Kwiatkowski do Nałęcza

Kwiatkowski do Nałęcza

Robert Kwiatkowski wzywa Tomasza Nałęcza do publicznej debaty na temat politycznych przyczyn i skutków sprawy Rywina

W tygodniku „Wprost” (nr 23 z 11 czerwca br.) Tomasz Nałęcz po raz kolejny bardzo krytycznie odniósł się do tzw. sprawy Rywina i osób z nią kojarzonych. Poniżej drukujemy list otwarty, jaki do prof. Nałęcza wystosował były prezes Telewizji Polskiej, Robert Kwiatkowski.

Szanowny Panie Profesorze,
W swoim cotygodniowym felietonie w tygodniku „Wprost” objawił się Pan ponownie jako sumienie lewicy, napominając SLD, kto jest, a kto nie jest godzien startować z list wyborczych Sojuszu w najbliższych wyborach samorządowych. Jak zwykle zajął się Pan moją osobą – dumą napawa mnie, że równie intensywnie analizuje Pan jeszcze tylko czyny i postać Józefa Piłsudskiego. To jednak zrozumiałe – jest Pan przecież historykiem i wykładowcą – a z czegoś żyć trzeba. Kwiatkowskiego i Czarzastego, „grupę trzymającą władzę” i całą aferę Rywina traktuje Pan za to jako okazję do przypominania o swoich zasługach dla lewicy i walki o czystość jej szeregów. Co jednak przykre dla Pana, jest na lewicy, nie tylko w SLD, spora grupa ludzi, którzy nie tylko nie podzielają pańskich ocen afery Rywina, ale – co więcej – niepochlebnie wyrażają się na temat roli, jaką Pan i sejmowa Komisja Śledcza odegrali w polskiej polityce. Chyba że satysfakcjonują Pana porównania do senatora McCarthy’ego.
Walnie przyczynił się Pan do tego, że dziś w Polsce wystarczy, że oskarży się kogoś o udział w aferze, a już można mówić: skompromitowany! Nieważne, czy afera jest prawdziwa, czy wydumana i jak wyglądał ten udział. Trafnie oddał to Pan przy okazji innej afery, opisując powody, dla których Włodzimierz Cimoszewicz wycofał się z udziału w walce o prezydenturę – nie chciał kucać w szambie. Problem w tym, Panie Marszałku, że ktoś wannę tym szambem zalał i zmusił ludzi do robienia w niej pompek.
Ale przecież nie chodzi o osobiste urazy. Te rachunki wyrównujemy na sali sądowej. Czytelnik „Wprost” nie wie, niestety, że jest Pan oskarżony w procesie karnym o zniesławienie przez tego samego Kwiatkowskiego, którego tak zaciekle Pan dezawuuje.
Ma Pan rację – ani SLD, ani lewica nie poddały do tej pory gruntownej ocenie ani tego, czym dla nich była afera Rywina, ani tego, jakie wnioski z niej trzeba wyciągnąć. Taka ocena nie może powstać jedynie w trakcie kilkunastominutowych audycji i być zamykana w zgrabne bon moty w stylu „grupa trzymająca władzę”, „władza i kasa” i temu podobne. Warto, żeby lewica wiedziała, kto jakie miał intencje, co zrobił, a czego nie, co poszło źle i dlaczego. Tym bardziej że i media publiczne, i media elektroniczne znowu, jak wówczas, znalazły się na pierwszej linii frontu politycznej walki. Myślę, że warto taką ocenę wypracować. Oczywiście ani Pan, ani ja jej ostatecznie nie sformułujemy. Zrobi to każdy z polityków i wyborców lewicy na własny użytek i własną odpowiedzialność. Warto jednak, żeby przedtem mógł się zapoznać i z Pańskimi, i z moimi poglądami na tę sprawę. Dlatego, korzystając z uprzejmości redakcji „Przeglądu”, chciałbym Panu zaproponować publiczną debatę na temat politycznych (prawne zostawmy sądom) przyczyn i skutków afery Rywina. Warunki tej dyskusji niech określi redakcja i niech ona zdecyduje, jak je wykorzystać. Złe duchy z lewicy łatwiej będzie można przepędzić za pomocą takiego lekarstwa niż szamańskimi zaklęciami w tygodniku „Wprost”.

 

Wydanie: 24/2006

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy