Kronika zapowiedzianej śmierci

Kronika zapowiedzianej śmierci

O godzinie 21.38 Zdzisław Beksiński chciał wykonać ostatni w swoim życiu telefon

„Urodziłem się 24 lutego 1929 r. w Sanoku i od tamtego czasu nie wydarzyło się nic godnego uwagi”. To zdanie z życiorysu Zdzisława Beksińskiego straciło aktualność, kiedy został brutalnie zamordowany. Warto przypomnieć historię jego dramatycznej śmierci, w momencie kiedy do kin wchodzi poświęcony Beksińskim film „Ostatnia rodzina”.

Rany naturalne

Obsesyjne zainteresowanie śmiercią było stale obecne w twórczości Zdzisława Beksińskiego. Jeszcze w latach 50. wykonał fotograficzny kolaż złożony z trzech obrazów. Pierwszy przedstawiał ludzki płód z długą pępowiną, drugi niewinną dziewczynkę w wianku idącą do pierwszej komunii. Tryptyk kończył się zdjęciem zwłok żołnierza w trumnie. Pytany o to szokujące zestawienie opowiadał o koleżance matki, która biegała po wsi i fascynowała się widokiem czekających na pochówek zwłok najbliższych sąsiadów. Malarz również przejawiał takie zainteresowanie, szczególnie we wczesnym cyklu prac sadomasochistycznych. Ostatecznie skończył życie tak jak jedna z wielu ofiar przedstawionych w tej serii rysunków.

W 1969 r. namalował obraz przedstawiający fantastyczną postać, która dumnie prezentuje trzy rany kłute na klatce piersiowej. Są one czymś zupełnie naturalnym, jak nabrzmiałe sutki, zapadnięte kości policzkowe, czy wydatne żyły, w których płynie ciemnofioletowa krew. Rany są jak stygmaty śmierci i cierpienia. Trwa ono przez lata, na co wskazuje draperia korzeni oplatająca całą postać. Malarz mówi, że nieodłącznymi elementami naszej egzystencji są samotność oraz cierpienie. Podobnie wyglądał Beksiński, kiedy otrzymał pierwsze trzy ciosy nożem w klatkę piersiową.

Kiedy to nastąpiło? Wiemy z dokładnością co do minuty – 21 lutego 2005 r., o godz. 21.38. Łatwo to było ustalić, bo wówczas malarz chciał wykonać ostatni w swoim życiu telefon.

Co sprawiło, że tragiczny scenariusz śmierci Zdzisława Beksińskiego zaczął się realizować? Można było przypuszczać, że śmierć ekscentrycznego malarza będzie bardziej spektakularna, jak rodzaj performance’u. Jednak okrucieństwo tej zbrodni i niektóre jej okoliczności wpisują się w charakter świata przedstawianego przez artystę – pełnego właśnie okrucieństwa i przemocy.

Domino

Nie sposób było zakładać, że osobą, która popchnie pierwszą kostkę domina uruchamiającą fatum będzie znajomy malarza, uczynny i pracowity Krzysztof K., zaufany pomocnik i złota rączka. Beksiński jeszcze z żoną odwiedzali Krzysztofa w Wołominie, zazwyczaj kupowali dwójce jego dzieci (w tym synowi Robertowi) czekoladowe cukierki. Krzysztof potrafił zrobić praktycznie wszystko: postawić ściankę działową, wyremontować mieszkanie, naprawić domowy monitoring i zreperować odpływ instalacji sanitarnej. Z czasem Beksińskiemu zaczęła pomagać cała rodzina K. Przy prostym majsterkowaniu ojca wspierał od czasu do czasu syn Robert. Nie zapisał się on jednak dobrze w pamięci malarza, bo pewnego dnia poprzestawiał mu wszystkie kanały w telewizorze. 9 września 2004 r., pół roku przed tragicznym zdarzeniem, Beksiński pisał w mejlu: „Mam podejrzenia, jeśli idzie o latorośle pp. K., które pomagają teraz matce na zmianę w sprzątaniu mieszkania – no, ale trudno to udowadniać i byłoby przykro, więc po prostu chowam rzeczy, takie jak forsa. W końcu łatwo jest pociągnąć banknot z kupki”.

Żona i córka Krzysztofa K. regularnie sprzątały mieszkanie artysty. To był dobry sposób na spłacanie dużego długu (kilkanaście tysięcy złotych) zaciągniętego we wrześniu 2004 r. przez rodzinę K. u Beksińskiego. Uzgodniona stawka za dzień sprzątania wynosiła aż 250 zł, w tym 50 zł zwrotu za taksówkę z Wołomina. Dług więc zmniejszał się systematycznie. Za pożyczone pieniądze Krzysztof kupił używany renault mégane. Tym autem kupionym za pieniądze Beksińskiego wówczas 19-letni Robert z młodszym kuzynem Łukaszem postanowił feralnego dnia pojechać z Wołomina do Warszawy na ul. Sonaty 6, gdzie mieszkał artysta. Robert liczył, że może dostanie od niego „jakiś prezent”. Beksiński był bowiem traktowany jak rodzaj bankomatu, do którego należało tylko zastosować właściwy w danej chwili numer PIN. Chłopak był przekonany, że to najlepszy sposób postępowania i „zdobywania kasy”. W jego zabezpieczonym na użytek śledztwa telefonie komórkowym policjanci znaleźli SMS wysłany do znajomych w Boże Narodzenie 2004 r.: „Cześć, tu św. Mikołaj. Byłeś grzeczny? Nie kradłeś? Nie!!? To się kurwa naucz. Ja ci wiecznie prezentów nie będę przynosił!”.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 39/2016

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy