Kto zarabia na grypie

Kto zarabia na grypie

Przy wtórze doniesień o epidemii, w koncernach farmaceutycznych, aptekach, agencjach reklamowych i mediach toczy się gra o dziesiątki miliardów złotych. Politycy grają o rząd dusz

Na stoisku z płytami DVD w hipermarkecie Real można jeszcze znaleźć film Richarda Pearce’a „Ptasia grypa w Ameryce”. Opowiada o pandemii wirusa H5N1, który – jak grypa hiszpanka powodująca w latach 1918-1920 od 20 do 50 mln ofiar – dziesiątkował Amerykanów.
Wirus ptasiej grypy pustoszył głównie kieszenie kinomanów i fermy drobiu na Dalekim Wschodzie. Znacznie więcej kieszeni dzięki niemu się napełniło.

Grypa w telewizji

Kolejne groźby światowej pandemii grypy już dawno stały się okazją do zarabiania dużych pieniędzy. Pierwsze w kolejce po profity są media. W marcu 2006 r. jeden łabędź padły w Toruniu na ptasią grypę postawił na baczność służby sanitarne i medyczne całego kraju. W telewizyjnych wiadomościach oglądaliśmy rozkładanie mat nasączonych płynem dezynfekującym i premiera Kazimierza Marcinkiewicza, który uspokajał, że sytuacja jest pod kontrolą. Przez media, tak jak dziś, przetoczyła się fala publikacji o tym, że w Polsce brakuje zapasów skutecznego w walce z tą chorobą leku Tamiflu, produkowanego przez firmę Roche.
Mało kto zwracał uwagę na wypowiedzi fachowców, którzy tłumaczyli, że ptasia grypa znana jest w Europie od ponad stu lat i przez cały wiek XX nikomu do głowy nie przyszło straszyć nią ludzi. Medycyna zna poważniejsze choroby, jak choćby malarię, które nas dziesiątkują, lecz pewnie z tego powodu stacje telewizyjne nie ekscytują się nimi tak bardzo jak kolejnymi odmianami grypy.
Bez wątpienia przyczyną kampanii przeciw grypie ptasiej, a ostatnio świńskiej, jest ich nośność. Wizja milionów ofiar i światowego chaosu wywołanego pandemią pobudza wyobraźnię. W latach 80. i 90. ubiegłego stulecia podobną rolę odgrywało AIDS. Pod koniec 2002 r. pałeczkę przejął wykryty w Chinach SARS – zespół ostrej ciężkiej niewydolności oddechowej. Ogółem stwierdzono na świecie 6234 przypadki SARS. Śmierć zabrała 435 osób, co w skali globu, podobnie jak w przypadku ptasiej grypy, było niewiele znaczącym epizodem. Lecz na początku 2003 r. telewizje bombardowały nas obrazami mieszkańców Chin, Kanady, Singapuru i Hongkongu, którzy nie wychodzili z domów bez maseczek na twarzy. Niestety, ku zmartwieniu mediów z Azji nie nadciągnęła zapowiadana przez nie apokalipsa.
Spore szanse na światową karierę miała przez chwilę australijska końska grypa, która zmusiła władze tego kraju do odwołania największych imprez hippicznych. Temat zdechł, gdy okazało się, że morderczy dla rumaków wirus nie przenosi się na jeźdźców. Było kwestią czasu, kiedy pojawi się nowy wirus, a media zaczną z jego pomocą znowu walczyć o zainteresowanie widzów czytelników.

Grypa na pierwszej stronie

„Tyle się pisze w dziennikach o grypie, że najłatwiej złożyć tajemnicze zgony na jej nieodpowiedzialne, a szerokie barki”, pisał 75 lat temu Jalu Kurek w powieści „Grypa szaleje w Naprawie”. Dziś grypa szaleje w najlepsze w warszawskich dziennikach i tygodnikach, a część dziennikarzy zachowuje się tak, jakby nie mogli się doczekać kolejnych ofiar wirusa A/H1N1 – i ochoczo przypisuje mu niepotwierdzone nawet przyczyny zgonów. Wiadomo – nic tak nie ożywia wieczornych wiadomości czy pierwszych stron gazet jak kolejna ofiara śmiertelna.
Kilka dni temu media jak jeden mąż krzyczały tytułami: „Czwarta ofiara świńskiej grypy w Polsce” – mimo że przedstawiciele służb sanitarnych cały czas stanowczo twierdzą, iż wirus tej grypy nie był główną przyczyną zgonu 54-letniej kobiety, zmarłej w Gdańsku. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. „Jest czwarta ofiara świńskiej grypy w Polsce – czytaj” – ekscytował się portal Gazeta.pl.
Natomiast brukowce miały prawdziwe używanie, gdy umarła pierwsza ofiara nowego wirusa, 38-letni mężczyzna. „Stało się to, czego wszyscy się obawiali. Świńska grypa, która zabija tysiące ludzi na całym świecie, zaczęła zabijać w Polsce”, mógł obwieścić „Super Express”. Niemal słychać było to westchnienie ulgi, że wreszcie…
Tabloidy – naturalnie w trosce o pełne informowanie czytelników – podały oczywiście imię i nazwisko zmarłego oraz opublikowały jego zdjęcie, rzekomo na łożu śmierci. Szczegółowo zrelacjonowano także cierpienie wdowy, napawając się zwłaszcza faktem, iż mężczyzna zmarł w piątek, 13 listopada, parę dni po 13. rocznicy ich ślubu. I rzecz jasna strasząc tym, co może się zdarzyć w przyszłości. „Nic dziwnego, że w Pucku zapanowała panika”, pisze „Super Express” (zmarły trafił najpierw do tamtejszego szpitala). „Mam nadzieję, iż uda się powstrzymać tę potworną zarazę”, zwierza się gazecie mieszkanka Pucka. Ciekawe, jakich słów używałby „Super Express”, gdyby ukazywał się podczas epidemii dżumy, która wytępiła ponad jedną trzecią ludności Europy.
Palmę pierwszeństwa w straszeniu dzierży jednak tabloidowy tygodnik „Wprost”, który w artykule „Przyczajona pandemia” uznał, że świńska grypa może być równie tragiczna jak epidemia grypy hiszpanki: „Podobnie 80 lat temu rozwijała się hiszpanka, która uśmierciła 40 mln ludzi. (…) Wtedy zaczęły się masowe zgony. Nie można wykluczyć, że ten scenariusz się powtórzy”, „martwi się” „Wprost”. Sekunduje mu „Rzeczpospolita”, np. tekstem „Nadchodzi świńska kulminacja”, niedotyczącym bynajmniej hodowli trzody.
Fakty w tym wszystkim nie mają znaczenia. Liczą się spekulacje i komentarze do komentarzy. Im bardziej nakręcana jest spirala strachu – tym lepiej! Rośnie oglądalność, rosną zyski z emisji reklam, produkcji leków czy – jak ostatnio – maseczek na twarz. Aż dziw, że ktoś jeszcze się nabiera na te tanie chwyty. Wszak nawet kilkaset śmiertelnych ofiar świńskiej grypy w skali średniej wielkości państwa to nadal mniej niż liczba ofiar wypadków drogowych, na które od dawna nie zwracamy uwagi. Za to bombardowani rewelacjami o grożącej nam pandemii powoli nabieramy odporności na zbyt nachalne relacje młodych reporterów, by „coś z tą grypą zrobić”.
Prawda jest taka, że jeśli gdzieś na świecie pojawi się szczep grypy równie niebezpieczny jak hiszpanka na początku XX w., zabraknie nam czasu na reakcję. Zidentyfikowanie i wyizolowanie groźnego wirusa to początek. Szacuje się, że przemysł farmaceutyczny potrzebuje od czterech do sześciu miesięcy, by wyprodukować skuteczną szczepionkę. Nim to się stanie, umrą dziesiątki milionów ludzi.
Z opisów grypy hiszpanki dowiadujemy się, że od wystąpienia u niektórych ofiar pierwszych objawów do zgonu mijało czasem kilkanaście godzin. Ludzie kładli się wieczorem do łóżek z niewielką gorączką, a rano umierali. Ot tak. Od Szanghaju po Alaskę. A przecież w latach 1918-1920 nie było rozwiniętego transportu lotniczego, z którego usług korzystałyby setki milionów pasażerów. Dziś wirus podobnej do hiszpanki grypy rozprzestrzeniałby się szybciej niż 90 lat temu. I niewiele moglibyśmy zrobić, by go powstrzymać.
Obecne zagrożenie świńską grypą nie może być wielkie, skoro ze wszystkich stron płyną gromkie apele, by się szczepić i gromadzić zapasy leków – przede wszystkim Tamiflu. 6 listopada br. premier Donald Tusk powiedział, że mamy zapasy tego leku dla 2 mln osób. Gdyby wirus A/H1N1 zabijał, rządy zagrożonych krajów nie bawiłyby się w negocjacje z producentami szczepionek, tylko wzorem administracji amerykańskiej zagroziły koncernom farmaceutycznym, że albo dostaną potrzebne leki za rozsądną cenę, albo same zabiorą się do ich produkcji.
Tak postąpiła administracja prezydenta Busha w 2002 r. wobec koncernu Bayer produkującego lek o nazwie Cipro (ciprofloxacin), gdy okazało się, że może on być skuteczny w leczeniu wąglika, którego bakterie nieznany do dziś sprawca rozsyłał w Stanach Zjednoczonych w listach do kongresmenów. Po zamachach na World Trade Center 11 września 2001 r. atak bronią biologiczną wydawał się w Waszyngtonie całkiem realny. Dziś ciprofloxacin pod różnymi nazwami handlowymi produkowany jest przez wiele firm i nie budzi emocji.

Grypa w probówce

Ptasia grypa okazała się niegroźna. Co nie znaczy, że brakowało jej potencjału. Koncerny farmaceutyczne skupiły się na opracowaniu skutecznej szczepionki. W latach 2006-2007 było jasne, że ten, kto pierwszy opracuje skuteczny specyfik przeciw tej odmianie grypy, zarobi miliardy dolarów.
Jako pierwsi zgłosili się Węgrzy. 14 marca 2006 r. premier Ferenc Gyurcsany poinformował, że spółka Omninvest rozpoczęła produkcję szczepionki przeciw ptasiej grypie. Po czym zapadła cisza.
Szczepionkę Fluad(r) – H5N1 zarejestrował w Stanach Zjednoczonych koncern Novartis. Za oceanem sprzedano około 40 mln dawek. Rząd Finlandii zapłacił spore pieniądze pewnej holenderskiej firmie, która miała opracować identyczny specyfik, lecz coś poszło nie tak, bo o fińskiej szczepionce przeciw ptasiej grypie jest głucho. Także Rosjanie ogłosili, że są blisko opracowania skutecznego leku.
W 2007 r. koncern Novartis, a właściwie jego spółka Novartis Vaccines, starając się o rejestrację szczepionki Fluad(r) – H5N1, prowadził badania kliniczne w Europie. Także w Polsce, o czym dowiedzieliśmy się z październikowej publikacji „Gazety Pomorskiej”, która opisała, jak to bezdomni z grudziądzkiego schroniska im. św. Brata Alberta pokłócili się o pieniądze. Interweniowali policjanci, których zainteresował fakt, że sporna kasa była zapłatą za szczepienia przeciw grypie. Przy bliższym oglądzie wyszło na jaw, że ok. 350 osób z Grudziądza i okolic w przychodni Dobra Praktyka Lekarska zaszczepiono testowanym specyfikiem przeciw ptasiej grypie! Ponieważ nie wszyscy bezdomni wiedzieli, co dostają, sprawą zainteresowały się media i prokuratura. Okazało się, że koordynacją badań zajmowała się krakowska spółka Monipol – mająca opinię jednej z lepszych. Planowano zaszczepienie 1,6 tys. osób. Ministerstwo Zdrowia wyraziło zgodę.
Szczepionka Fluad(r) – H5N1 była podawana w kilkunastu ośrodkach: w Warszawie, Krakowie, Olsztynie, Toruniu, Bydgoszczy, Lubartowie, Lublinie, Myślenicach, Wąbrzeźnie, Gniewkowie i feralnym Grudziądzu. Gdy pojawiły się wątpliwości co do rzetelności badań prowadzonych w NZOZ G.C.P Dobra Praktyka Lekarska w Grudziądzu, spółka Monipol, zgodnie z procedurą, poinformowała o wszystkim prokuraturę, resort zdrowia oraz patrona badań – Novartis Vaccines oddział w Niemczech.
Okazało się też, że podobne problemy z rzetelnością badań klinicznych pojawiły się na Litwie i w Czechach. A w 2007 r. mogło to oznaczać, że rejestracja szczepionki w Europejskiej Agencji ds. Leków w najlepszym razie zostanie opóźniona.
O Fluad(r) – H5N1 zrobiło się cicho. Przyszedł czas, by wprowadzić na rynek kolejny produkt.

Grypa w polityce

Skoro ptasia grypa nie spełniła pokładanych w niej nadziei i nie wybiła milionów ludzi na wszystkich kontynentach, musiało się pojawić nowe zagrożenie – grypa świńska. Po raz pierwszy usłyszeliśmy o niej w kwietniu br., gdy okazało się, że plaga ta pojawiła się w Meksyku, a następnie zaatakowała Stany Zjednoczone.
Było kwestią czasu, kiedy zaraza dotrze do Europy. Na początku października 2009 r. w procedurze rejestracji centralnej Komisja Europejska dopuściła do obrotu na obszarze Unii trzy szczepionki przeciwko pandemicznemu szczepowi wirusa grypy A/H1N1. Były to Focetria(r) – produkowana przez spółkę Novartis Vaccines, Pandemrix(r) – produkowany przez GlaxoSmithKline i Celvapan(r) – produkowany przez Baxter AG.
W bogatszych krajach Europy zdecydowano się na masowe szczepienia, lecz mają one znaczenie raczej psychologiczne. I nakręcają zyski koncernom. Nie można się na to oburzać. Część środków zostanie przeznaczona na badania. Nikt przecież nie wie, z której strony za rok czy dwa przyjdzie nowe zagrożenie i czy morderczy tym razem wirus okaże się jednym z ponad 140 znanych nauce Orthomyxoviridae, rodzaju Influenzavirus A.
Rząd Donalda Tuska zagrał va banque. Skoro u 80% zarażonych wirusem grypy A/H1N1 ma ona łagodny przebieg, przyjął, iż nic wielkiego się nie stanie. Przez wiele miesięcy obowiązywało stanowisko, że „Polsce nie grozi epidemia świńskiej grypy” – o czym zapewniał jeszcze w lipcu i później Główny Inspektorat Sanitarny – nie ma zatem powodów, by szerzyć panikę.
Dopiero 17 listopada, na konferencji prasowej, minister zdrowia Ewa Kopacz oficjalnie zmieniła zdanie, godząc się z tym, że jednak można mówić o epidemii, oraz zawiadamiając, że nastąpił czterokrotny wzrost liczby zachorowań na grypę sezonową w stosunku do zeszłego roku.
– To już nie żarty, mamy epidemię grypy. Są powody, by uważać, że to epidemia powodowana nowym wirusem A/H1N1 – stwierdził też krajowy konsultant ds. epidemiologii prof. Andrzej Zieliński.
Przedstawiciele resortu zdrowia twierdzą, iż ta „zmiana optyki” została spowodowana tym, że w ciągu jednego tygodnia, od 8 do 15 listopada, liczba nowych zachorowań, co do których istnieją podejrzenia, iż może to być grypa, wzrosła z 24 tys. do 41 tys. – i niewykluczone, że jest wśród nich dużo więcej przypadków świńskiej grypy niż oficjalnie potwierdzone wcześniej kilkaset przypadków.
W istocie chodzi jednak o to, że rząd zdał sobie sprawę z niemożliwości dalszego stosowania uspokajającej taktyki medialnej. W świetle tego, co ludzie widzieli na własne oczy i czego doświadczali osobiście, nie udałoby się już dłużej zapewniać, że powstrzymaliśmy epidemię na naszej wschodniej granicy i nic złego się nie dzieje.
– Rząd chciał w przypadku świńskiej grypy zachowywać się tak jak w odniesieniu do kryzysu gospodarczego – mówi pos. Marek Balicki, dyrektor stołecznego Szpitala Wolskiego. – Jeśli chodzi o kryzys, to rząd przyjął strategię, że go przeczekamy i nie będziemy zbytnio ingerować, licząc, że ludzie jakoś dadzą sobie radę. Jak widać, to się raczej sprawdza i jeśli nic gorszego nie nastąpi, będzie można gratulować ministrowi Rostowskiemu. Podobną strategię przyjęto wobec grypy, ale rząd zapomniał, że jej wirusy mogą być tak samo zaradne jak Polacy. Można więc powiedzieć: wirusy dały sobie radę – dodaje Marek Balicki. Ocenia on, że wśród nowych zachorowań większość jest spowodowana właśnie wirusem A/H1N1.
Nie wiadomo jeszcze, jak postępowanie rządu w sprawie grypy odbije się na notowaniach premiera i jego ekipy. Najwięcej może ona stracić na zwlekaniu z zakupem szczepionki przeciwko nowemu wirusowi.
Opinia publiczna – podkręcana przez media – zadaje rządowi pytanie, dlaczego Polacy nie mogą mieć do niej dostępu, skoro Komisja Europejska dopuściła trzy z nich do sprzedaży. Przynajmniej ci, którzy chcą się zaszczepić, powinni mieć taką możliwość.

Grypa u rzecznika

Na tych wątpliwościach postanowił zarobić dr Janusz Kochanowski, PiS-owski rzecznik praw obywatelskich i odwieczny wróg Platformy Obywatelskiej, a zarazem największy dziś showman naszego życia publicznego, daleko przed wyciszonym ostatnio Januszem Palikotem.
Doktor rzecznik oświadczył: „Martwię się o zdrowie wszystkich Polaków” i ogłosił z wyżyn swego urzędu, że „rząd nie radzi sobie z walką z grypą”. Dr Kochanowski ujawnił też metody badawcze zastosowane przez urząd rzecznika w celu dojścia do tego wniosku. „To jest oczywiste. To każdy widzi”, wskazał, po czym zapowiedział złożenie doniesienia do prokuratury na Ewę Kopacz. Uznał bowiem, że popełniła ona przestępstwo „sprowadzenia zagrożenia epidemiologicznego” poprzez zaniechanie działań mających zapobiegać grypie.
Doktorowi rzecznikowi szybko odwinął się wiceminister zdrowia Jakub Szulc, który wskazał, zresztą najzupełniej słusznie, że w świetle art. 115 i 224 kodeksu karnego rzecznik praw obywatelskich dopuścił się bezprawnej groźby i popełnił przestępstwo polegające na bezprawnym wywieraniu wpływu na działalność organów państwowych.
Zdecydowanie efektowniej wypadł jednak Janusz Kochanowski. Doktor rzecznik jako prawnik (choć bez habilitacji) szybko nauczył się sztuki wykorzystywania przepisów kodeksu do autopromocji i podczas swej kadencji jeszcze nieraz miło nas zaskoczy. W końcu nie ostatnia to epidemia.

Grypa reklamowa

O tym, jak daleko media mogą się posunąć w szukaniu sensacji, świadczy przykład brytyjskiego dziennika „Daily Mail”, który powołując się na opinie lekarzy, poinformował, że wirus rozprzestrzeniający się na Ukrainie zmutował. Płuca niektórych ofiar poddanych sekcji zwłok miały nienaturalny, czarny kolor. „Były jak spalone”, pisał dziennik. Specjalistyczne badania nie potwierdziły rewelacji „Daily Mail”, ale kto by się tym przejmował.
Alarmujące doniesienia mediów znakomicie podnoszą skuteczność reklam specyfików, po których zażyciu człowiek wieczorem chory następnego dnia ma się budzić zdrowy jak ryba. W cieniu bowiem przepychanek o szczepionkę przeciwko wirusowi A/H1N1 żniwa zbierają producenci dostępnych bez recepty leków zwalczających objawy przeziębienia i grypy oraz zwiększających odporność. A takie leki można reklamować do woli. Sektor farmaceutyczny osiąga największą dynamikę wzrostu środków wydawanych na reklamy. Z raportu domu mediowego StarLink wynika, że na reklamowanie produktów farmaceutycznych w trzech pierwszych kwartałach tego roku wydano o 45,5 mln zł więcej niż w takim samym okresie ubiegłego roku. To wzrost aż 12-procentowy w sytuacji, gdy inne branże zanotowały spadki albo najwyżej jedno-, dwuprocentowe wzrosty. A przecież reklamowa nawałnica dopiero się rozkręca.
Najskuteczniejsza jest reklama telewizyjna. – W okresie od 1 do 15 listopada 2009 r. na reklamę w telewizji wydano łącznie 720,9 mln zł. Z tego reklama środków przeciw przeziębieniu pochłonęła 61,2 mln zł, a reklama środków przeciwbólowych 13,5 mln zł. Dane te oszacowano na podstawie cenników stacji, bez uwzględnienia rabatów – wylicza Dariusz Rocki z TNS OBOP, firmy monitorującej wydatki stacji telewizyjnych na reklamę. Rabaty są przydzielane przez stacje z różnych powodów, np. w zależności od tego, czy chodzi o klienta agencyjnego, czy bezpośredniego, stałego czy dopiero rozpoczynającego współpracę. Jak mówi Dariusz Rocki, w przeszłości przekraczały nawet 50%, w tym roku telewizje jednak nieco urealniły ceny swego czasu antenowego. Dokładnych sum naturalnie nie poznamy, bo stanowią one tajemnicę reklamodawcy i stacji telewizyjnej.
Dla porównania, sześć lat temu na telewizyjne reklamy środków przeciw przeziębieniom wydano zaledwie 20,2 mln zł (kwota ta obejmuje jednak tylko trzy największe stacje, TVP, Polsat i TVN, więc choć przyrost jest ewidentny, porównanie nie będzie precyzyjne).
Nakłady na reklamę medykamentów oczywiście rosną jesienią. W maju i czerwcu stanowią zaledwie 5% ogólnej sumy telewizyjnych wydatków reklamowych. W październiku i listopadzie – już 10-15%.
Na jesiennej fali zachorowań zarabiają nie tylko telewizje, lecz także ci, którzy reklamy produkują. Jak mówi dyr. Sławomir Boniecki ze studia OTO Film, przygotowanie pod klucz jednominutowej reklamy telewizyjnej poświęconej środkom przeciwko przeziębieniom, bez udziału aktorów z najwyższej półki cenowej, kosztuje od 300 tys. zł do nawet miliona.
– Zrobienie minuty reklamy za niewiele ponad 100 tys. zł jest praktycznie niemożliwe.

Grypa w aptekach

Na reklamy firmy farmaceutyczne wydają wiele setek milionów złotych. I musi się to opłacać, nawet jeśli cena poszczególnych specyfików nie przekracza kilku złotych za opakowanie. Obserwatorzy rynku farmaceutycznego oceniają, że jeszcze w tym roku na leki przeciw grypie i przeziębieniom wydamy nawet 1,5 mld zł, o 600 mln zł więcej niż przed rokiem. W listopadzie apteki przeżywają oblężenie. – Więcej osób kupuje środki przeciw przeziębieniom, mamy wzmożony ruch – mówi przedstawiciel warszawskiej apteki Europharm.
Obserwacje jednostkowe potwierdzają się w danych statystycznych. – Średnia sprzedaż dzienna dostępnych bez recepty leków przeciw przeziębieniu i grypie wyniosła (poza dniami świątecznymi) 448 tys. opakowań. Szczepionek przeciw grypie sezonowej – 20 tys. W porównaniu z październikiem to wzrost odpowiednio o 83% i 108% – twierdzą analitycy z firmy Pharma Expert.
Rekordy bije sprzedaż takich specyfików jak Coldrex (GlaxoSmithKline), Fervex (UPSA), Theraflu (Novartis) czy Gripex (US Pharmacia). Ze względu na silną konkurencję ich ceny oscylują wokół 10-15 zł za opakowanie. Znakomicie sprzedają się też medykamenty mające wzmocnić naszą odporność. Sprzedaż poczciwej witaminy C w listopadzie wzrosła ponaddwukrotnie w porównaniu z ubiegłym rokiem. Firmy farmaceutyczne podsuwają nam coraz to nowe środki: Rutinoscorbin (GlaxoSmithCline), Rutinaceę (Aflofarm), Novorutin (US Pharmacia), Cerutin (Polfarmex) czy Rutovit C (Polfa Kutno). Oszołomieni reklamami zapominamy, że te pierwsze jedynie łagodzą objawy choroby, a te drugie nie zadziałają w parę dni, bo uodparnianie organizmu to proces długotrwały.
Ręce zacierają w koncernie Roche, produkującym lek przeciwwirusowy Tamiflu. Jak podał „Puls Biznesu”, od czasu wybuchu epidemii grypy A/H1N1 przychody firmy wzrosły dziesięciokrotnie. Gruszek w popiele nie zasypiają hurtownie farmaceutyczne, które wykorzystują wzrost popytu i podnoszą ceny bardziej niż producenci.
Niezależnie więc od tego, jak potoczą się negocjacje w sprawie szczepionki na nowy wirus, czy będzie ona dostępna w aptekach, czy nie, farmaceutyczni potentaci długo będą tegoroczną jesień dobrze wspominać. A potem… Potem będą niecierpliwie czekali, aż pojawi się następny wirus.

________________________________

Szpital nie zarobi

Zwiększony ruch widać w przychodniach, zwłaszcza publicznych. Ale to nie wiąże się dla nich z dodatkowymi dochodami. Gabinety prywatne oraz niepubliczne zakłady opieki zdrowotnej na razie nieznacznie tylko skorzystały na zwiększonej fali zachorowań, bo ludzie pracujący i aktywni, będący ich głównymi klientami, nie mają czasu chorować. Dopóki chodzą, leczą się na własną rękę, a gdy dostaną wysokiej gorączki, kładą się i wzywają lekarza do domu – lub idą do szpitala, oczywiście publicznego. – Prywatne kliniki nie zajmują się stanami ostrymi, bo to dla nich kompletnie nieopłacalne. Dla mojego, publicznego szpitala więcej chorych na grypę to także strata, bo zgodnie z przepisami szpitalne izby przyjęć są finansowane ryczałtowo, a nie w zależności od liczby pacjentów – mówi Marek Balicki, dyrektor Szpitala Wolskiego.

Wszystko w rodzinie

Koncern GlaxoSmithKline produkuje całą rodzinę preparatów Coldrex, dla dzieci ma calpol. Do tego na ból gardła dorzuca cholinex, cholisept, sebidin, a nawet swojsko brzmiący tymianek i podbiał, a dla poprawienia odporności poleca rutinoscorbin.
Koncern US Pharmacia oferuje chorym na przeziębienie i grypę całą grupę apapów, gripexów i ibupromów, na kaszel dodaje herbitussin i wzmacnia naszą odporność novorutinem C.
Koncern UPSA leczy nas ferveksem, upsarinem i efferalganem.
Novartis złagodzi objawy przeziębienia preparatami z rodziny Theraflu, kaszel zaś syropem Sinecod.
Rodzima Polpharma poratuje nas polopiryną i scorbolamidem, natomiast Bayer ma dla nas różne odmiany aspirinu, tabcin i preparaty Aleve.

SMS-owa diagnoza

Nie zawsze wprawdzie wiadomo, na co właściwie chorujemy, ale to żaden problem. Wystarczy wysłać dwa SMS-y za łączną sumę – bagatela – 61 zł, by otrzymać formularz złożony z 21 pytań. Jak na nie odpowiemy, dokładnie będziemy już wiedzieć, bez konieczności odwiedzania lekarza, czy mamy grypę, czy nie.

Domestos cię wyleczy

Na fali strachu przed epidemią rosnącą popularnością cieszą się rozmaite specyfiki ochronne i lecznicze: herbatki, kuleczki, pigułki, niemające żadnego pozytywnego działania, a zwłaszcza antywirusowego. Pojawiają się różne dziwne preparaty, jak choćby supermiód Manuka czy ImmunAid, mający wzmacniać naszą odporność i oczywiście dostępny bez recepty, a złożony z kociego pazura i cynku, który jest ponoć metalem mającym absolutnie wyjątkowy wpływ na nasz układ immunologiczny i niedającym się zastąpić niczym innym. Niedoboru cynku w organizmie, jak głosi reklama, nie rozwiążą żadne szczepienia ochronne, a jedynie ów rewelacyjny preparat.
Skutecznością zapewne tylko niewiele ustępuje mu domestos, płyn do mycia sanitariatów wytwarzany przez Unilever, również reklamowany jako środek skuteczny w zwalczaniu wirusa grypy: „Domestos zabija wszystkie znane wirusy, w tym wirusa odpowiedzialnego za pandemię świńskiej grypy. Działanie Domestosa zostało pomyślnie przebadane przeciw wirusowi A/H1N1”.
Polacy ruszyli także do sklepów po gustowne maseczki antygrypowe. Jako pierwsza profity zebrała sieć Lidl, która chwali się, że sprzedała już milion maseczek. Ponieważ jednak nie dla wszystkich Polaków starczyło, rodacy ratują się na własną rękę, takimi sposobami jak widoczna na zdjęciu maseczka „majteczkowa” (korzystanie z niej przyczyni się też z pewnością do pogłębienia rozmaitych więzi międzyludzkich), wymyślona w jednym z polskich biur. Na pewno będzie tak samo skuteczna jak maseczki nabywane w sklepach.

Przebojowy tamiflu

Po raz pierwszy o tamiflu zrobiło się głośno w 2005 r., gdy eksperci Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) uznali, że specyfik ten może być skuteczny w leczeniu ptasiej grypy. W pierwszym półroczu 2005 r. sprzedaż leku skoczyła o ponad 300% w porównaniu z rokiem 2004. Kolejne rządy zaczęły robić zapasy na wypadek pandemii. Wartość zamówień szybko przekroczyła miliard dolarów. W Polsce tamiflu kosztował około 200 zł. Na szczęście nie musieliśmy po niego sięgać. Tym bardziej że w kwietniu 2007 r. władze Japonii podały, iż u 128 młodych ludzi wystąpiły „osobliwe, a nawet niebezpieczne zachowania” po jego zażyciu. Roche ogłosił wówczas, iż tamiflu jest bezpieczny, a świat powoli zapomniał o tym leku. Do teraz.

Wydanie: 47/2009

Kategorie: Kraj

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy