Kto zyskuje, a kto traci na wysokiej frekwencji wyborczej?

Kto zyskuje, a kto traci na wysokiej frekwencji wyborczej?

Dr Andrzej Błaszczyk,
socjolog, autor książek o demokracji
Przy większej frekwencji powinien zyskiwać Kaczyński, bo odwołuje się do zasad i odpowiedzialności obywatelskiej. Oczywiście frekwencja może zależeć od wielu czynników, nawet od pogody, jednak jeśli uda się nakłonić do wyborów tych, którzy dotąd nie głosowali, a dziś są bardziej wyrobieni, to mogą oni spróbować. Nie zakładam więc, by frekwencja była mała, raczej pięćdziesięcio- czy czterdziestokilkuprocentowa. Kampania wyborcza sprawia, że odczuwa się pewien nacisk, aby każdy miał opinię, oceniał poszczególne opcje. Nierzadko też przekazywanie opinii z ust do ust daje ostateczną ocenę. Duża frekwencja daje większe szanse najsilniejszemu.

Dr hab. Andrzej Czajowski,
socjologia partii, Uniwersytet Wrocławski
Wysoka frekwencja może obniżyć notowania PiS. Partia ta ma duży elektorat negatywny, który jednak nie chce głosować na nikogo. Jeśli mimo wszystko ci ludzie zostaną zmuszeni i pójdą z obrzydzeniem oddać głos na „mniejsze zło”, np. na PO lub inne ugrupowanie, potem będą dusić w sobie moralnego kaca.

Dr Krzysztof Janik,
politolog, b. szef MSW, kandydat LiD z Tarnowa
Na dużej frekwencji zyskają wszyscy, zwłaszcza silniejsza będzie legitymacja nowej władzy. Więcej zyskają w moim przekonaniu ugrupowania anty-PiS-owskie, na małej zaś frekwencji zyska PiS, gdyż poziom dyscypliny jego elektoratu jest wysoki. Oni mają 3 mln bardzo zdyscyplinowanych wyborców. Jeśli do wyborów pójdzie 40%, to te 3 mln dadzą PiS zwycięstwo. Jeśli do wyborów pójdzie więcej, głosy rozłożą się inaczej. Lewa strona sceny politycznej zyskuje, jeśli do wyborów licznie pójdą młodzi. Oni już deklarują poparcie werbalnie, ale trzeba ich przekonać, by słowa przemieniły się w czyn.
Dr Andrzej Bukowski,
socjologia władzy, UJ
PiS nie zyska na wysokiej frekwencji, zyskają tylko te partie, które mają mało zdyscyplinowany elektorat. Gdy frekwencja będzie mała, wygra PiS, gdy większa – PiS to niewiele zaszkodzi, ale może trochę napędzić PO, LiD lub PSL. Wszystko zależy od ostatnich dni kampanii, czy wydarzy się coś, co skłoni więcej ludzi do głosowania.

Dr Izolda Bokszczanin,
politolog, UW
Obecne wybory mają w sobie coś plebiscytarnego, chodzi o rozstrzygnięcie poparcia dla jednej z opcji lub osoby i to może podnieść frekwencję. Pytanie, kogo kampania zainspiruje do działania poza elektoratem programowym danych partii? Mamy jeszcze elektorat mobilny i chwiejny, i on prawdopodobnie rozstrzyga o wyniku wyborów. Jego włączenie się do wyborów jest jednak zbyt ryzykowne, aby już w tej chwili przewidzieć, kto zyska, kto straci. Takie proste sprawy to mogą być na Białorusi. W demokracji każda kampania niesie ryzyko, że zamiast nakłonić osoby do popierania, uruchomi się, przeciwnie, głosy, które będą wynikiem sprzeciwu wobec kogoś lub czegoś. Tak zdarzyło się np. we Francji podczas rywalizacji Chiraca z Jeanem-Marie Le Penem. Wielu wyborców poszło do urn tylko dlatego, by nie dopuścić do zwycięstwa Le Pena.

Dr Stanisław Zyborowicz,
systemy polityczne, UAM
Nie ma jasnych reguł, komu posłuży zwiększona frekwencja wyborcza. Biorą w niej udział osoby dotąd niezdecydowane, które decydują się pod wpływem jakiegoś impulsu w kampanii. Twardy elektorat nie zmienia zdania. Duża frekwencja sprawia, że mogą zyskać bardzo różne siły, jednak zaletą takich wyborów jest to, że ugrupowania niewielkie, będące na progu wyborczym, mogą wejść do parlamentu, np. LPR czy Samoobrona, a więc partie, do których część wyborców nie chce się w ogóle przyznawać. Wyższa frekwencja natomiast nie zaszkodzi dużym ugrupowaniom, bo tutaj przyrosty czy spadki będą zrównoważone.

Dr Michał Paziewski,
propaganda polityczna, techniki wyborcze, Uniwersytet Szczeciński
Wysoka frekwencja wyborcza jest rzeczą uboczną. Najważniejsze jest, jakich ludzi wybierzemy. Jeśli będą kompetentni, to nawet jeśli do urn pójdzie tylko 20-30%, będzie to korzystne dla kraju. Przeciwnie, głosowanie pod presją, bo tak trzeba, albo wręcz wprowadzenie przepisu nakazującego udział w wyborach, w istocie zaciemnia obraz, bo wielu ludzi wrzuci kartkę bez zastanowienia, podejmując decyzję w ostatniej chwili, pod wpływem jakiegoś impulsu. To sprawia, że do parlamentu mogą wejść kandydaci przypadkowi. Niestety mocne wydarzenia czy wypowiedzi w kampanii przyciągają ludzi nawet w ostatniej godzinie. Lepiej już niech do wyborów idą zdecydowani, którzy wiedzą, czego chcą. Nie można więc demonizować frekwencji, bo ona niczego dobrego ani złego nie gwarantuje. Jeśli ogół uzna, że wybory były demokratyczne, nie było nadużyć ani fałszerstw, społeczeństwo na tym zyskuje. W kampanii walczy się o elektorat miękki, niezdecydowany. Nikt nie utwardza żelaza ani nie kruszy betonu po stronie przeciwnej. Miękki elektorat jednak nie pamięta, na kogo głosował przed laty, że np. popierał Partię X Tymińskiego. Poglądy tych ludzi nie są zbyt głęboko ugruntowane, społeczeństwo w swej masie niewiele czyta i traktuje wybory dosyć powierzchownie. Tymczasem w polityce jest inaczej niż w sztuce czy sporcie. Zwycięzca bierze wszystko, drugie czy trzecie miejsce się nie liczy.

Dr Andrzej Drzycimski,
historyk, wykładowca akademicki, b. minister w kancelarii prezydenta L. Wałęsy
Wysoka frekwencja zawsze sprzyja tym, którzy są u władzy, i powoduje, że mają większe szanse. Może być korzystna dla PiS, które ma dużo zwolenników w małych miastach i na wsi, ale i dla PO, która cieszy się poparciem w większych miastach. Obie partie walczą więc o wyższą frekwencję, choć nie o ten sam elektorat. Obecna kampania wygląda tak, jakby chodziło o wybory prezydenckie. Trwa walka o miejsce dla lidera, a nie partii politycznej. W niedużych miastach ludzie są zmęczeni agresywną kampanią i mogą postawić na czarnego konia, na jakiego wyrasta nawołujące do większego spokoju PSL. Skończyła się era Samoobrony i LPR. Nawet jeśli te partie wejdą do parlamentu, będą skazane na marginalizację. Zupełnie niezrozumiałe dla ich dawnych wyborców jest otwarcie list dla różnych skrajności, w Samoobronie dla Wrzodaka, Millera czy Ikonowicza, w LPR dla Korwin-Mikkego. Według mnie, do Sejmu wejdą cztery ugrupowania, ale kluczem będzie PSL i to ono będzie decydować o przyszłej koalicji.
Notował Bronisław Tumiłowicz

 

Wydanie: 42/2007

Kategorie: Pytanie Tygodnia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy