Lekcje bezprawia

Lekcje bezprawia

Komisja orlenowska jest namiastką Sejmu następnej kadencji

Sejmowa komisja śledcza, którą do życia powołała tzw. afera Rywina, wypromowała medialnie kilku dotąd mało popularnych polityków, m.in. Jana Rokitę, który jeszcze nie tak dawno poniósł sromotną klęskę w wyborach prezydenckich w swoim rodzimym Krakowie, świeżo upieczoną maturzystkę Renatę Beger, niedocenianego dotąd asa jurysprudencji, Zbigniewa Ziobrę, oraz działacza ruchu konsumentów i historyka w jednej osobie, Tomasza Nałęcza. To dzięki telewizyjnym transmisjom obrad tej komisji pierwszy z wyżej wymienionych nabrał apetytu na stanowisko premiera, a jego komisyjny kolega z sojuszniczej partii ujrzał się w swej bujnej wyobraźni w roli ministra sprawiedliwości. Na tej samej zasadzie i za podobne talenty uczestnik „Big Brothera”, Sebastian Florek, został posłem na Sejm – i nie jestem pewien, czy w praktyce okazałby się gorszym premierem lub ministrem niż tamci dwaj. Oby los nie kazał nam doświadczyć ani jednego, ani drugiego z tych nieszczęść.
Skoro udział w programach real tv daje takie przyspieszenie karierze politycznej i tak skuteczne środki walki z przeciwnikiem politycznym, to trudno się dziwić, że szybko powołano do życia kolejną speckomisję śledczą. Powód ku temu był bardzo wątły i naciągany, ale to nadużycie okazało się niczym w porównaniu z łamaniem prawa, jakiego komisja dopuszczała się już po swoim powstaniu.
Już na samym początku swego urzędowania komisja powszechnie zwana orlenowską działała (nie inaczej zresztą niż jej poprzedniczka) w ramach

ułomnych regulacji prawnych,

na które nałożyły się takie patologie jak zastraszająco niska kultura prawna posłów śledczych, ich nieskrywana zła wola i stronniczość, zaślepienie polityczne oraz uzurpacja nadzwyczajnej i nieograniczonej władzy prokuratorsko-sądowej.
Rezultatem był nieustający koncert złego smaku, braku kultury, łamania zasad praworządności i rozszerzania zakresu dociekań poza wytyczony mandat. Ulubionym i uświęconym szczytnym celem środkiem dochodzenia „prawdy” stało się zadawanie niedopuszczalnych pytań, które sprowadzały się do insynuacji, imputowania winy, oczerniania, pomawiania, przypisywania zarzutów i wmanewrowywania za wszelką cenę w afery swoich oponentów politycznych i innych niewygodnych dla prawicowej większości osób.
Niektóre występy poselskie rodziły uzasadnione podejrzenia co do stabilności psychicznej ich autorów. Inne popisy ujawniały szereg pospolitych ułomności ludzkich, za które wstyd dziś obywatelom, że odkryli je u swych reprezentantów, choć bardziej wstydzić się powinni ci ostatni. Te wszystkie dąsania, to puszenie się i udawanie, to ironizowanie i sarkazm, te niesmaczne docinki i kłótnie, to całe kabotyństwo tak wyraźne i widoczne gołym okiem ośmiesza polski parlament, polską klasę polityczną i w konsekwencji cały naród i kraj przed cywilizowanym światem.
Do proceduralnej ułomności działań komisji, wynikającej ze złego prawa, złej jego znajomości i złego stosowania, doszły – prócz złej woli, słabo skrywanych politycznych intencji i jawnej stronniczości posłów komisarzy – zwykła niekompetencja, partactwo i improwizacja. Rozwiązaniem-wytrychem wszystkich problemów stało się bezmyślne i niekiedy zgoła bezprawne głosowanie. Jedynym objawem skuteczności były działania noszące cechy uprzedniej zmowy, takie jakie większość z nas żyjących w tym kraju zna, jeśli nie z własnego doświadczenia, to z biernej obserwacji. Czyż nie znamy tych

ludzi małego formatu

działających w swoich małych brudnych sprawach i interesach klikowych i podniecających się małostkowymi celami, takimi jak „załatwienie” czy wykończenie kogoś niewygodnego dla kliki za pomocą sfabrykowanych zarzutów i donosów? To do ich poziomu, do poziomu Piszczyka i towarzysza Szmaciaka, zniżyli polski Sejm i politykę posłowie nadający ton komisji orlenowskiej.
Pomimo dysponowania w komisji większością głosów dającą kontrolę nad przebiegiem jej działań prawicowi posłowie, wsparci koniunkturalizmem przewodniczącego (który nie popisał się ani mądrością, ani niezależnością) oraz tupetem wiejskiego wodzireja, postanowili nie dopuścić żadnej, nawet mniejszościowej i bezskutecznej, opozycji wobec swoich poglądów. Kiedy było to dla nich wygodne, wyrzucali posła Celińskiego, innym razem podpadł im Różański. Najpierw zatem pozbawili go prawa uczestnictwa w jednym posiedzeniu, a w końcu na stałe usunęli z komisji. Wyborcy nie powinni tych faktów przeoczyć – ta komisja jest namiastką Sejmu następnej kadencji i tak jak dziś knebluje usta niewygodnym posłom, tak w Sejmie następnej kadencji będzie cenzurować mniejszość i pozbawiać ją prawa głosu. I tak jak wczoraj komisją, a jutro Sejmem, grupa rewolucjonistów rządzić będzie w przyszłości całym społeczeństwem, jeśli społeczeństwo w porę się nie opamięta.
Prawicowym radykałom dopomoże w tym ograniczaniu swobód nowelizacja konstytucji proponowana przez PiS, w myśl której obywateli Polski należałoby pozbawić wielu spośród przysługujących im dziś konstytucyjnych praw: prawa do apelacji od niekorzystnego wyroku sądu lub decyzji administracyjnej „w sprawach mniejszej wagi”, prawa do wolności od dyskryminacji oraz całego

szeregu podstawowych swobód

i praw obywatelskich gwarantowanych dziś przez konstytucję, a dotyczących godności człowieka, jego dóbr osobistych, sumienia, religii, prawa petycji, ochrony życia i humanitarnego traktowania. Niech więc raz jeszcze zastanowią się nad tym wszyscy ci, którzy składają się na te 24% poparcia dla PiS w przedwyborczych sondażach oraz wszyscy zwolennicy sojuszniczych partii. Tych szaleńczych pomysłów tandemu Kaczyńskich nie zakwestionują przecież ani PO, ani LPR.
W trakcie tego krótkiego, ale jakże pouczającego posiedzenia, na którym nie przesłuchiwano świadków, a tylko ograniczono się do rozpatrzenia wniosku o usunięcie z komisji Różańskiego – na domiar złego, wniosku wcześniej niezgłoszonego ani nieprzyjętego do porządku obrad – poseł Macierewicz oskarżał wszystkich, którzy mają krytyczny stosunek do konkretnych bezprawnych działań tej komisji o „skandaliczny i niedopuszczalny” nacisk i próby zastraszania posłów. Chodziło mu o jednogłośne stanowisko prezesów Sądu Najwyższego, Trybunału Konstytucyjnego, Naczelnego Sądu Administracyjnego oraz rzecznika praw obywatelskich i ministra stojącego na straży ochrony danych osobowych. Uzna ktoś może, że to stanowisko niegroźnego i nieliczącego się ekscentryka? A przecież nie kto inny, tylko kandydat na premiera Rokita powiedział z bezwstydną szczerością o tych ośmielających się mieć własne opinie sędziach: „Po wyborach wymienimy ich”.

Autor jest filozofem i historykiem, pracował naukowo w Polsce i USA oraz jako menedżer w międzynarodowych koncernach paliwowych

 

 

Wydanie: 33/2005

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy