Król puszczy do odstrzału

Król puszczy do odstrzału

W Bieszczadach trzeba zlikwidować 25 chronionych żubrów. Stado z Nadleśnictwa Stuposiany cierpi na gruźlicę

Żubr (Bison bonasus) – największy europejski dziko żyjący ssak. W Polsce pod ochroną. Masa samców może dochodzić nawet do 900 kg, samice osiągają wagę do 650 kg. Dorosły osobnik może zjeść dziennie nawet 30 kg pożywienia. Żubry odżywiają się przede wszystkim roślinami zielnymi i trawami. Przez większą część roku przebywają w stadach liczących od kilku do kilkudziesięciu sztuk. Obecnie na świecie żyje zaledwie ok. 3 tys. żubrów, z czego w Polsce na wolności niemal tysiąc. Najwięcej w Puszczy Białowieskiej, następne pod względem wielkości są populacje w Bieszczadach, Puszczy Knyszyńskiej, Boreckiej i Niepołomickiej, a także w lasach pilskich (tzw. stado zachodniopomorskie). W niewoli żyje ok. 160 żubrów.

Krzysztof Potaczała

W ciągu ostatnich dwóch lat w Bieszczadach padło na gruźlicę 11 żubrów, niemal wszystkie w Nadleśnictwie Stuposiany. Graniczy ono z Bieszczadzkim Parkiem Narodowym, w którym spośród kilkunastu żubrów zdechł dotąd jeden, oraz z Ukrainą. – Prawdopodobieństwo, że chore osobniki przejdą na sąsiednie tereny, jest bardzo wysokie, tym bardziej że choroba trawi głównie krowy, a osamotnione byki wędrują w poszukiwaniu samic – tłumaczy Jan Mazur, nadleśniczy ze Stuposian. – W kwietniu przez San przeszło na Ukrainę 15 żubrów, wróciło 12. Te trzy mogły zostać zastrzelone przez tamtejszych kłusowników, ale mogły też paść od gruźlicy, a wcześniej zarazić inne zwierzęta.

Skąd przychodzi choroba

W kwietniu w Krośnie obradowali leśnicy i naukowcy zajmujący się bieszczadzkimi żubrami. Jest ich obecnie w tym regionie ok. 300 (druga co do wielkości populacja w Polsce, po Puszczy Białowieskiej, ale najliczniejsza na świecie linii białowiesko-kaukaskiej), żyją w kilku nadleśnictwach oraz w parku narodowym. – Wszystkie, podobnie jak inne pustorogie (np. krowy, kozy, owce), są podatne na gruźlicę, lecz tylko domowe zwierzęta są szczepione – wyjaśnia doc. dr hab. Kajetan Perzanowski z Muzeum i Instytutu Zoologii PAN w Warszawie, pod którego kierunkiem prowadzone są w Karpatach badania żubrów. – Dodatkowo żubry z powodu wyjątkowo wysokiego stopnia spokrewnienia (żyjące obecnie w Bieszczadach pochodzą od 12 przodków – przyp. KP) mają generalnie małą odporność na choroby zakaźne.
Według Perzanowskiego poza Nadleśnictwem Stuposiany i parkiem narodowym nie było w ostatnim czasie zgonów na gruźlicę u żubrów, jednak u dwóch osobników stwierdzono przeciwciała świadczące o zetknięciu się z prątkiem. – Niektóre sztuki, zwłaszcza byki, migrują na duże odległości, więc taka sytuacja mogła mieć miejsce – mówi. – Ponadto przed paru laty gruźlica pojawiła się wśród bydła domowego w okolicach Czarnej Dolnej, Paniszczewa i Teleśnicy. To ważna informacja, gdyż bydło to korzysta niekiedy z tych samych pastwisk co wolno żyjące żubry. Ale trzeba też pamiętać, że na gruźlicę zapadają m.in. wilki, borsuki, dziki czy sarny. Jeśli jakiś żubr miał z takim zwierzęciem kontakt, mógł się zarazić.
Niewykluczone, że właśnie takie było źródło zakażenia 15 żubrów pod koniec lat 90. Wtedy bydło domowe również chorowało na gruźlicę. Decyzją ministra środowiska dzikie stado przeznaczono do likwidacji, jednak nie wszystkie chore osobniki udało się odstrzelić. Pozostałe przy życiu zapewne w końcu padły, ale nie ma pewności, czy nie zdążyły przed śmiercią zarazić nie tylko żubrów z sąsiednich terenów, lecz także innych gatunków dzikich zwierząt.

Trzeba się spieszyć

Kiedy informacja o planowanych odstrzałach żubrów z rejonu Stuposian przedostała się do mediów, od razu zareagowali oburzeni internauci, twierdzący, że istnieją metody leczenia chorób u dzikich zwierząt, ale leśnicy nie chcą ich brać pod uwagę, bo wolą sobie postrzelać. – Leczenie gruźlicy jest bardzo trudne, a w przypadku dzikich zwierząt niemożliwe – stwierdza jednoznacznie prof. Wanda Olech-Piasecka z Katedry Genetyki i Ogólnej Hodowli Zwierząt.
– Stres związany z jakimkolwiek leczeniem jest u dzikich zwierząt znacznie większy niż korzyści z tego leczenia. Lekarze weterynarii są zgodni: zakażone stado powinno zostać zlikwidowane. Ja też tak uważam. Wolę stracić 10%, niż mieć gruźlicę w całych Bieszczadach. Oczywiście wykonanie eliminacji polegać będzie na śledzeniu i wybieraniu słabych osobników oraz niedopuszczaniu do przejścia zwierząt zbyt daleko na północ.
Jan Mazur ma świadomość, że czas ucieka, a leśnicy są w zasadzie bezradni w walce z chorobą trawiącą żubry.
– Obserwujemy je w miarę możliwości, wyznaczyłem specjalnie w tym celu pracownika, który dokumentuje każdy dzień z życia stada. Wcześniej pobudowaliśmy zwyżki i ambony, by stamtąd śledzić ruchy zwierząt i próbować oceniać kondycję poszczególnych osobników. Latem na świat przychodzą młode i też musimy je objąć stałym monitoringiem.
W zeszłym roku główny konserwator przyrody wydał zgodę na odstrzelenie sześciu chorych żubrów z Nadleśnictwa Stuposiany. Zimą udało się zabić tylko dwa, jednak pozwolenie na pozostałe ważne jest jeszcze do końca tego roku i może zostać przedłużone. Osobno, przez Regionalną Dyrekcję Lasów Państwowych w Krośnie, miał być złożony wniosek o eliminację całego, liczącego obecnie 25 sztuk, stuposiańskiego stada. – Pismo w tej sprawie do nas nie wpłynęło – informuje Aleksandra Majchrzak z Ministerstwa Środowiska. – Znany jest nam jednak problem chorych żubrów. Z uwagi na brak szczepionki dla tych zwierząt opracowywana jest koncepcja budowy zagrody, w której udałoby się zgromadzić wszystkie chore osobniki. Takie rozwiązanie pomogłoby uniknąć zabijania zakażonych sztuk.
Edward Marszałek, rzecznik krośnieńskiej RDLP: – Wniosek jest przygotowywany i wkrótce zostanie przesłany do ministerstwa. Czekaliśmy na wyniki badań ostatnio pobranych próbek. Niestety, kolejny raz okazało się, że żubry trawi gruźlica. Ale nie wiedzieliśmy, że istnieje koncepcja budowy zagrody dla chorego stada.
Taki pomysł dziwi leśników. Ich zdaniem zwabienie do wydzielonego i ogrodzonego obszaru zainfekowanych zwierząt nigdy się nie uda. Żubry są ostrożne i płochliwe, nie dadzą się podejść. Dlatego, jak twierdzą leśnicy, skuteczniejsze byłyby odstrzały, choć i tu nie poszłoby łatwo. – Latem wytropienie żubrów w morzu gęstej zieleni jest prawie niemożliwe – uważa nadleśniczy Mazur.
– Jeśli konserwator przyrody wyda zgodę na likwidację stada, szanse na skuteczne odstrzały pojawią się dopiero po pierwszym śniegu. Wtedy łatwiej można zlokalizować tropy i wyśledzić zwierzęta, które zimą zawsze schodzą z wyższych partii gór w doliny.

Dolewka świeżej krwi

Jan Mazur ma jeszcze jedno zmartwienie. Z myślą o turystach wiosną tego roku otwarto w Mucznem zagrodę pokazową i aklimatyzacyjną dla żubrów. Przywieziono do niej zwierzęta m.in. ze Szwajcarii i z Francji. Zagroda w Mucznem znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie lasów, w których przebywają chore na gruźlicę osobniki. Czy dziko żyjące żubry nie będą podchodzić pod siatkę i nie zarażą zdrowych? Zdaniem Piotra Brewczyńskiego z RDLP w Krośnie, zwierzęta przebywające w zagrodzie są wystarczająco chronione. Dodatkowo do czasu likwidacji chorego stada do Mucznego nie będą przywożone kolejne sztuki z europejskich hodowli i ogrodów zoologicznych.
Muczniańska zagroda ma nie tylko wzbogacać wiedzę turystów o królu puszczy, ale też przygotowywać przywożone tu z Europy żubry do życia w dzikim karpackim otoczeniu. Europejski Fundusz Ochrony Środowiska dofinansował ją aż w 85% (całkowity koszt to blisko 1 mln zł), co świadczy o randze przedsięwzięcia. Bo oprócz prowadzenia zagrody leśnicy i przyrodnicy skupiają się na projekcie „Ochrona i hodowla żubra in situ w Polsce – część południowa i wschodnia”. Najważniejszym jego celem jest wzbogacenie puli genowej poprzez dolewkę świeżej krwi. Leśnicy, wspierani przez naukowców z PAN i Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (przede wszystkim przez prof. Wandę Olech-Piasecką), chcą też poprawić warunki bytowania dziko żyjących żubrów. Koszą m.in. łąki i wykładają karmę na ich naturalnych trasach migracyjnych. W ten sposób starają się zapobiec migracjom chorych zwierząt na Ukrainę, do sąsiednich nadleśnictw i Bieszczadzkiego Parku Narodowego.
Czy eliminacja 25 sztuk może negatywnie wpłynąć na stabilność żubrzej populacji w Bieszczadach? Zdaniem Edwarda Balwierczaka, dyrektora RDLP w Krośnie, raczej nie, gdyż co roku rodzi się ok. 30 młodych. Podobnego zdania jest doc. Kajetan Perzanowski. Dla porównania podaje, że w Puszczy Białowieskiej, gdzie żyje ok. 450 żubrów, co roku odstrzeliwanych jest (ale nie z powodu gruźlicy) ok. 40 sztuk i nie powoduje to zachwiania struktury tamtejszej populacji.

Żubr międzynarodowy

Gruźlica, a także świerzb zaczęły atakować żubry w Bieszczadach kilka lat po ich introdukcji w 1963 r., kiedy do Nadleśnictwa Stuposiany przywieziono pierwsze byki i krowy z Niepołomic oraz Pszczyny. Były to jednak przypadki jednostkowe i nie wpłynęły znacząco na przyszłość niewielkiego stada. Po kilkumiesięcznej obowiązkowej aklimatyzacji w zagrodzie w Widełkach wypuszczono zwierzęta na wolność, a te szybko dostosowały się do surowych, górskich warunków. Zaledwie kilkanaście osobników potworzyło stopniowo osobne stada, by w połowie lat 70. rozprzestrzenić się na całe Bieszczady.
– Wtedy żyło w naszych górach znacznie więcej żubrów niż teraz, chętnie polowali na nie zagraniczni goście sypiący dolarami, ale choroby zrobiły swoje – pamięta emerytowany leśnik Władysław Podraza. – Żubry padały masowo i w efekcie spośród 800 sztuk u progu lat 80. zostało może 50. To był pomór. Było ich po prostu za dużo i natura upomniała się o selekcję. Dopiero wiele lat później wprowadzono mądre gospodarowanie populacją żubra, trwające do dziś.
Program restytucji żubra w Karpatach przebiega pomyślnie zwłaszcza w polskich Bieszczadach, ale naukowcy pod kierunkiem doc. Perzanowskiego pracują również na Słowacji, w Rumunii i na Ukrainie. Do Beskidu Skolivskiego kilka miesięcy temu trafiły żubry, które do życia w dzikim środowisku przygotowywały się w zagrodzie aklimatyzacyjnej. Obecnie zaledwie 30 km od polskiej granicy wschodniej żyje pierwsze od wielu lat wolnościowe stado 11 sztuk sprowadzonych tu z Niemiec i Austrii. Ukraiński projekt koordynuje od początku, czyli od 2009 r., Instytut Ekologii Karpat we Lwowie pod kierunkiem dr Oksany Maryskewycz. Na razie tamtejsze zwierzęta są zdrowe, ale, jak podkreślają zgodnie
doc. Perzanowski i jego ukraińska koleżanka po fachu, prątek gruźlicy utrzymuje się w środowisku latami, nie ma możliwości pozbycia się go raz na zawsze. Wystarczy, że jeden zarażony żubr powędruje na dotąd czysty obszar, a niebezpieczeństwo zainfekowania innych  zwierząt stanie się duże. Ale jest też optymistyczna wiadomość: nie każde zwierzę, które zetknie się z prątkiem, musi zachorować. Wszystko zależy od indywidualnej odporności. Tak jest też u ludzi.

Krzysztof Potaczała

Wydanie: 26/2012

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy