Włochów chowa się w modnym ubraniu

Włochów chowa się w modnym ubraniu

Czasem rodzina zmarłego chce, żeby podbicie do trumny było w barwach Juventusu albo Interu Mediolan


O swojej pracy opowiada Jakub Murasicki, pracownik zakładu pogrzebowego na włoskiej prowincji


 

Jak to się stało, że w epoce pandemii ty, chłopak z Mrozów, miasteczka pod Mińskiem Mazowieckim, zacząłeś pracować w zakładzie pogrzebowym we Włoszech?
– Mieszkam we Włoszech, z rodzicami i siostrą, od 2016 r. I tam zastała mnie pandemia. Jak tylko skończył się lockdown, poszedłem do pracy. Wysłałem ze sto CV, byłem na kilku spotkaniach i nic. Któregoś dnia znalazłem ogłoszenie na Facebooku, że zakład pogrzebowy Le Carraresi w 20-tysięcznym mieście Carrara szuka pracownika.

Nie miałeś żadnych oporów?
– Niby miałem, ale nic innego nie było. Nie boję się wyzwań. Szukali do roboty, to poszedłem. Szef zatrudnia dziesięć osób, jestem jedynym obcokrajowcem w zakładzie.

Duża konkurencja na rynku?
– Prócz nas w Carrarze są jeszcze cztery zakłady. Nie jesteśmy najlepsi, ale też nie najgorsi.

Na czym polega twoja praca?
– Na organizacji i przeprowadzeniu całej ceremonii pogrzebowej. Dostajemy telefon od rodziny lub ze szpitala, że ktoś umarł. Bogate zakłady biją się o pogrzeb, ktoś umiera, a oni są od razu z wizytówką. Mój zakład czeka, oni czyhają. Po takim telefonie jako pierwszy jedzie człowiek od papierkowej roboty, czyli wypełniania akt. Następnie jedzie ekipa od ubierania zmarłego – bo w 80% przypadków to my ubieramy.

W domu?
– Tak. Dostajemy ubranie od rodziny. Naszym zadaniem jest rozebranie zmarłego. We Włoszech nie ma czegoś takiego jak makijaż pośmiertny, zdarza się golenie, poprawianie włosów. Następnie obok łóżka, na którym leży zmarły, ustawiamy trumnę, zasłaniamy rolety i wtedy przychodzą krewni, przyjaciele i sąsiedzi na ostatnie pożegnanie. Za trumną ustawiamy plakat z Ojcem Świętym, Matką Boską, ojcem Pio – w zależności od tego, co wybierze rodzina. Jak wszyscy się pożegnają, zamykamy trumnę i jedziemy do kościoła. A później konwojem na cmentarz.

A jeśli zmarły był niewierzący?
– Większość pogrzebów odbywa się w kościele, nawet jeśli zmarły był niewierzący czy niepraktykujący. Ale ceremonia wygląda inaczej niż w Polsce. Jest mniej formalna. Zdarza się, że Włosi przychodzą w dresach na pogrzeb. Większość pogrzebów, nawet 70-80%, kończy się kremacją. Prochy są wydawane rodzinie i nie trzeba wykupywać miejsca na cmentarzu. Jeżeli jest to pogrzeb kremacyjny, wstawia się trumnę do tzw. sali oczekujących. I wtedy składa się po raz ostatni kondolencje rodzinie. W tej sali można też ostatni raz pożegnać się ze zmarłym. Czasami dopiero po dwóch-trzech dniach rodzina jest wzywana po odbiór prochów.

Ale najpierw trzeba wybrać urnę.
– Wybór jest ogromny. Ceny od 500 do 3,5-4 tys. euro. Można sobie wybrać klepsydrę, serce, krzyż, ale te są droższe i na zamówienie. Usługi pogrzebowe plus ksiądz w kościele i opłata za miejsce na cmentarzu to koszt 4-6 tys. euro.

Pamiętasz swój pierwszy pogrzeb?
– Pierwszego dnia tylko ubierałem, pogrzeb był drugiego. Szef, żeby mnie nie nastraszyć na wstępie, zadzwonił, żebym przyjechał na przymiarkę garnituru. Okazało się, że jest garnitur w moim rozmiarze, biała koszula, krawat, lakierowane pantofle. „Skoro masz już garnitur, to pojedziesz z nami, starszymi, na przeszkolenie do szpitala”. Do szpitala weszliśmy osobnym wejściem – wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to wejście do kostnicy.

Poczułeś strach?
– Raczej respekt. Zresztą dopiero jak przyszedł lekarz i odkrył naszego zmarłego, zrozumiałem, gdzie jestem. Zdjęliśmy marynarki, zostaliśmy w koszulach, na to fartuch, czepek, maska, gumowe rękawiczki. Była powaga tej chwili.

I naprawdę nie przeszły cię ciarki?
– Nie, nie przeszły. To dobrze, bo w tych czasach jest ciężko o pracę.

Jak cię ocenił szef po tym pierwszym dniu?
– Kierownik powiedział szefowi, że jestem silny. W tej robocie trzeba obrócić ciało, żeby je ubrać, przenieść do trumny. Czasami trzeba znieść trumnę po schodach w bloku. Raz musieliśmy na piąte piętro wnosić, a później znosić. Zdarzają się napiwki. Na przykład jest życzenie, żeby podbicie do trumny było w barwach Juventusu albo Interu Mediolan. I się robi. Po wszystkim podchodzi ktoś z rodziny, dziękuje, mówi, że jesteśmy świetną drużyną. Po 50 euro napiwku dostali teraz koledzy, jak mnie nie było, bo przyjechałem do Polski.

Co jest najtrudniejsze w tej pracy?
– Świadomość, że jak przychodzimy po ciało, to rodzina, bliscy zmarłego rozumieją, że przyszliśmy, żeby go zabrać na zawsze. To są silne emocje. Ale zdarzają się niespodzianki. Ostatnio chowaliśmy starszą panią, która w młodości była tancerką, i wnuczki zażyczyły sobie, żeby na ostatnie pożegnanie z głośnika leciał karaibski taniec. Wszyscy na chwilę się uśmiechnęli.

Czujesz się przewoźnikiem dusz?
– Nie, ale czuję się ważny i odpowiedzialny, bo zmarły musi dobrze wyglądać w tym ostatnim dniu i rodzina powinna być zadowolona. Zdarzają się sytuacje, że kobiety kłócą się, w jakiej bluzce pochować zmarłą osobę. Bo we Włoszech ważne jest, żeby było modnie. Wszyscy tam idą do grobu modnie ubrani.

A nie w tekturowych butach?
– Tam rzadko zakłada się buty nieboszczykom. W większości przypadków chowamy w skarpetkach.

A zdarzają się pogrzeby, na których nikogo nie ma?
– To najczęściej pogrzeby świeckie. Wtedy z domu odbiera się trumnę i wiezie na cmentarz. Kiedy zmarły był samotny i nie miał środków na pogrzeb, chowa się go w ramach publicznej pomocy. We Włoszech jest prawo do życia i prawo do pochówku.

A jak wygląda pogrzeb zmarłego na covid?
– Obsługa szpitala wkłada ciało do  specjalnego czarnego worka z suwakiem. My jesteśmy ubrani w kombinezony. Biały, gruby materiał od stóp do głów, człowiek się poci. Najpierw maska, gogle, plastik, podwójne rękawiczki. I wchodzimy z trumną, wcześniej odkażoną, do zamkniętego pomieszczenia, gdzie leżą inni zmarli na covid. Tam ciało jest oznaczane. My tylko otwieramy trumnę i razem z prześcieradłem, na którym leży worek, wkładamy do środka. Zamykamy. Potem dezynfekujemy trumnę na tej sali, na korytarzu jeszcze raz. I oczywiście dezynfekujemy siebie. Wkładamy trumnę do wozu, znów dezynfekujemy siebie, rozbieramy się z kombinezonów i jedziemy.

I z tą trumną odbywa się cała ceremonia?
– Tak, chyba że rodzina życzy sobie od razu na cmentarz.

Tych covidowych pogrzebów też się nie boisz?
– To praca podwyższonego ryzyka i nie każdy do tego się nadaje. I mimo że ciało jest w worku, strach jest. Po każdym pochówku covidowym mamy robione testy. W ekipie nie mieliśmy jeszcze żadnego zachorowania.

Do nas te pierwsze straszne obrazy pandemii docierały właśnie z Włoch.
– Legendarne trumny, które, jak później się okazało, pochodziły z katastrofy statku? U nas tego w mediach nie było. Były za to obrazy ze szpitali, wywiady z chorymi, którzy zaklinali, żeby wszyscy uważali, że nie tylko starszych to łapie.

Jak się dowiedziałeś o wirusie?
– W akademiku w Mediolanie, gdzie studiuję stosunki międzynarodowe. Umówiłem się z koleżanką Rosjanką, a ona przychodzi w masce i mówi, że jest koronawirus i nie będziemy się przytulać na przywitanie. Udostępniłem wtedy na swoim Facebooku mema, że „w Polsce koronawirus nie jest straszny, bo na straży granic stoją babcie rycerki niepokalane”. Następnego dnia musiałem jechać pociągiem 300 km do rodziców i nie przypuszczałem wtedy, że już tam zostanę. Zapanował strach, w telewizji wciąż komunikaty, że trzeba się zdyscyplinować, siedzieć w domu, wychodzić tylko w nagłych sprawach.

Cała twoja rodzina mieszka we Włoszech?
– Tak, Włochy to był nasz rodzinny plan. Jak zdałem maturę, a siostra skończyła gimnazjum, dołączyliśmy z mamą do ojca, który mieszkał tam już od sześciu lat.

Pierwsze wrażenie?
– Szok. Niby wiedziałem, gdzie jadę, znałem podstawy języka, ale to inny kraj i inna mentalność. Muszę ci się do czegoś przyznać. Jak wyjeżdżałem, byłem rasistą, narodowcem. Chodziłem na wszystkie Marsze Niepodległości, nosiłem kurtki „wielka Polska”, koszulki z orłem. Na meczach Legii krzyczałem z innymi te kretyńskie hasła. W takim towarzystwie wyrastałem w Mrozach. A jak wyjechałem, wpadłem w towarzystwo międzynarodowe. I zobaczyłem, że ludzie o innym kolorze skóry są tacy jak ja. Zmieniłem podejście, polubiłem Arabów, Rosjan – tych z Rosji i z byłych republik, z Kazachstanu, Uzbekistanu itd. Mam przyjaciół Afroamerykanów.

Jak się resetujesz po pracy przy pogrzebach? Robicie stypę?
– We Włoszech nie ma stypy. No ale po pracy się pije, są imprezy firmowe, jest duży dziedziniec przed zakładem, więc czasami jakiś grill czy wigilia firmowa, jak ostatnio.

Dałbyś radę pochować kogoś bliskiego, przygotować do tej ostatniej podróży?
– Pewnie tak. Ale nie wiem, jak bym to zniósł psychicznie. Praca przy pogrzebach sprawiła, że mniej boję się śmierci. Pracuję z tym i coraz bardziej rozumiem, że każdego to czeka. Ale na razie wracam na studia. I wiesz co? W Mediolanie też poszukam pracy w zakładzie pogrzebowym.

Fot. Rex Features/East News

Wydanie: 8/2021

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy