Pięć osób

Nasze życie polityczne przypomina teatrzyk kukiełkowy, w dodatku prezentowany w sztucznym, przyspieszonym tempie. Partie polityczne wymyślają dla nas widowiska, które mają zwrócić naszą uwagę i stworzyć pozór życia społecznego, żywiąc przy tym nadzieję, że coś z tego przeniknie do opinii publicznej, zyskując poparcie dla tych partii. Partiom zaś kibicują media, które potrzebują możliwie najszybciej, możliwie najlepszych, a więc najłatwiej wpadających w ucho wiadomości. W ten sposób już wieczorem albo nazajutrz rano dowiadujemy się, że na kongresie PiS prezes Kaczyński przedstawił ambitny plan wysłania w roku 2020 „milionów Polaków” na wakacje do Tunezji i Egiptu, wśród młodych zaś platformersów, którzy zebrali się w Katowicach, kandydat Komorowski znów powiedział coś złośliwego o kandydacie Sikorskim albo na odwrót. Do opinii publicznej docierają z reguły rzeczy najprostsze, najgłupsze, nadające się na krótkiego, błyskotliwego „newsa”.
Dlatego też o wiele ciekawsze wydaje mi się przypomnienie pięciu osób, które przewinęły się ostatnio przez łamy prasy i media, świadcząc każda na swój sposób o otaczającej nas rzeczywistości.
Pierwszą z nich jest Współlokator, którego nazwiska nie zanotowałem, a który wygrał proces z Najjaśniejszą Rzecząpospolitą i jej przepisami w sprawie dziedziczenia mieszkania po swoim zmarłym życiowym partnerze. Kraj nasz należy do Unii, a więc godzi się na jej regulacje prawne, które coraz wyraźniej zacierają różnicę pomiędzy związkami homoseksualnymi i heteroseksualnymi. U nas jednakże stale pokutuje myśl, że małżeństwem, a przynajmniej związkiem partnerskim czy też konkubinatem ze wszystkimi jego konsekwencjami prawnymi i materialnymi może być jedynie związek kobiety i mężczyzny, nie zaś związek homoseksualny. Przywołany więc Współlokator dokonał czegoś znaczącego, dowodząc przed unijnym sądem, że nie może istnieć „jajeczko częściowo nieświeże”, jak mawiał Kałużyński, i nie bardzo można być w Unii Europejskiej, odrzucając równocześnie jej intelektualne i moralne zasady.
Podobnie w stronę Europy popchnęła nas o maleńki kroczek druga osoba, Alicja Tysiąc, wygrywając i na gruncie europejskim, i swój proces z „Gościem Niedzielnym”, który w wysoce niepochlebnych słowach opisał jej skargę na odmowę aborcji, mogącej uratować jej zdrowie. Sprawa ta jest dobrze znana, a nowa akcja antyaborcyjna z użyciem tym razem Adolfa Hitlera jako pierwowzoru obrońców prawa do aborcji dodaje jej pikanterii. Rzecz jednak tym razem nie w tym tylko, że „Gość Niedzielny” przegrał, wypierając się zresztą dość obłudnie swoich obelg pod adresem powódki, ale że skarga Alicji Tysiąc dotyczy w istocie nie tylko polskiego prawa, lecz także polskiego środowiska lekarskiego, które pierwsze spiętrzyło przed nią przeszkody na drodze do dysponowania własnym zdrowiem i życiem.
W kulturalnej tradycji Polski i w naszej literaturze lekarz był zawsze przedstawiany jako nosiciel oświaty, rozsądku, tolerancji, a także społecznej wrażliwości. Okazuje się jednak, że ten model nie jest wcale dominujący i być może rację mają autorzy „Przeglądu”, panowie Łagowski i Żuk, którzy niedawno pisali, że coraz silniej działającym u nas nakazem postępowania jest po prostu strach, zalęknienie przed napierającymi zewsząd siłami obskuranckiej prawicy.
Broni nas przed tym, mimo wszystkich swoich mankamentów, właśnie Unia, jak dalece jednak potrafimy bronić się przed tym sami?
Odpowiedź na to, cząstkową chociażby, miała przynieść ustalona na niedzielę 7 marca Manifa kobiet, organizowana przez wiele osób, wśród których była także ogłoszona Kobietą Roku Magdalena Środa. Ale, bądźmy szczerzy, tegoroczna Manifa była nieudana. W Warszawie przyszło na nią 3 tys. osób, co jest niewiele, zwłaszcza że miała ona być tym razem nie tyle ekscentryczną feministyczną prowokacją, ile demonstracją społeczną, z udziałem także walczących o swoje prawa pielęgniarek. Manifa bardzo ostrożnie odniosła się do bardziej radykalnych haseł ruchu kobiecego, dotyczących aborcji lub zapłodnienia in vitro, prof. Środa zaś w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” wyraziła pogląd, że być może ruch kobiecy, popierany także przez postępowych mężczyzn, występować będzie sezonowo, podejmując różne hasła, a następnie wyciszając swoją aktywność.
Veblen, autor „Teorii klasy próżniaczej”, pisał, że kobiety były w historii ludzkości pierwszymi niewolnikami, jeszcze przed brankami i jeńcami wojennymi, Klara Zetkin zaś, która ogłosiła 8 marca dniem walki o prawa kobiet, uważała je za najbardziej wyzyskiwany odłam klasy pracującej. Wydaje się natomiast dość wątpliwe, czy to radykalne spojrzenie na los i kondycję kobiet w naszym społeczeństwie da się obecnie zastąpić przez hasła parytetu wyborczego, wypracowane przez Kongres Kobiet sukcesu, który doprawdy niewiele miał wspólnego z prawdziwymi problemami pracujących matek, żon bezrobotnych, a także młodych dziewczyn, od których możliwość zajścia w ciążę odstrasza pracodawców. Chyba że przyjmą w tej kwestii filozofię Anety Krawczyk, której kreowanie na jedną z gwiazd Manify wydać się może, nawiasem mówiąc, dość znacznym jednak uproszczeniem.
Takim mniej więcej, jakim posługuje się ostatnio pan Rafał Betlejewski, inicjator zadziwiającej akcji „Tęsknię za tobą, Żydzie”, poprzez którą chce on przypomnieć haniebny Marzec 1968, czyli polityczną eksplozję polskiego antysemityzmu, tym razem użytego przez rządzącą wówczas partię, która przedstawiała się jako marksistowska i internacjonalistyczna.
Ale tęsknota wzniecana przez pana Betlejewskiego jest tęsknotą fałszywą, odwołuje się do sentymentów, których współczesne społeczeństwo polskie nie zna, ponieważ w swojej większości nie zna ono i nigdy nie widziało społeczności żydowskiej, zamordowanej przez Holokaust. Może to więc być jedynie tęsknota za konkretnymi osobami, przyjaciółmi, którzy doznali bolesnej, a dla wielu wręcz nieoczekiwanej krzywdy. Sentymentalny albo też wzorowany na telewizyjnych „komediach romantycznych” charakter akcji pana Betlejewskiego prowadzi zresztą często do zaskakujących paradoksów. Jeden z moich nieżyjących już niestety przyjaciół mówił mi w Hollywood, gdzie zrobił całkiem niezłą karierę, że chętnie postawiłby Gomułce pomnik za to, że go tu wygonił, inny zaś, mieszkający w Sztokholmie, użalał się zabawnie, że teraz zamiast przeżywać swoje kłopoty tylko w Warszawie, martwić się musi – jak mówił – w stolicy Szwecji, w Tel Awiwie i w Warszawie naraz.
Pan Betlejewski robi show, każdemu wolno to robić, ma to jednak bardzo niewiele wspólnego z jakąkolwiek prawdą, która w „tęsknocie za Żydem” jest złożona, powikłana i mało zabawna.
Chyba że celem jego akcji jest pokazanie nieprawdy właśnie, co założył sobie najwyraźniej podróżnik Marek Kamiński, który postanowił kajakiem przepłynąć Wisłę od gór aż do morza, pić wiślaną wodę i żywić się wiślanymi rybami. Wszystko to zaś razem potwierdzić ma nieprawdę, przy której upiera się zdobywca obu biegunów, a mianowicie, że woda wiślana jest czysta i nadaje się do picia, pływające tu zaś – zwłaszcza zimą – ryby nie są pociskami naładowanymi ściekami i wszelaką trucizną. Na swojej stronie w internecie pan Kamiński zapewnia, że nie bierze do ust potraw, które wiążą się z okrucieństwem wobec zwierząt, z jego wyprawy wynika natomiast, że woli okrucieństwo wobec siebie.
Pięć osób, o których tu piszę – a mogło być ich przecież znacznie więcej – żyje wśród nas, każda z nich prezentuje nam jakiś problem, pytanie, sytuację, z których składa się nasza rzeczywistość. Nie będę udawał, że potrafię je złożyć w logiczną całość. Mam jednak pewność, że jest to ciekawsze niż to, co mają nam do powiedzenia na swoich zgromadzeniach partie polityczne ubiegające się o naszą uwagę i poparcie. Które chcą poprowadzić nas w przyszłość.

Wydanie: 11/2010

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy