Będą degradować

Będą degradować

Ustawa dotknie tysiące oficerów

PiS będzie miało ustawę degradacyjną i będzie mogło pozbawić stopni generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka. Symbolicznie postawi na swoim. Nad motywami tych działań nie ma co się rozwodzić, pisałem o tym tydzień temu, więc tylko powtórzę: pisowska ustawa sięga dalej. Wyraźnie zostało w niej powiedziane, że degradacja będzie dotyczyć nie tylko członków WRON, ale i innych generałów, a także oficerów i podoficerów.

Czyli kogo? Wiceszef MON Wojciech Skurkiewicz próbował to w Sejmie określić, ale wątpliwości nie rozwiał. Zaczął wyliczać – że generałów, oficerów, sędziów i prokuratorów z lat 1943-1956 zaangażowanych w zwalczanie podziemia „może być od 300 do 400 osób”, choć to „trudne do oszacowania”. Kolejna przesłanka degradacji – wydanie rozkazu użycia broni palnej wobec ludności cywilnej – dotyczyć może „kilkudziesięciu, najwyżej 100 oficerów Ludowego Wojska Polskiego” i okresów Czerwca ‘56 i Grudnia ‘70. Zgodnie z tymi słowami degradacja groziłaby mniej więcej 500 osobom.

Trudno w te szacunki uwierzyć. PiS ma tendencję do rozszerzania grupy „potępionych” i nikt nie jest w stanie nad tym zapanować. Przykładem niech będzie lutowa ustawa o IPN. Ważne postacie w PiS zapowiadały, że ustawa będzie „martwa”, że do czasu wydania orzeczenia przez Trybunał Konstytucyjny nie będzie stosowana. Owszem, były to słowa kuriozalne, bo władza wykonawcza nie może sobie wybierać, którego prawa będzie przestrzegać, a którego nie i kiedy, ale można było to rozumieć jako rodzaj zadeklarowania intencji. Co z tego, skoro już pierwszego dnia obowiązywania ustawy Polska Fundacja Narodowa oskarżyła dziennikarzy portalu w Argentynie. Do 8 marca takich oskarżeń było już pięć. Jeśli prawo daje możliwość, ludzie prawicy to wykorzystują.

A ustawa degradacyjna takich furtek zostawia sporo. Art. 3 wylicza osoby, które mogą być pozbawiane stopnia, bo w latach 1943-1990 „sprzeniewierzyły się polskiej racji stanu”. W jaki sposób? Zwalczając podziemie, wydając rozkaz strzelania do cywilów, oskarżając i osądzając w procesach politycznych okresu stalinowskiego, a także, jak czytamy w ust. 4, jeśli „posiadając stopnie wojskowe generałów, inicjowali prześladowania żołnierzy ze względu na wyznawaną religię lub pochodzenie, lub dopuszczali się tych prześladowań”.

Już na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo te zapisy są nieprecyzyjne. Przede wszystkim co oznacza „sprzeniewierzenie się polskiej racji stanu”? Można iść o zakład, że mimo 28 lat prania mózgu znaczna część Polaków, a może i większość, uzna, że wprowadzenie stanu wojennego po to, by zatrzymać interwencję wojsk rosyjskich, było zgodne z polską racją stanu. W jakiej roli są więc oskarżyciele z PiS? Mszczą się w imieniu moskiewskiego betonu, który miał ochotę urządzić w Polsce krwawą łaźnię, ale mu się nie udało?

Ust. 4, mówiący o prześladowaniu ze względu na religię lub pochodzenie, dotyczy – jak można się domyślać – lat 1967-1968, kiedy to z wojska wyrzucono grupę oficerów pochodzenia żydowskiego. Ale ponieważ zapis jest nieprecyzyjny, bardzo łatwo będzie go rozciągnąć na inne okoliczności. I raczej powinniśmy zakładać, że tak się stanie. Zapraszać do takich działań będą nie tylko niejednoznaczne przepisy, ale również przedział lat 1943-1990. Oraz punkt mówiący o tym, że prawo do wnioskowania o odebranie stopnia będą miały „stowarzyszenia zrzeszające kombatantów, weteranów lub żołnierzy”. Stowarzyszenia te będą mogły wnioskować do ministra obrony o „wszczęcie postępowania”.

Łatwo sobie wyobrazić, jak to będzie wyglądać, jakie upiory odgrywania się za prawdziwe lub wydumane nieszczęścia zostaną obudzone. I jaka władza trafi w ręce szefów rozmaitych organizacji kombatanckich lub pseudokombatanckich. Nie będzie tylko kilkuset wniosków o degradację, to pójdzie w tysiące. Szarpany będzie każdy dowódca z czasów stanu wojennego. Za to, że uczestniczył w zniewoleniu.

A jak takie postępowanie będzie wyglądać? W tej sprawie pomysły ustawodawcy wołają o pomstę do nieba. Otóż PiS w roli tego, który ma prowadzić postępowanie, analizować przedłożone materiały, wysłuchiwać dowodów oskarżyciela i osoby broniącej się, obsadziło ministra obrony. Szef MON ma być sędzią. On ma ściągać z IPN materiały, wysłuchiwać stron sporu. I zadecydować, czy dana osoba zostanie pozbawiona stopnia wojskowego i odpowiedniej emerytury. A od decyzji ministra, jak zaznaczono w ustawie, nie będzie odwołania.

PiS wprowadza więc praktykę nie z naszej cywilizacji. Do tej pory o utracie stopnia decydowały sądy. Czyli zawodowi sędziowie, którzy wydawali wyrok po zapoznaniu się ze sprawą, z gwarancją procedury odwoławczej. Teraz niczego takiego nie będzie – to minister obrony, niczym średniowieczny suweren, będzie wysłuchiwał zainteresowanych, po czym wyrokował. Procedura odwoławcza do NSA dotyczy jedynie odmowy wszczęcia na nowo sprawy.

Po wejściu ustawy w życie możemy się spodziewać kolejnego wieloletniego korowodu. Z Jaruzelskim i Kiszczakiem, i z generałami WRON pójdzie sprawnie. Minister Błaszczak szybko wyda wyroki. Kłopot się zacznie, gdy przyjdzie mu rozpatrywać kolejne transze oskarżeń i wniosków. Choć pewnie on tym się nie martwi. W końcu czeka go robota, którą PiS lubi najbardziej – grzebanie w cudzych życiorysach i osądzanie.

Wydanie: 11/2018

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy