracił. Zyskał natomiast w dwóch grupach – w świecie polityków, bo pokazał, że potrafi obronić się przed zarzutami. A także w świecie służb specjalnych. Bo polityka niedzielenia funkcjonariuszy na „prawych” i „lewych”, którą prowadził, przyniosła rezultaty. Bo oficerowie ABW postawieni w sytuacji wyboru między lojalnością wobec służby a lojalnością wobec dawnych kolegów wybrali postępowanie zgodne z przepisami. I zameldowali o działaniach Kalasa.
I jeszcze jeden istotny wątek sprawy. Podczas całej dyskusji gdzieś na marginesie pojawiał się temat państwa i instytucji państwowych. Otóż jeżeli uznalibyśmy, że Kalas postępował słusznie, budując sieć informatorów w ABW, podważylibyśmy główną zasadę działania służb specjalnych i służb państwowych. Że tajemnice są tajemnicami. I że słucha się zwierzchników, a nie kolegów – z partii, z konspiracji, z imprez. Dla każdego poważnego polityka czyn Kalasa jest więc karygodny, bo żaden z nich nie chciałby kierować instytucją, którą drążą przecieki.
Nawet Konstanty Miodowicz, którego nie sposób podejrzewać o cień sympatii do SLD, krytycznie patrzył na działania Kalasa i dwóch współpracujących z nim oficerów ABW. – W obrębie agencji na przestrzeni ostatnich miesięcy miały miejsce wydarzenia niepokojące. Polegały one na naruszaniu, dość systematycznym, zasad ochrony informacji niejawnych – mówił w Radiu Zet. – Stwierdzam, iż były podstawy do przeprowadzenia określonych działań wobec dwóch funkcjonariuszy ABW i pracownika NIK.
Logika wywodu jest oczywista: pochwała Kalasa i jego działań to droga do destrukcji państwa i instytucji państwowych.
Co symptomatyczne, on sam zdaje się tego zupełnie nie rozumieć. – W latach 80. Służba Bezpieczeństwa wywiozła mnie w Toruniu na miejsce straceń Polaków przez hitlerowców, groziła mi bronią, jeśli nie wydam ludzi „Solidarności” działających w podziemiu, mimo to się nie przestraszyłem – opowiadał „Dziennikowi Polskiemu”. – Nie czuję się zagrożony.
On, jak widać, wciąż toczy wojny sprzed 20 lat…
Sprawa rozpoczęła się w kwietniu. Wtedy to były oficer UOP, Jacek Kalas, zaufany byłego szefa UOP, Zbigniewa Nowka, pracujący w NIK, zaczął rozmawiać ze swoimi byłymi kolegami ze służb, którzy zostali w ABW. Kalas proponował im regularne spotkania, liczył, że będą dostarczać mu informacji o działaniach ABW. Według naszych informacji, trzech oficerów po takim spotkaniu napisało raport do przełożonych. Na tej podstawie szefostwo ABW zwróciło się do sądu o zgodę na założenie Kalasowi podsłuchu. Od tej pory kontrolowano i nagrywano jego spotkania. Wkrótce okazało się, że dwóch oficerów złamało zasady obowiązujące w ABW, w tajemnicy przed zwierzchnikami spotykali się z Kalasem i przekazywali mu informacje objęte klauzulami poufności i tajności.
Te spotkania zostały udokumentowane. I na tej podstawie prokurator przedstawił Kalasowi zarzut popełnienia przestępstwa z art. 18 par. 2, tzn. podżegania do popełnienia przestępstwa. A jego dwóm kolegom z ABW – złamania tajemnicy służbowej.
Tyle wiemy na pewno. Ale wciąż otwarte pozostaje pytanie: na czyje polecenie działał Kalas? Czy budował, jak twierdzi poseł Marian Marczewski, siatkę informatorów w ABW? Komu przekazywał zdobywane informacje? Czy swojemu przełożonemu, wiceprezesowi NIK, płk. Krzysztofowi Szwedowskiemu?
Szwedowski był za czasów Buzka wiceszefem UOP, zastępcą Zbigniewa Nowka. Po przyjściu do NIK głośno protestował, gdy pisaliśmy, że szykuje miejsca dla ludzi z UOP. Tymczasem przeszli oni do Izby całą masą. I trudno nazwać to wzmocnieniem. O Kalasie, określanym mianem „wybitnego”, rzeczniczka NIK powiedziała tak: – Wedle naszych miar, był pracownikiem niedoświadczonym. Samodzielne prowadzenie kontroli przez niego jest praktycznie niemożliwe, a tym bardziej sprawowanie funkcji koordynatora.
Okazuje się więc, że Kalas pełnił w NIK dość podrzędne funkcje. Po cóż więc niektóre media pisały o nim jako o inspektorze, który udowodnił, że „Raport otwarcia” rządu Millera był sfałszowany? I że jego zatrzymanie było zemstą za pracę nad niewygodnym materiałem?
Tymczasem fakty są zupełnie inne. „Raport otwarcia” w Ministerstwie Skarbu sprawdzało trzech inspektorów (i nie było wśród nich Kalasa), potem kontrolowano 30 spółek skarbu państwa i Kalas był członkiem ekipy kontrolującej jedną z nich – KGHM. Tydzień temu pisaliśmy o efektach tej kontroli, której celem było całkowite wybielenie zarządu działającego za czasów Buzka.
Poza tym w III RP, gdy decyzję o zatrzymaniu podejmuje prokurator, a decyzję o zgodzie na zainstalowanie podsłuchu sąd, wszystko się dzieje na podstawie dokumentów, które zawsze można sprawdzić, żaden urzędnik ani polityk nie może sobie pozwolić na „zemstę”. Po cóż więc o całej sprawie napisano tak wiele nieprawdy? Kogo zatrzymanie trójki oficerów tak bardzo zabolało, że stracił zdrowy rozsądek?

 

 

Wydanie: 36/2003

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy