Kaczyński wyrzucił Ziobrę

Kaczyński  wyrzucił  Ziobrę

Krótki film o zabijaniu (politycznym), czyli…

Jeśli ktoś sądził, że serial „Ziobro wyrzucany z PiS” będzie trwał i trwał, musiał się rozczarować. Była szybka egzekucja – Zbigniew Ziobro, Jacek Kurski i Tadeusz Cymański zostali wyrzuceni w piątek z PiS. I teraz to oni mają problem.

Gra Ziobry

Nie ma sensu dociekać, kto zaczął pierwszy, bo złośliwości między Ziobrą a skupionymi wokół Kaczyńskiego politykami wymieniane były w najlepsze od dawna. Można jedynie zaznaczyć, że sygnał zakończenia działań partyzanckich i przejścia do otwartej wojny dał Ziobro dwoma wywiadami.
W obu mówił mniej więcej to samo – że PiS przegrało szóste wybory z rzędu, więc coś trzeba zrobić, że tym czymś jest demokratyzacja wewnątrz partii, otwarcie na nowe środowiska, więcej energii i że „albo PiS stanie się formacją, która jest w stanie samodzielnie rządzić, albo będzie konieczne zbudowanie dwóch ugrupowań – centrowego i narodowego – by zagospodarować wyborców, a potem budować koalicję”.
Cóż te słowa znaczyły? Że, po pierwsze, PiS w obecnym kształcie skazane jest na przegrywanie, dlatego trzeba wprowadzić zmiany. Jakie? Zwróćmy uwagę – Ziobro nawet nie zająknął się o zmianach programowych, sprawy idei w ogóle go nie zainteresowały. Interesowały go efektywność działania i wygranie wyborów. Jednym słowem, mówił nie do wyborców, ale do partyjnych działaczy. Którym przeszkadza perspektywa wiecznej opozycji, którzy chcieliby porządzić i których uwiera również sytuacja, w której oni sami mają niewiele do powiedzenia.
Czy był to więc zamach na Kaczyńskiego? Nie do końca. Raczej był to atak na pozycję numer 2. Ziobro, rzucając rękawicę prezesowi, postawił mu swoje warunki: nie będzie z nim walczył, akceptuje jego przywództwo, ale chce być partnerem. Pisze o tym zresztą w „liście otwartym”, proponuje w nim prezesowi, by obaj usiedli i porozmawiali. Czyli nie w układzie prezes-podwładny, tylko jak równy z równym. Bo inaczej, jeżeli zostanie wyrzucony, będzie zmuszony zakładać własną partię.

Gra Rydzyka

Co takiego się zdarzyło, że Ziobro nabrał odwagi i postawił Kaczyńskiego pod ścianą? Czy zadecydowała o tym kolejna przegrana PiS?
Jeśli – to tylko częściowo. Ani Ziobro, ani nikt z jego otoczenia nie zaprezentował bowiem jakiejś głębszej analizy porażki wyborczej PiS. Widać raczej, że próba dyskutowania o wyborczej porażce to dla Ziobry pretekst, a nie cel.
Może więc poczuł się silny poparciem działaczy partii, którzy w nim dojrzeli naturalnego sukcesora obecnego prezesa? Być może, ale – jak podają media – kolejni działacze dystansują się od Ziobry i w przeszło 150-osobowym klubie może on liczyć na maksimum kilkanaście osób. Czyli na poziomie PJN sprzed roku.
Ziobrę do frondy mógł zachęcić o. Tadeusz Rydzyk, który wciąż szuka politycznej trampoliny. W takim przypadku mielibyśmy zatem rebelię wewnątrz PiS – Rydzyka i Ziobrę przeciwko Kaczyńskiemu. Ale czy to jest możliwe? Na ten wariant wskazują dwa elementy. Po pierwsze, mówiąc o dwóch partiach, które miałyby powstać na bazie PiS, Ziobro mówił o partii narodowo-katolickiej. Po drugie, od dawna należy do ulubionych polityków Rydzyka i jest przez jego media forowany.
Założycielowi Radia Maryja najwyraźniej nie przeszkadza, że Ziobro nie sprawia wrażenia człowieka głęboko wierzącego, a jego frakcja też niewiele ma wspólnego z opcją narodową i katolicką. To jest raczej frakcja policyjna, tam najbardziej widoczni są prokuratorzy, były szef ABW i mówiąca ohydne rzeczy posłanka Kempa, która nadzorowała więzienia. Świństwa IV RP, śmierć Barbary Blidy – to jest ich plakietka.
Oczywiście to nie musi razić Rydzyka, on na takie sprawy jest obojętny, ale przecież z jakimiś realiami liczyć się musi.
A te realia są takie, że nawet przy poparciu Rydzyka Ziobro nie wykroiłby z PiS-owskiego tortu znaczącego kawałka… A wojna dwóch post-PiS-owskich partii na pewno oddaliłaby je od perspektywy władzy. Dla Rydzyka jakiś rodzaj sporu między Kaczyńskim a Ziobrą na pewno byłby korzystny – bo rosłaby wtedy jego rola jako rozjemcy czy arbitra. Ale to musiałby być spór WEWNĄTRZ, a nie jakiś inny… Stąd wniosek, że mógł Ziobrę popierać, ale tylko do pewnego momentu.

Gra Kaczyńskiego

Zbigniew Ziobro przez całe lata był faworytem Kaczyńskiego. Ten pobłażał mu niesłychanie, budząc zdumienie brata – Lech Kaczyński nie cenił byłego ministra sprawiedliwości, mówił, że ma mentalność 20-latka. Gdy w rządzie PiS-Samoobrona-LPR doszło do sporu między Ziobrą a Dornem, to Dorn został zdymisjonowany, a Ziobro uzyskał władzę nad aparatem ścigania.
Kiedy zatem doszło do rozejścia się obu polityków? Prawdopodobnie złożyło się na to wiele pojedynczych zdarzeń, Kaczyński na pewno poczuł się zaniepokojony, widząc, jak Ziobro buduje w PiS swoje wpływy, swoje państwo w państwie. Pewnie też nie spodobało mu się, gdy się przekonał, że w sprawie Blidy był oszukiwany. Bo to jemu mówiono, że prokuratura i ABW mają tu „twarde” dowody. A potem wszystko już szło w różne strony. Gdy więc Ziobro zaatakował, Kaczyński rozterek nie przeżywał. Chyba że za takie uznać „kompromis”, który zaproponował Ziobrze, Kurskiemu i Cymańskiemu. Że oddadzą się do dyspozycji prezesa i zamilkną. Kanossy nie było, więc nastąpiła egzekucja.
Z punktu widzenia Kaczyńskiego jest ona logiczna. Przedłużanie sporu, wybaczanie, cały ten partyjny teatr, służyłyby tylko Ziobrze, który mógłby się prezentować jako kochający PiS męczennik, nierozumiany przez prezesa. Za chwilę mogliby się włączyć do sporu inni, choćby o. Rydzyk, i proponować usługi. To wszystko osłabiałoby prezesa. Także w oczach jego fanów – bo pokazałby swoje wahania i słabość.

Do szybkiego działania zachęciły go też na pewno przypadki innych rozłamowców – Kazimierz Marcinkiewicz jest dziś politycznym emerytem, Marek Jurek – błędnym rycerzem, Ludwik Dorn – skruszonym wezyrem. O grupie PJN mało kto już pamięta.
Czy więc możliwy jest wariant, że Ziobro z Kurskim stworzą PiS bis i zagrożą Kaczyńskiemu? Teoretycznie można na to stawiać, to są politycy popularniejsi na prawicy niż Joanna Kluzik-Rostkowska czy Elżbieta Jakubiak… Ale patrząc na politykę w dłuższej perspektywie, jak na przedsięwzięcie wymagające struktur i pieniędzy, trudno wróżyć Ziobrze wielką karierę.
A czy PiS straci na jego braku? Do tej pory, gdy odchodzili z tej partii kolejni politycy, nie traciło. Zresztą Kaczyński ma w partii ludzi, którzy Ziobrę mogą zastąpić. Mariusz Kamiński w roli Savonaroli jest równie wiarygodny. A Hofman czy Brudziński w roli bulterierów nie są gorsi od Jacka Kurskiego.
Pamiętajmy o jeszcze jednym – PiS-owcy mogli krzyczeć, że sprawa Blidy to polityczny rewanż, ale fakty są takie, że materiały ujawnione przez komisję śledczą skompromitowały prokuraturę, ABW i przede wszystkim ich politycznych zwierzchników. Ziobro jako organizator aparatu ścigania IV RP stał się dziś obciążeniem dla PiS. Takim ludziom ręki się nie podaje ani do domu nie zaprasza, koalicji z nimi nie zawiera.
Co dalej? Żeby spaść na cztery łapy, Ziobro musiałby mieć w zanadrzu jakiś wariant rezerwowy, coś, na co inni nie zwrócili uwagi.
Może też czekać w jakimś Sulejówku na kolejne wybory, by potem, po kolejnej przegranej Kaczyńskiego, wrócić jako mąż opatrznościowy prawicy.
Jeżeli bez parasola ochronnego PiS do kolejnych wyborów dotrwa.

Wydanie: 45/2011

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy