Nieufność

Nieufność

Wiele naszych radości wynika z jakiegoś nieszczęścia, które dobrze się kończy. Byłem u lekarza, który patrząc mi smutno w oczy, powiedział, że mam guza, który nie wygląda poczciwie, i muszę w trybie nagłym iść na operację. Wypisał mi od ręki skierowanie do szpitala. Jego pośpiech i stanowczość wynikały też z tego, że kojarzył mnie z twarzy i z nazwiska. Łatwo wtedy o przesadę. Przez kilka godzin żegnałem się z życiem. Myślałem: biedne moje dzieci. Nagle ułaskawiony przez USG – tylko jakiś stan zapalny – byłem tak szczęśliwy, że nawet chciałem wrócić do lekarza i mu podziękować, że się pomylił. Wybieram okrężną drogę do domu, by sycić się swoim dobrym zdrowiem i pięknem świata. Małe uliczki, tu chyba nadal mieszka moja znajoma, kiedyś taka śliczna i bliska, tak dawno niewidziana. Widzę starego psa ze starszą panią w kapturze, zmierzają do domu, ona odwraca głowę, mruży oczy, natężając wzrok, i macha do mnie, najpierw nieśmiało, potem energicznie. To ona. Chwilę serdecznie rozmawiamy, mówi, że właśnie skończyła czytać mój felieton. A ja myślę: co z nami zrobił czas i co jeszcze zrobi? Pies, widzę, ma ucho na fioletowo, gencjana, ja też mam kciuk fioletowy. A więc palec boży. Nie ma większego poruszenia wewnętrznego niż spotykanie ludzi po wielu latach. I jak uderza zmiana, której dokonał w nich i w nas czas.

Pytam mojego czterolatka Frania: dlaczego oblewasz deskę w toalecie? Odpowiada: bo mi źle zamontowano siusiaka.

Błądzę po swoich starych tekstach i zdumienie – opisywałem coś, czego teraz zupełnie nie pamiętam. Jest rok 2001, w moim „Z ukosa” w dodatku „Plus Minus” w „Rzeczpospolitej” pisałem: „Bliska mi nastolatka, która mieszka w małym mieście, ale talent literacki ma duży, wysyła do mnie e-mailowe listy, a w nich skrawki Polski. Ostatni dotyczył żałoby po kocie, ale nie tylko, cytuję: »Czy wiesz, co się stało z kotem? Wypadł przez balkon, wypadł, nie zostało ani śladu, tylko rozkojarzone strzępki futra wzdychają z podłogi, kiedy jest przeciąg. Oto dzień odpowiedni na list do Ciebie. Od dwóch tygodni podróżuję stopem po Wybrzeżu. Wszystkie te durne nadmorskie miasteczka to nic, świat gofrów raczej mało interesujący. Ale ci ludzie, co nas wożą… Myśląc o twoim ostatnim tekście w Rzeczpospolitej, jechałam do Jastrzębiej z jakimś księdzem, który niezaczepiany całą drogę opowiadał, że Żydzi mordowali Polaków podczas wojny, a teraz robią interes na holokauście. Milczące na śmierć młode małżeństwa. Niesamowite«”. I mój obecny komentarz: niesamowite, jak wiele można powiedzieć w kilku zdaniach. Ta nastolatka nazywała się Dorota Masłowska.

Druzgocąca krytyka świata liberalnego najchętniej jest uprawiana w prasie prawicowo-narodowej. A jednak zwykle nie mogę się zgodzić z tym, jak oni piszą, chociaż zgadzam się, że jest źle. Prawda rzadko jest prawdą samą w sobie, nie jest też bez znaczenia, jakimi drogami się do niej dochodzi, jeszcze bardziej istotne, co chce się z nią potem zrobić. Okrutna jest intelektualna słabość naszej tzw. prawicy. Ale istnieje grupa publicystów, którym nie mogę odmówić wiedzy ani inteligencji. Gdy rozmawiam z nimi, jest jakaś nić porozumienia. Kiedy czytam, co piszą, czuję, że nie ma żadnych nici, żyjemy w innych światach, a te same kolory widzimy odmiennie. To poczucie obcości musi być wzajemne. I nie przypadek, że nawet fizycznie trudno się spotkać, nie ma ich na przyjęciach, premierach i wernisażach mojego świata. Nawet gdy się wydają inteligentni, są inteligentni inaczej. Jest jakaś niepełnosprawność tego rozumowania, także z powodu intelektualnej zapiekłości, myślenia spiskowego. Ale kto wie, czy głównym zatrutym źródłem nie jest myślenie w kategorii świętości wspólnoty narodowej, w miejscu i czasie, gdzie naród święty nie jest, dokonuje diabolicznych wyborów, a wspólnota u nas w gnilnym rozpadzie. Emocje tej formacji przybierają więc postać paranoiczno-histeryczną.

Ten zakładzik fryzjerski to mała dziupla, taki skansen z lat 70. Pełno tam różnych różności, wiszą wycinki z prasy, półnagie panienki, groch z kapustą, jest nawet prezydent Kaczyński z małżonką. Pan Wiktor nie spieszy się. Włączony jest zawsze telewizor, ale można poprosić o zmianę programu i ściszenie; słabo słyszy, ma prawo, urodził się w czasie wojny. „Widziałem pana w telewizji – mówi. – A nie będzie pan kandydował na prezydenta?”. Patrzę, czy kpi, nie, on tak na poważnie. Pytam, na kogo będzie głosował. W wielu krajach to okropnie nietaktowne pytanie, w Polsce też tak już zaczyna być. Ale pan Wiktor na nie odpowie. Wiele w nim zdrowego rozsądku, kpiny, ironii, narzekania i nieufności, taki polski splot. I nagle jakiś paranoiczny lęk, że obcy zabiorą nam lasy. I jakie prawdziwe nazwisko kryje się pod tym przybranym. Świat jest pełen przebierańców. Pożartować można, ale ufać już nie. A jak ufać nieufnym, czemu on zmierza z brzytwą ku mojej szyi?

Wydanie: 7/2015

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy