Lekcja Karskiego

Lekcja Karskiego

Był tak samo odważny wobec wroga, jak i swoich rodaków

13 lipca br. minęła piąta rocznica śmierci Jana Karskiego. Człowieka, którego amerykański magazyn „Newsweek” uznał za jedną ze stu najwybitniejszych postaci XX w. Równocześnie w polskiej świadomości zbiorowej obecnego ledwie nieco ponad dziesięć lat. Krótko, lecz wyraziście.
Prof. Janusz Zawodny, człowiek który nie dopuścił do pogrzebania pamięci Katynia, przyjaciel Karskiego, mówi: „Cała definicja tego człowieka zamyka się w starym angielskim określeniu Nobility of Heart. Można to przetłumaczyć jako: szlachetność serca, ale też szlacheckość serca. Jan był prawdziwym szlachcicem serca”.
Dla wielu „depozytariuszy” polskiego patriotyzmu i racji stanu pojawienie się Jana Karskiego w życiu publicznym III RP było co najmniej niewygodne. Odpowiadał kanonowi polskiego bohatera w sposób kompletny. Stały za nim piękna, sięgająca Napoleona, patriotyczna, katolicka tradycja rodzinna i własne dokonania wojenne. Dramatyczna misja wołania o ratunek dla ginącego narodu żydowskiego. Misja, która tego ratunku nie sprowadziła, ale dowiodła bezczynności świata wobec Holocaustu. Także jednak i tego, że polskie Państwo Podziemne i rząd na wychodźstwie dołożyli wszelkich starań, aby wiedzę o zagładzie doprowadzić do świadomości sojuszniczej. Stał za nim dramatyczny wybór niepowracania więcej do swej „przegranej misji” i koncentracji na karierze naukowej w jezuickim Georgtown University. Wreszcie przywrócenie go historii przez Calude’a Lanzmanna („Shoah”) i Elie Wiesela i wyniesienia do pozycji międzynarodowego autorytetu moralnego w początku lat 80. Takim otrzymywała go III RP.

Mitologia prawdy

Karski zwykł był podkreślać, że kariera uczonego amerykańskiego, a przedtem gorzkie doświadczenia wojenne uchroniły go przed bardzo polskimi pokusami mitologizowania w obszarach historii i polityki. Uważał, że w Polsce odwaga prawdy wobec przyjaciół musi być większa niż odwaga walki z wrogiem. Odwagę tę wykazywał. Mówił. Odrzucił łatwy wariant odbiorcy hołdów i apologety nowej polskiej rzeczywistości.
Już jego fundamentalne dzieło, „Wielkie mocarstwa wobec Polski”, które pokazywało, że rola Polski w konstelacji międzynarodowej była zwykle przez nas przesadzana, jej aspiracje liderowania nadmierne i wzbudzające odruchy alergii u sąsiadów, w polityce potęg zaś pozostawała Polska zaledwie jej przedmiotem oraz funkcją zmieniających się stosunków między nimi.
W ciągu ostatnich 300 lat historii Polski za największy sukces uznawał bezkrwawą rewolucję solidarnościową z jej finałem w postaci konsensusu okrągłostołowego i transformacją władzy. Optował za obecnością Polski w NATO i we wspólnocie europejskiej. Podkreślał jednak, że powinniśmy mieć pomysł, jak w tych strukturach być, a nie tylko jak wejść. Przestrzegał, że najgorszą rolą, jaką Polska może wybrać, jest kolejna próba powtarzania wariantu „przedmurza Europy” i antagonizowania Rosji, która i tak bez Polski może się porozumiewać z Zachodem.
Zdecydowanie opowiadał się za ideą państwa obywatelskiego, a nie narodowo-wyznaniowego. Wytykał polskie wady. Nie miał oporów z wskazywaniem na ksenofobię i antysemityzm.

O krok od Nobla

W 1998 r. Izrael obchodził 50-lecie istnienia. Yad Vashem postanowił z tej okazji wysunąć do pokojowej Nagrody Nobla kandydaturę Jana Karskiego, by podkreślić unikalny charakter jego wojennej misji ratowania narodu żydowskiego. Misji, która poniosła polityczną klęskę, lecz odniosła zwycięstwo moralne. Polak otrzymał nominację i – jeżeli wierzyć nieoficjalnym doniesieniom – przez długi czas pozostawał faworytem rozgrywki finałowej z udziałem pięciu kandydatów. Ostatecznie jednak Nobel powędrował do Irlandczyków Johna Hume’a i Davida Trimble’a, liderów zwaśnionych katolików i protestantów, którzy akurat przestali do siebie strzelać i siedli do stołu.
W 2000 r. profesor miał już świadomość odchodzenia. Słabł fizycznie, miał narastające problemy z krążeniem, walczył z bólem artretycznym. Śpieszył się. I chciał zostawić Polsce jakieś pożegnalne przesłanie. Stała się nim Nagroda Orła Jana Karskiego (uzasadnienie: „dla tych, którzy godnie nad Polską potrafią się zafrasować” z późniejszym: „i dobrze jej życzą”). Uczestniczył we wręczaniu dwóch pierwszych Orłów Jackowi Kuroniowi i ks. prof. Józefowi Tischnerowi. W następnych edycjach kapituła niestety zdana już była na samą siebie… Kurs lotu Orła Karskiego został zachowany. Kolejne nagrody trafiły m.in. do burmistrza Jedwabnego, Krzysztofa Godlewskiego, i rabina z Jedwabnego, Jacoba Bakera, ks. Grzegorza Pawłowskiego z Jaffy, Marka Edelmana, Tadeusza Mazowieckiego, abp. prof. Alfonsa Nossola oraz prof. Feliksa Tycha i Wiktora Juszczenki.

Chwila ciszy

Lista postaci chylących czoło przed misją i postacią Karskiego oraz okazujących mu szacunek jest długa. Są na niej m.in. Jan Paweł II, Bill Clinton, Kofi Annan, Szimon Peres, Szymon Wiesenthal, Czesław Miłosz, dalajlama i Elie Wiesel. Metropolita waszyngtoński, kard. James Hickey, przywożąc Karskiemu z Watykanu błogosławieństwo papieskie, określił go mianem „ornamentu katolicyzmu”. Naczelny rabin Izraela, Meir Lau, nazwał go „największym w historii polskim przyjacielem Żydów”. Kiedy 13 lipca 2000 r. wiadomość o śmierci Jana Karskiego dotarła do Billa Clintona, prowadził palestyńsko-izraelskie negocjacje pokojowe pomiędzy Arafatem i Barakiem. Przerwał je, poprosił o powstanie i uczczenie minutą ciszy pamięci swego profesora z Georgetown.
Jest w angielskim słowo integrity, którego najczęściej używa się w Ameryce wobec Karskiego. Język polski potrzebuje aż sześciu odpowiedników: integralność, prawość, uczciwość, czystość, nieskazitelność, a nawet – całość. Z całością Jana Karskiego Polska miała do czynienia przez jedną dekadę. Co zostało? Dla kogo pozostanie lekcją trudną do odrobienia? Dla kogo denerwującym zmąceniem dobrego samopoczucia?

 

Nowy Jork

 

Wydanie: 29/2005

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy