Kto się boi „Daily Mail”?

Kto się boi „Daily Mail”?

Odpowiedź brzmi: prawie wszyscy. Bo prawicowy tabloid to na Wyspach potężny gracz Korespondencja z Londynu Nie zaczyna się źle. Nie jestem kobietą. Punkt! Gej? Też nie, uf, kolejny plus. Następne pytanie: „Czy jesteś muzułmaninem? A może choć trochę go przypominasz z wyglądu?”. Staję przed lustrem. Nie… chyba nie. Hura! Zdobywam kolejny punkt. Ale potem wszystko zaczyna iść źle. „Czy twoi rodzice urodzili się na Wyspach?”. Nie – odpowiadam. A to niedobrze. Bardzo niedobrze. Wkrótce tracę już punkty na potęgę. Nie mam nic przeciwko energii odnawialnej, nie mam żony. Nie jestem też przekonany, że „w dawnych czasach wszystko było lepsze”. No i zaczyna się ostry zjazd. Szybko staje się jasne, że wynik testu może być tylko jeden: „Daily Mail” mnie nienawidzi. Prześmiewczy test internetowy zatytułowany „Czy »Daily Mail« cię nienawidzi” jest od jakiegoś czasu hitem wśród brytyjskich użytkowników sieci. Wszystko zaczęło się, kiedy gazeta zaatakowała ojca lidera parlamentarnej lewicy, tytułując poświęcony mu tekst „Człowiek, który nienawidził Wielkiej Brytanii”. Personalny atak na zmarłego, w dodatku napisany tak, by rykoszetem uderzył w obecnego lidera Partii Pracy Eda Milibanda, wywołał oburzenie. Jeden artykuł – niewielki przecież – sprawił nawet, że głos zabrał sam premier. „Gdyby ktoś zaatakował mojego tatę, chciałbym odpowiedzieć z pasją”, stwierdził David Cameron. Zaprotestowali politycy i komentatorzy lewicowi, ale głosy sprzeciwu słychać było również z prawej strony. Tyle że nie były zbyt głośne. Wiadomo, z „Daily Mail” się nie zadziera. „Daily Mail” obroni cię przed Unią – Ta gazeta ma w Wielkiej Brytanii posłuch pośród wyborców, których określa się mianem Middle England. To płynne pojęcie, niektórzy próbują je definiować klasowo, inni mówią, że dotyczy głównie mieszkańców małych miast, leżących poza aglomeracją londyńską. Najważniejszy jest jednak sam fakt, że gazeta odgrywa w kraju tak ogromną rolę. Większość piszących dla dziennika można określić jako zwolenników Partii Konserwatywnej, choć są też konserwatystami pisanymi małą literą, tradycyjnie nieufnymi choćby wobec rządu – mówi „Przeglądowi” dr Justin Schlosberg, medioznawca z londyńskiego Birkbeck College. Czego więc dowie się czytelnik wertujący „Daily Mail”? Przede wszystkim tego, kto jest najważniejszym wrogiem. A wróg to przebiegły i bezlitosny. Topi brytyjskie pieniądze w biurokracji i samochodach dla urzędników. Chce być Orwellowskim Wielkim Bratem i wszędzie montować swoje kamery. Dociska nas kolanem, nakładając setki tych wszystkich bezsensownych regulacji. Mało tego, najchętniej zakazałby też Brytyjczykom picia ich tradycyjnego piwa! Ów wróg to oczywiście Unia Europejska – dla „Daily Mail” uosobienie wszelkiego zła. Jeszcze parę lat temu nie miało to bezpośredniego przełożenia politycznego, bo wszystkie liczące się partie popierały członkostwo we Wspólnocie. Dziś jednak, gdy referendum w sprawie wyjścia z Unii jest niemal pewne, a na scenę wtargnęła nowa, wściekle antyunijna Partia Niepodległości – głos „Daily Mail” staje się bardzo ważny. Bo grono jego czytelników jest codziennie poddawane zmasowanemu atakowi antyunijnych tekstów. Grono pokaźne, które może przeważyć szalę. W dodatku premier Cameron cały czas musi uważać, by nie „odkleić” się za bardzo od czytelników „Maila”, bo większość z nich to wyborcy torysów. Efekt? Radykalna retoryka tabloidu również jego spycha na prawo. Soft power jak się patrzy. Łabędziowym skrytożercom „Daily Mail” mówi nie! „Daily Mail” to samozwańczy obrońca tradycyjnej Anglii – a raczej jej wyidealizowanego, pocztówkowego obrazu z opowieści o pannie Marple pióra Agathy Christie, telewizyjnej serii „Morderstwa w Midsomer” czy z powieści Jane Austen. Obrońca kraju długich, słonecznych popołudni, herbatki o piątej i niedzielnych mszy mówi głośne „nie” elektrowniom wiatrowym, bo niszczą krajobraz, podobnie zresztą jak imigranci z szyldami swoich sklepów i świszczącymi językami. Przyklaskuje Michaelowi Gove’owi, arcykonserwatywnemu ministrowi edukacji, któremu marzy się powrót do czasów surowych, niemal dickensowskich szkół. Bo ze starą, poczciwą Wielką Brytanią nie jest dobrze. Atakują feministki. Zamiast siedzenia i pilnowania ogniska domowego zachciało się im kariery. No i co? Rodzina

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2013, 44/2013

Kategorie: Media