Kto jest antyglobalistą?

KUCHNIA POLSKA

Kiedy mój syn był jeszcze mały, na widok każdej grupy podejrzanych i złowrogo wyglądających wyrostków twierdził, że są to „kibice Liverpoolu”. Dziś pod wpływem tej samej medialnej perswazji twierdziłby zapewne, że są to antyglobaliści. Złe, rozwydrzone wyrostki, które krążą pomiędzy Seattle, Davos, Pragą, Göteborgiem i Genuą, wywołują uliczne burdy i zakłócają pracę czcigodnych instytucji, takich jak Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Światowa Organizacja Handlu czy G-8, stojących na straży światowego ładu. Co gorsza antyglobaliści są coraz groźniejsi, o czym świadczy fakt, że ulicznego festiwalu muzyki techno w Berlinie, tradycyjnie napędzanego narkotykami, pilnowało zaledwie cztery tysiące policjantów, a spotkania w Genui aż 20 tysięcy.
Podczas wystąpień antyglobalistów ekscytujemy się, jakie zniszczenia przyniesie ich aktywność i czy poleje się krew (w Genui się polała). Mało kto natomiast zajmuje się zrozumieniem, o co właściwie im chodzi, do tego stopnia, że abp Życiński na przykład wyraził zdziwienie, dlaczego na świecie walką z globalizacją zajmują się „lewacy”, podczas gdy u nas czynią to „prawacy”, którzy protestują przeciwko wejściu Polski do Unii Europejskiej.
Jacek Kuroń w wywiadzie dla „Trybuny” powiedział bardzo trafnie, że to, co w świecie zachodnim nazywamy sprawiedliwością społeczną, jest rezultatem uporczywych zmagań pomiędzy kapitałem a pracą, czego wynikiem jest oparty na względnej równowadze tych dwóch sił demokratyczny ład społeczny.
W tym świetle nowością w skali globalnej, która pojawiła się zwłaszcza po upadku muru berlińskiego, jest sytuacja, w której kapitał, nieograniczony już żadnymi zaporami ustrojowymi ani polityczno-militarnymi, uzyskał kolosalną przewagę nad światem pracy. Efektem tego jest nie tylko znany fakt, że majątek 358 najbogatszych ludzi na świecie równy jest obecnie łącznym dochodom 2,3 miliarda najbiedniejszych, czyli ponad jednej trzeciej ludzkości, ale także powstanie kolosalnego, ponadnarodowego, „pływającego” kapitału spekulacyjnego. Ten kapitał – w dużej mierze sterowany przez te właśnie instytucje, których obrady i spotkania w tak nietaktowny sposób zakłócają antyglobaliści – z wielką swobodą przenosi się z kraju do kraju, przybywa tam, gdzie giełdy obiecują mu największy przyrost i ucieka swobodnie, gdy jego zyski się zmniejszają, zostawiając po sobie ruinę. Zygmunt Bauman („Globalizacja i co z tego dla ludzi wynika”) twierdzi, że ilość dziennych transakcji, zawieranych przez ten kapitał, wyraża się sumą 1 biliona 300 miliardów dolarów, a więc jest ona zaledwie o 200 miliardów mniejsza niż suma rezerw bankowych wszystkich banków narodowych. Nie ma dzisiaj państwa, którego system finansowy, przy obecnym systemie informatycznym, mógłby się opierać zmasowanej inwazji tego kapitału dłużej niż przez kilkanaście minut. Ciekawostką zaś jest to, że ów spekulacyjny kapitał, który w wielu krajach rujnuje miejsca pracy lub powoduje kryzysy finansowe, składa się w ogromnej mierze ze składek emerytalnych, a więc z pieniędzy ludzi pracy deponowanych w bankach i obracanych przez globalne instytucje finansowe.
Różnica pomiędzy „prawakami” a „lewakami” polega więc na tym, że u tych pierwszych protest przeciwko globalizacji wynika z ciemnej ksenofobii i zaściankowego zacofania, u drugich zaś nie oznacza wcale sprzeciwu wobec integrującego się świata – co byłoby zawracaniem Wisły kijem – lecz próbę budowania w skali globalnej przeciwwagi wobec samowoli kapitału stojącego ponad ludźmi, czyli obrony sprawiedliwości, inaczej mówiąc.
Antyglobaliści, mimo że tak antypatyczni, nie są szaleńcami czerpiącymi radość z palenia samochodów, rozbijania witryn McDonalds’a i zakłócania koktajli najbogatszych ludzi świata koktajlami Mołotowa. Są to natomiast rzecznicy tzw. podatku Tobina, czyli zaproponowanego już w roku 1971 przez amerykańskiego ekonomistę, Jamesa Tobina, podatku od międzynarodowych spekulacji finansowych. Są to przeciwnicy takich form pomocy dla krajów biednych, w wyniku czego – jak dzieje się to w Afryce – milionowa pomoc zamienia się szybko w miliardowe zadłużenie. W Genui uczestnicy G-8 wspaniałomyślnie przeznaczyli 1,5 miliarda dolarów na walkę z AIDS, który dziesiątkuje dziś Afrykę, podczas gdy bardzo łagodny szacunek potrzeb w tym zakresie mówi o 7 miliardach.
Mogło to dość rozgniewać przybyłych do Genui antyglobalistów. W sytuacji, kiedy 80% ludności świata żyje z 15% światowego bogactwa, zostawiając całą resztę krajom bogatym, mógł ich także zdenerwować projekt budowania przez Stany Zjednoczone nowego systemu wojny rakietowej (bez zastrzeżeń poparły go, jak dotąd, bodaj tylko Polska i Gruzja), co musi napędzić nowy wyścig zbrojeń do zapłacenia przez nas wszystkich. Rozsierdziła ich też zapewne porażka rozmów w Bonn o zmniejszeniu emisji gazów powiększających „efekt cieplarniany” i „dziurę ozonową” nad biegunem.
W tym miejscu jednak pojawia się pytanie, kto jest właściwie antyglobalistą? Czy są nimi ruchy społeczne, złożone z przedstawicieli najrozmaitszych narodów – w Genui, podobnie jak i w Pradze zresztą, nie brakło Polaków, którzy trafili do więzienia – którzy troszczą się o całościowy, globalny obraz świata, czy też ci, którzy bez skrępowania dzielą świat na biedny i bogaty, lepszy i gorszy? Ci, którzy chcą przywrócić globalną równowagę kapitału i pracy, czy też tych 358 najbogatszych, którzy głoszą przez swoich bankowych i rządowych przedstawicieli, że tak jak jest, jest w porządku? Ci, którzy uważają, że zagrożony ekologicznie glob jest naszym wspólnym dobrem, czy też prezydent George W. Bush, którego „dziura ozonowa ” nic nie obchodzi, ponieważ nie jest ona własnością USA?
To prawda, że antyglobaliści przybyli do Genui w stanie dość silnego wzburzenia, co widzieliśmy na ekranach telewizorów. Nie można jednak wykluczyć, że stało się tak dlatego, ponieważ chodzi im naprawdę o nasz glob.

Wydanie: 31/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy