Kostucha groźna i śmieszna

Kostucha groźna i śmieszna

Dawniej budziła przerażenie, teraz trafiła do komiksów i kreskówek

„Z czym wam się kojarzy szkielet? Jakie jest wasze pierwsze skojarzenie na hasło: Kostucha z kosą?”, pyta nauczyciel uczniów V klasy, których przyprowadził do krakowskiego Muzeum Narodowego na wystawę pokazującą, jak przez ponad 500 lat artyści traktowali temat śmierci. Odpowiedzi sypią się jak z rękawa: „Z komiksem”, „Z horrorem”, „Z bajką”. „Z czym jeszcze, skupcie się”, prosi nauczyciel. „Z balem przebierańców”, „z Halloween”, „z rozpuszczalnkiem”, „z duchem”, „z marionetką”, przekrzykują się uczniowie. „Czekam na inną odpowiedź”, niecierpliwi się nauczyciel. Ktoś woła: „Z moją siostrą! Mama mówi, żeby się przestała odchudzać, bo już wygląda jak szkielet”.
Wycieczka dociera na salę. Wszyscy z zaciekawieniem przyglądają się rozmaitym wizerunkom śmierci: tańczącym kościotrupom ciągnącym za sobą żywych, kostuchom z kosą czy mieczem, gadającym czaszkom. Przed obrazem Michaela Wolgemuta „Taniec szkieletów” (1493 r.) dzieci wybuchają śmiechem. Trudno je przekonać, że średniowieczny obraz nie jest ilustracją do zabawnego komiksu. Ich zdaniem szkielety wygłupiają się w tańcu. Oczywiście, zostały narysowane z myślą o dzieciach, żeby je rozśmieszać w smutnych chwilach. Nikt nie chce uwierzyć, że było na odwrót.

Makabryczny nieśmieszny

Temat tańca śmierci (dance macabre) służył dawniej nie rozbawieniu widzów, lecz celom dydaktycznym, ku przestrodze. Miał zwracać uwagę na nietrwałość życia, wpajać pogardę dla rzeczy doczesnych, bezwartościowych wobec wieczności, przypominać ludziom o nieuchronności śmierci, wobec której wszyscy są równi. – To był ulubiony temat średniowiecznych, alegorycznych moralitetów dydaktycznych, powstałych prawdopodobnie pod wpływem epidemii dżumy, wojen i kazań mnichów żebrzących – wyjaśnia Władysław Kopaliński. – Śmierć była przedstawiana alegorycznie jako korowód taneczny wszystkich stanów – od papieża i cesarza przez kardynałów i prałatów, przez różne zawody aż do chłopa, od staruszków po dzieci – prowadzony do grobu przez uosobienia śmierci (kościotrupy itd.) albo przez ludzkie przyszłe zwłoki. Z literatury temat ten przedostał się do malowideł ściennych we Francji i w Niemczech i był popularny aż do XIX w.
Kiedy artyści wpadli na pomysł, żeby personifikację śmierci przedstawić jako szkielet z kosą, dokładnie nie wiadomo. Starożytność nie przedstawiała nigdy śmierci jako szkieletu. Najstarszy zachowany wizerunek kościotrupa znajduje się w „Mszale z Worms” datowanym na ok. 960 r. Ale do XIV w. śmierć uosabiały na ogół szkaradne wiedźmy, często ze skrzydłami nietoperza (np. na sławnym fresku w Camposanto w Pizie z poł. XIV w.) lub rozkładające się zwłoki (jak w znanym utworze z końca XV w. „Rozmowa mistrza Polikarpa ze Śmiercią”). Najsłynniejszym dziełem plastycznym o tej tematyce jest cykl drzeworytów Hansa Holbeina Młodszego, zatytułowany „Taniec Śmierci” (1523 r.). Śmierć ukazana jest tam jako towarzyszka życia człowieka, stale obecna przy codziennych czynnościach. I zawsze gotowa, by zamachnąć się na nas kosą.

Z moralitetu do satyry

Z upływem stuleci kostucha przestaje być dla artystów tylko symbolem memento mori (pamiętaj, że umrzesz). W dobie oświecenia wizerunek śmierci jest już na tyle opatrzony i oswojony, że staje się elementem satyry społeczno-obyczajowej, wymierzonej w główne przywary epoki: opilstwo, obżarstwo, chciwość. Na obrazie Thomasa Rowladsona „Miesiąc miodowy” widzimy siedzącą na łóżku parę małżeńską: kobieta ukradkiem wymienia uścisk ze stojącym pod oknem kochankiem, zaś mąż popija wino, którego wciąż dolewa mu zadowolony kościotrup. Zdaje się on mówić: róbcie tak dalej, a z własnej woli traficie do piekła.
W wieku XIX kostucha chyba już nikogo nie straszy. Słowa Mickiewicza z „Ody do młodości: „Bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy”, są szydercze, nie straszą wizją śmierci. Znany obraz Edwarda Muncha „Śmierć i dziewczyna”, przedstawiający tańczącą parę – nagą kobietę w uścisku ze szkieletem – to poetycka wariacja na popularny temat średniowieczna. Z kolei litografia tegoż artysty pt. „Autoportret – taniec śmierci” (mężczyzna patrzy w lustro, gdzie widzi szkielet) ma wyraźnie ironiczną wymowę.
Kościotrup jest ciągle popularny wśród artystów tworzących w pierwszej połowie XX w. Jednak po doświadczeniach wojen światowych przeniósł się na dobre w dziedzinę satyry, karykatury, żartu i filmu animowanego. Zmieniło się nasze postrzeganie szkieletu jako personifikacji śmierci, bo zmienił się nasz stosunek do samej śmierci. Została ona wyparta z przestrzeni sakralnej i etycznej, zatem mogła stać się elementem świata zabawy. Dzisiaj jej wizerunki są traktowane na równi ze wszystkimi innymi ikonami współczesnej kultury. W filmach akcji, na ogół kpiących z aktu umierania („zabili go i uciekł”), w komiksach i grach komputerowych śmierć oznacza po prostu wyeliminowanie przeciwnika, punkt dla grającego.
Nie dziwi więc, że w czasach, gdy śmierć trafiła do świata rozrywki, gdy państwa są uzbrojone po zęby w środki masowej zagłady, a media niemal codziennie pokazują akty terroru i krwawe masakry, poczciwa kostucha z kosą rozśmiesza nawet dzieci.


Dlaczego postać Kostuchy nas dzisiaj śmieszy?

Prof. Roch Sulima, kulturoznawca:
Jeszcze pół wieku temu umieranie było przejściem z tego na „tamten świat”. Towarzyszące mu rytuały były głębokim doświadczeniem społecznym i religijno-moralnym. Śmierć bardzo silnie była wpisana w plan życia. Wierzenia o śmierci i jej obrazy mocno przenikały codzienność, wpisane były w koncepcję osobniczego losu. Można powiedzieć, że w doświadczeniu w pełni życia stale był obecny pierwiastek śmierci. A jak to jest dzisiaj? Metafizyka umierania ze swą ideą wieczności zupełnie nie mieści się w sferze kultury konsumpcyjnej z jej kultem młodości, kultem ciała, kolekcjonowaniem wrażeń, które sprzedaje się jak luksusowe towary. Kultura współczesna zmarginalizowała śmierć, sam akt umierania stał się czymś wstydliwym. Zgodziliśmy się na umieranie w samotności. „Ostatniemu tchnieniu” towarzyszą szpitalne urządzenia, a nie grono bliskich ludzi. Coraz rzadziej też otwieramy trumny na cmentarzu. Zamiast o nieboszczyku, a więc kimś, kogo spotkały „boskie wyroki”, mówimy raczej o zwłokach, którymi zajmują się wyspecjalizowane instytucje. Zyskuje coraz większe znaczenie przemysł pogrzebowy. To już swoisty biznes śmierci, gdzie liczy się marża, zysk i… plan. To, co niegdyś stanowiło kulturowe tabu, dziś staje się przedmiotem komercji. Współczesny człowiek pragnie żywić przekonanie, że śmierć jest czymś przypadkowym, co się zdarza, ale nas w tej chwili nie dotyczy. Nabieramy pewności, że pokona ją medycyna albo inżynieria genetyczna. Że możemy się przed nią ukryć, np. wśród medykamentów z „apteki życia”. Pielęgnujemy podświadomie pewność, że jakaś nowa rzecz, którą nabywamy, nie dopuści do nas śmierci, bo przecież nie ma jej w reklamowym obrazie świata. Może się wydawać, że nowym makijażem czy modnym dzisiaj tatuażem zmylimy śmierć. Że w tym przebraniu nas nie rozpozna i nie trafi za nami.


Najsłynniejsze „tańce śmierci”
„Wiersze o śmierci” („Dance macabre”), poemat Hélinanda (1197 r.)
„Taniec Śmierci”, cykl 24 drzeworytów Guyota Marchanta (1485 r.)
„Taniec Śmierci”, cykl drzeworytów Hansa Holbeina Młodszego (1523 r.)
„Taniec Śmierci” („Der Totentanz”), ballada Johanna Wolfganga Goethego (1813 r.)
„Taniec śmierci” („Dance macabre”) Franciszka Liszta (1849 r.), koncert na fortepian i orkiestrę, napisany pod wrażeniem fresku „Triumf śmierci” na Composanto w Pizie
„Taniec szkieletów” (fr. „Dance macabre”) programowy utwór na orkiestrę Camille’a Saint-Saënsa (1874 r.)
„Taniec śmierci” dramat Augusta Strindberga (1900 r.)
„Taniec Śmierci” („The Dance of Death”) poemat dramatyczny W.H. Audena (1933 r.)

 

Wydanie: 43/2002

Kategorie: Obserwacje
Tagi: Ewa Likowska

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy