Leczyć czy uzdrawiać

Wieczory z patarafką

Rozpoczęła się nowa nagonka medialna na medycynę alternatywną i uzdrowicieli. Nic to nowego, podobne „akcje” obserwowaliśmy już nieraz. Jest to działanie jednostronne, bo rzecznicy drugiej strony nie mają się gdzie bronić. Są wprawdzie pisma ezoteryczne występujące w ich obronie, takie jak „Nieznany Świat” czy „Czwarty Wymiar”, ale zjednoczone siły całej właściwie pozostałej prasy i telewizji tak przerastają je wielorakim grzmotem, że ich szept jest zgoła niedosłyszalny. Zresztą uzdrowiciele i zielarze nie są w ogóle dopuszczani „do towarzystwa”, a na argumenty, że nie na całym świecie dzieje się tak jak w Polsce, nawet się nie odpowiada. Rozumiem oczywiście interesy zawodowe lekarzy, którym uzdrowiciele alternatywni robią coraz większą konkurencję. Lecz myślę, że najistotniejszy jednak jest interes samego pacjenta – czy on ozdrowieje, czy nie. A kto i jak go wyleczy- to już drugorzędna sprawa.
Mam bardzo wysokie zdanie o medycynie „konwencjonalnej”, bez niej prawdopodobnie od dawna bym już nie żył. Inna sprawa, czy w ogóle powinienem żyć, trapiony tak ustawicznymi przypadłościami, ale rozgrzesza mnie okoliczność, że nie mam dzieci i nikomu nie przekażę swoich genów. Nie o tym jednak mowa. Ale przy całej rewerencji do sztuki lekarskiej trudno zaprzeczyć, że w wielu przypadkach jest ona kompletnie bezradna. Sam tego doświadczyłem. Ze 20 lat temu złapało mnie jakieś nieokreślone paskudztwo – ni to heksenszus, ni to półpasiec, ni to coś jeszcze innego, w każdym razie coś bardzo bolesnego. W ogóle siedzieć nie mogłem, pisać naturalnie też nie. I zadzwonił do mnie z „Przeglądu Tygodniowego”, przodka niniejszego „Przeglądu”, tłumacz i autor książek medycznych, Andrzej Szymański, z propozycją współpracy. Obrugałam go brutalnie, bo właściwie żyć już nie mogłem, mimo że lekarze wbili mi setki zastrzyków. Także bolesnych.
Ale on zapowiedział, że przyjedzie i natychmiast mnie wyleczy. Odmówiłem, bo ani na włos nie wierzyłem w gusła i zabobony. Ale on i tak przyszedł, kłaść mnie nie musiał, bo i tak leżałem, przekręcił mnie tylko na brzuch i pomachał nade mną rękami, nawet mnie nie dotykając. Ból minął natychmiast, wstałem i zatańczyłem. A potem napisałem pierwszy felieton nazwany na cześć mojego kota „Wieczory z Patarafką”. I pisze je od 20 lat, a ból nie wrócił. Potem inny uzdrowiciel przywrócił mi częściowo władzę w sparaliżowanej ręce. A Szymańskiemu już to się nie udało, jego zdolności nagle się zaczęły i nagle zanikły.
Myślę, że to właśnie tłumaczy okoliczność, że żaden uzdrowiciel nie jest przez cały czas uzdrowicielem i że nie każdego potrafi wyleczyć. To jest moc wyjątkowo kapryśna, zawodna i niepewna. Stąd niezwykle trudno jej bronić. U iluż potem byłem uzdrawiaczy słynnych, ale bez żadnego skutku. Nie potrafię nawet powiedzieć od czego to zależy, ale chyba nie od sugestii, bo przecież ja sam byłem kompletnym niedowiarkiem, kiedy zostałem uleczony. A później, gdy już powinienem być o niebo podatniejszy na sugestię, właśnie nic nie chciało mi pomóc. Jest chyba oczywiste, że uzdrowienie nie zależy od reakcji chemicznej, bo nic się przecież nie zażywa. Podobnie do bioenergoterapii działa chyba hoemopatia, czyli zależy to od sfery energetycznej organizmu. A stąd do cudu już bardzo niedaleko – rzecz w tym, że cud nie zawsze zachodzi. Ale jednak zdarza się o wiele częściej, niż to wynika z racjonalnych przesłanek, na tyle często, że to uzasadnia sens istnienia technik alternatywnych.
W żadnej mierze nie przekreśla to znaczenia medycyny „tradycyjnej” (choć współcześnie i ona jaka tam tradycyjna). Jestem przekonany, że oba sposoby leczenia zejdą się ostatecznie w jedno – trzeba tylko zrozumieć, bagatela, technologię cudu. Jest to piekielnie trudne i zakłada o wiele głębsze wnikniecie w prawdziwa strukturę istnienia, a może i nieistnienia. Bo to, co wiemy o sobie i świece dzisiaj, to w istocie nader skromna przymiarka do autentycznej wiedzy. Jeszcze tak niedawno nie mieliśmy pojęcia o parze elektryczności, promieniowaniu, a głosiliśmy doskonałość swojej wiedzy. Teraz wiemy już, że to był tylko okruszek, a jeszcze mniejszym proporcjonalnie pyłkiem jest to wszystko, o czym sądzimy, że wiemy dzisiaj.
Więc może vilcacora jednak leczy raka? Ale tylko w piątki i podana przez blondynkę w fiołkowej bieliźnie. Kto wie?

 

Wydanie: 32/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy