Rządy rzeźników

Rządy rzeźników

Jeżeli demokracja ma przetrwać, nie mogą rządzić nami autorytarni politycy, którzy ją zarzynają

Afera taśmowa po raz kolejny ukazała kulisy polskiej polityki i po raz kolejny rewelacje te kwitowane są przez niektórych bon motem „żelaznego kanclerza”, który twierdził, że nie powinno się wiedzieć, jak się robi politykę, tak jak niepotrzebna nikomu jest wiedza o robieniu kiełbasy. Myślę, że Bismarck byłby nie tylko zdziwiony, ale wręcz zaszokowany, gdyby powiedziano mu, że w demokratycznej Polsce stanie się głównym autorytetem w określaniu tego, czym jest demokracja.
Obawiam się, że ci, którzy na serio powołują się na to niezbyt zresztą wyrafinowane powiedzenie, zapominają, czym jest demokracja. Nie jest to system, w którym rządzą rzeźnicy, choćby produkowali najlepsze kiełbasy. Jest to ustrój, w którym rządzi lud. Ponieważ ta mało skomplikowana prawda jakoś nie dociera do świadomości wszystkich, warto ją wciąż przypominać. Ta prosta formuła od czasów starożytnej Grecji była dyskutowana oraz na różne sposoby precyzowana i bez jej urzeczywistnienia nie ma sensu nazywać jakiegokolwiek ustroju politycznego demokracją. Nie są więc demokracją rządy ekspertów, niezależnie od tego, jak bardzo byliby kompetentni w swoich dziedzinach wiedzy. Nie są też demokracją rządy grup ludzi bogatych lub politycznie wpływowych, nawet jeżeli prezentują zróżnicowane programy polityczne i szukają dla nich poparcia ludu. Oligarchia nie jest demokracją, choć oczywiście może ją udatnie imitować.

Lud ma prawo wiedzieć

Afera taśmowa daje bezpośredni wgląd w mechanizmy władzy w naszym kraju i prowokuje wręcz do pytania, czy Polska jest wciąż państwem demokratycznym. Nie ma tutaj znaczenia, dlaczego i w czyim interesie nagrania zostały dokonane. Pojawia się uderzająca analogia z faktami ujawnionymi przez Snowdena. Nie wiemy i pewno nigdy nie będziemy tak naprawdę wiedzieć, co kierowało tymi, którzy zdecydowali się działać w obu przypadkach. To, co jest jednak najważniejsze, to ujawnienie starannie ukrywanych sekretnych sposobów rządzenia i manipulacji społeczeństwem. Analogia między obiema aferami jest tak uderzająca, że chyba tylko potężne mechanizmy obronne pozwalają tym samym ludziom, którzy bronili Snowdena, lekceważyć czy wręcz dyskredytować naszą aferę taśmową jako jedynie prowokację służb specjalnych. Jeżeli na serio myślimy, że lud rządzi, to oczywiście ma on prawo wiedzieć, jak w jego imieniu rządy są sprawowane. W tym momencie zresztą działa kulejąca skądinąd metafora rzeźnicka. Wbrew temu, co mówił Bismarck, mamy prawo wiedzieć, jak robiona jest kiełbasa, czy przestrzegane są normy i zachowana higiena. Jeżeli nie odmawiamy tego ludziom, jak możemy odmawiać wiedzy w najważniejszych dla nas wszystkich sprawach? Wiedzy, bez której nie ma władzy, władzy ludu.
W tym momencie pojawia się poruszany często przez obrońców rządu wątek, że podsłuchane rozmowy miały charakter prywatny – ot, po prostu spotkania przyjaciół przy kieliszku, które zostały podstępnie nagrane. Naruszono więc prywatność niczemu niewinnych osób. Wydaje mi się, że takie wyjaśnienie jest żałosne. O tym, czy coś jest prywatne, czy publiczne, decyduje nie to, czy rozmowa odbywa się w parlamencie, czy przy kieliszku, ani to, czy jest to spotkanie przyjaciół, czy zupełnie obcych sobie ludzi. Decyduje natomiast przedmiot rozmowy i jej konsekwencje. Jeżeli przy kieliszku wina omawiane są takie sprawy jak deficyt finansowy państwa, wymiana konstytucyjnego ministra czy projekty ustaw, to chyba rozpaczliwym „wciskaniem kitu” jest próba przekonania społeczeństwa, że były to miłe pogawędki starych czy nowych przyjaciół, którzy wesoło się przekomarzali, popijając wino.

Protesty wzmacniają demokrację

Najważniejszym jednak elementem afery taśmowej i rozmów, które ujawniono w jej trakcie, jest mechanizm zmiany władzy. Wybitny polski, choć pracujący w Stanach Zjednoczonych, teoretyk demokracji Adam Przeworski powiedział kiedyś, że rdzeniem demokracji jest to, że jest ona szczególnym systemem, w którym rządzący mogą utracić władzę. W obszernych statystycznych badaniach porównawczo-historycznych pokazał, że to zupełnie nowe zjawisko, które pojawiło się dopiero w latach 50. XX w. Przedtem nawet w systemach formalnie demokratycznych w 95% przypadków rządzący wygrywali kolejne wybory. Wyjaśnienie tego faktu jest stosunkowo proste: rządziły elity oligarchiczne, które potrafiły zapewnić sobie pożądane wyniki wyborów. Niekoniecznie musiały i zwykle nie były to ordynarne fałszerstwa wyborcze. Odpowiednio skonstruowany system wyborczy, dominacja w mediach, poparcie intelektualistów, niedopuszczanie do kręgów elit politycznych „intruzów”, np. przez odpowiedni system szkolnictwa, to podstawowe sposoby petryfikacji systemu politycznego, który w wielu istotnych punktach imituje demokrację. Jedyną więc drogą przełamania dominacji jednych elit i dopuszczenia do władzy drugich były głośne afery, które mogły zmobilizować masy do wystąpień, burząc na moment konsensus rządzących grup oligarchicznych. Ten aspekt demokracji był właściwie do niedawna pomijany albo wręcz określany jako działanie niedemokratyczne. Dopiero niedawno francuski historyk idei Pierre Rosanvallon w książce, której polskie wydanie nosi tytuł „Kontrdemokracja: polityka w dobie nieufności”, zwrócił uwagę na znaczenie pozasystemowej działalności mas dla podtrzymania i rozwoju społeczeństwa demokratycznego.
Niemniej jednak uruchomienie mechanizmów masowych wystąpień i kontroli pozasystemowej świadczy o tym, że demokracja musi być broniona, że normalne sposoby zmiany władzy zawodzą. Niestety, treść ujawnionych rozmów przekonuje o tym, że partia rządząca chciała wykorzystać swą uprzywilejowaną pozycję do modyfikacji wyniku wyborczego na swoją korzyść. Jakiekolwiek byłyby subtelności konstytucyjnej pozycji NBP, z rozmowy jasno wynika, że główną motywacją zawarcia układu politycznego była zmiana nastrojów społecznych, a przez to i wyniku wyborów. Odpowiedź drugiej strony pokazuje już jasno, jak głęboko zakorzeniły się mechanizmy oligarchiczne w polskim życiu politycznym. Los tego czy innego ministra nie powinien być efektem dealu politycznego, od takich decyzji są konstytucyjne organy państwa. Dlatego, nie waham się użyć tego słowa, oburzają mnie komentarze, w których mówi się, że była to rozmowa dwóch państwowców zatroskanych o los kraju. Państwowiec w społeczeństwie demokratycznym powinien przede wszystkim bronić demokracji. Politycy nie są od tego, żeby sami, za plecami demosu definiowali i realizowali cele państwa. Takie działania możliwe są jedynie w społeczeństwach niedemokratycznych.

Afery przewietrzają władzę

Ostatnie lata pokazują, że w Polsce zmiana władzy staje się możliwa jedynie dzięki nagłośnionym medialnie aferom, od afery Rywina zaczynając. Jest to bardzo niedobry objaw, przede wszystkim dlatego, że świadczy o tym, że kraj rządzony jest przez elity oligarchiczne związane z wielkimi partiami, które monopolizują życie polityczne. Nie ma więc co się oburzać na same afery, bo one przynajmniej dają szansę na dopuszczenie ludu do głosu. I stwarza mu to szansę, ponieważ wola wyborców radykalnie straciła znaczenie. Jaki jest sens głosowania, skoro losy rządu i tak rozstrzygane są przy restauracyjnych stolikach między tymi, którzy mają władzę? Afera taśmowa pozwala też inaczej spojrzeć na wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego. Pokazały one, że ludzie albo są zniechęceni do brania udziału w wyborach, co jest całkowicie zrozumiałe, albo w coraz większej mierze gotowi są popierać partie spoza establishmentu, co też jest zrozumiałe. Jednak tendencje te są niezwykle groźne dla demokracji. Warto na koniec z całą mocą powiedzieć, że tendencjom tym winne są przede wszystkim elity, wszystkich bez wyjątku wielkich partii politycznych. Jeżeli demokracja ma przetrwać, to nie mogą rządzić nami autorytarni politycy, którzy ją zarzynają.

Autor jest profesorem filozofii i nauk politycznych. Pracuje w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej, Wydział Zamiejscowy we Wrocławiu

Wydanie: 27/2014

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy