”Prawdy objawione”

Wostatnich kilku latach wypowiadane przez polityków rządowych poglądy na kluczowe problemy, dotyczące gospodarki, podpierane są bardzo często opiniami komentatorów ekonomicznych oraz opiniami osób o niezaprzeczalnej wiedzy ekonomicznej. W zasadzie wszystkim wokół nie pozostaje nic innego, jak przyjąć do wiadomości te “objawione prawdy” i święcie w nie wierzyć.
Do takich właśnie wniosków doszedłem, śledząc i sam uczestnicząc w corocznych dyskusjach na temat podatków i budżetu. Jeśli chodzi o “prawdy objawione” dotyczące podatków, to myślę, że poprzez merytoryczne argumenty i liczbowe dowody SLD udało się wykazać, że te prawdy nie odpowiadają prawdzie, są najwyżej półprawdami. Czas na ustosunkowanie się do kilku “prawd objawionych” związanych z budżetem.
Po objęciu rządów przez koalicję AWS-UW twierdzono, że dla zniwelowania śmiertelnego zagrożenia dla gospodarki, jakim jest ujemne saldo wymiany z zagranicą (saldo obrotów bieżących) – wynoszące wówczas 6% PKB – należy zmniejszyć tempo wzrostu gospodarczego. Czy taka zależność w ogóle istnieje?
Z pewnością tak. Ale, oczywiście, nie samo tempo wzrostu jest istotne dla tego salda, a nawet można stwierdzić, że nie jest ono decydujące. Gdyby tak było, to w minionych trzech latach tempo wzrostu PKB nie malałoby o 1,5%-2% przy jednoczesnym wzroście salda obrotów bieżących z 6% do 8%.
Inne bowiem czynniki mają decydujący wpływ na to saldo. Są to z jednej strony: zbyt mała konkurencyjność polskiej gospodarki, skutkująca niskim eksportem, z drugiej zaś, struktura naszej gospodarki i samego importu.
W imporcie dominują dobra konsumpcyjne, a w nich samochody i coraz droższe paliwa, import inwestycyjny w małej mierze lokowany jest w przedsięwzięcia nie dające przyrost eksportu, a głównie w infrastrukturze i handlu.
Wysoka importochłonność gospodarki wywołana jest przez firmy z kapitałem zagranicznym, na które przypada znaczny procent tak zwanego importu zaopatrzeniowego, a które swego produktu finalnego nie eksportują, a lokują go na rynku wewnętrznym.
Dziś mamy do czynienia z nową “prawdą objawioną”, a mianowicie twierdzeniem, że dla poprawienia ujemnego salda obrotów bieżących należy maksymalnie obniżyć deficyt budżetowy. Trzeba więc postawić pytanie, czy taka zależność istnieje? Z pewnością tak, ale jeszcze w mniejszym stopniu niż w przypadku wpływu tempa wzrostu PKB.
Widzę konieczność obniżania w dłuższym okresie deficytu budżetowego, ale nie z powodu jego negatywnego wpływu na saldo obrotów bieżących, bo – jak powiedziałem – jest on niewielki. Zwolennicy obniżania deficytu realizację tego zamierzenia sprowadzają do zmniejszenia wydatków rzeczowych i płacowych sfery budżetowej, by jej siła nabywcza nie powodowała zwiększenia importu.
Z informacji GUS wynika, że import pokrywa około 30% popytu krajowego. Sfera budżetowa z niskimi płacami pracowników, jeszcze niższymi świadczeniami dla rencistów i emerytów, znikomymi świadczeniami socjalnymi oraz z wydatkami rzeczowymi, które w przeważającej mierze przeznaczane są na zakup towarów krajowych, nie jest importochłonna. Szacuję, że konsumuje ona nie więcej niż 20% całego importu. Rencista, emeryt lub rodzina żyjąca z zasiłku wzrost dochodów przeznaczy na zakup sera półtłustego zamiast chudego, a nie frykasy z importu.
Powiem więc krótko, że “bujdą na resorach” jest twierdzenie, iż należy obniżać deficyt budżetowy, by poprawić saldo obrotów bieżących i jeżeli tego nie zrobimy, to przyjdzie kryzys finansowy, a co za tym idzie, gospodarczy i wszyscy na tym stracimy.
Konieczność obniżania deficytu budżetowego wynika przede wszystkim z bardzo wysokich kosztów obsługi długu krajowego. Dla sfinansowania tego deficytu państwo musi zaciągać swego rodzaju kredyt u obywateli i inwestorów zagranicznych poprzez sprzedaż bonów skarbowych i obligacji. Na skutek utrzymywania przez NBP wysokich stóp procentowych, jednych z najwyższych w Europie, procenty, jakie państwo płaci, wykupując wcześniej sprzedane bony i obligacje, są bardzo wysokie. Na marginesie można zauważyć, że dziś koszty obsługi długu krajowego są większe niż obsługi długu zagranicznego, na który składają się przede wszystkim tak często wypowiadane lewicy długi po Gierku.
Kolejną “prawdą objawioną” jest powszechne twierdzenie, zwłaszcza przez NBP, o determinującej zależności obniżania stóp procentowych od wielkości deficytu budżetowego. Wysokość podstawowych stóp procentowych we wszystkich krajach uzależniana jest od poziomu inflacji.
W Polsce przez ostanie kilka lat mamy do czynienia z inflacją wynikającą z corocznych podwyżek stawek podatków pośrednich VAT i akcyzy na kolejne grupy towarów i usług, a nie z inflacją, którą wywołuje wzrastający popyt i nie nadążająca za nim podaż. Większe wydatki na sferę budżetową mają marginalny wpływ na inflację. Dziwi więc uzależnianie obniżenia stóp procentowych od redukcji deficytu budżetowego.
Nie jestem zaskoczony wygłaszaniem tego rodzaju półprawd przez polityków. Jest to w ich naturze. Zdumiewa mnie jednak angażowanie się w tę doraźną grę uznanych komentatorów ekonomicznych i utytułowanych ekonomistów. To oni powinni obnażać te półprawdy, a nie wspierać je i nadawać im charakter “prawdy objawionej”.

Wydanie: 29/2000

Kategorie: Felietony
Tagi: MAREK WAGNER

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy