Likwidatorzy zamiast polityków

Likwidatorzy zamiast polityków

Pilnie strzeżoną tajemnicą rządzącej koalicji do niedawna był fakt, że jej szef, skądinąd porządny człowiek, Marian Krzaklewski, nie jest politykiem. Już sam jego język, będący naukową odmianą “machejka”, świadczy, że pojmuje on zjawiska i problemy polityczne w sposób ogólnikowy i niejasny dla niego samego. “Solidarność” była zadowolona z jego kierownictwa, ale przewodzenie związkowi zawodowemu, już zorganizowanemu, należy do najłatwiejszych ról publicznych. Jeśli nawet nie było to aż tak łatwe, jak mnie się wydaje, to z pewnością nie wymagało takich cech charakteru i umysłu, jakie są niezbędne do odgrywania przywódczej roli w polityce. Jeszcze mniej trudne było zjednoczenie partii i partyjek prawicowych, ponieważ każdy z działaczy potrafił wyliczyć sobie na palcach, że tylko zjednoczenie się daje możliwość wejścia do parlamentu, a zjednoczyć się można jedynie podporządkowując się najsilniejszemu ugrupowaniu. Krzaklewski jest tak samo, a może jeszcze bardziej, nie stworzony do polityki jak Waldemar Pawlak. Nie mówię, że rasowy polityk musi odznaczać się jakimiś nadzwyczajnymi uzdolnieniami i górować intelektualnie nad wszystkimi. Wyobrażam sobie genialnego polityka, który nie poradziłby sobie z komputerem, nie mającym żadnych tajemnic dla doktora Krzaklewskiego czy inżyniera Pawlaka. Istnieje coś takiego jak wyobraźnia socjologiczna i wyobraźnia polityczna, jednego i drugiego zabrakło obu byłym przywódcom. Nieraz obserwowałem ze zdziwieniem, jak naukowcy, nawet wybitni w swoich przyrodniczych czy matematycznych specjalizacjach, zaczynają rozumować jak leninowska kucharka, gdy zabierają się do wyrokowania o sprawach państwowych. Długo można by mówić, na czym polegają prawdziwe zdolności polityczne. Z pewnością nie objawiają się one jedynie poprzez skuteczność działań, bo nawet najwięksi politycy byli raz skuteczni, a kiedy indziej nieskuteczni i kończyli przeważnie swoje kariery jakimiś błędami. Wiesław Chrzanowski czy Tadeusz Mazowiecki nie odnieśli wielkich sukcesów, ale z pewnością są autentycznymi politykami (z odchyleniem intelektualistycznym) i można się dziwić, że tak szybko zostali odsunięci od stanowisk przywódczych. Każdy ustrój stawia własne wymagania politykom, Chrzanowski i Mazowiecki byliby bardziej docenieni w ustroju arystokratycznym, podczas gdy w nieokrzesanej jeszcze demokracji jakoś za bardzo kontrastują z otoczeniem. Jacek Kuroń był genialnym politykiem na czas demokratycznej rewolucji, w ustabilizowanym demokratycznym kapitalizmie trudno byłoby znaleźć dla niego zajęcie poza działalnością charytatywną. Talenty polityczne Mariana Krzaklewskiego nie znalazłyby uznania w żadnym ustroju, albo powiedzmy to samo dosłownie: nie ma on żadnych talentów politycznych.
Prawica w Polsce odniosła totalne zwycięstwo, obsadziła wszystkie stanowiska kierownicze, opanowała media łącznie z tymi, które są administrowane przez osoby kojarzone z lewicą, narzuciła debacie publicznej swój język, wszczepiła postpeerelowskiej lewicy swoje kryteria słuszności i niesłuszności, czyli ją ideowo obezwładniła. Wewnątrz tego obozu toczy się ciekawe życie intelektualne, uzewnętrzniające się w licznych czasopismach, instytutach, wydawnictwach. W przeciwieństwie do lewicy okazuje żywe zainteresowanie krążącymi na świecie ideami. Prawicowe wydawnictwa tłumaczą dużo i często prace trafnie dobrane. I oto przywództwo polityczne prawicy zostało złożone w ręce działaczy odznaczających się umysłową ograniczonością, moralnym prostactwem i uderzającym brakiem politycznych talentów. Gdzież się podziały efekty działania tych wszystkich instytutów, fundacji, konferencji obowiązkowo międzynarodowych, co o tym wszystkim myślą autorzy i czytelnicy świetnych esejów politycznych, których nie brakuje w prasie tego obozu? Każdy widzi, że ja nie piszę tego z troską, lecz ze zdziwieniem.
Jeśli wyrażenie “selekcja negatywna” do czegoś dobrze pasuje, to do sytuacji w obozie prawicowym. Postawiono tam jako cel nadrzędny walkę z pozostałościami “komunizmu”, to znaczy z ludźmi, którzy coś znaczyli w PRL, a taki cel z pewnością nie jest celem dla mądrych ludzi. Na następcę Stefana Starzyńskiego w Warszawie (tak to określano przecież) wytypowano młodego człowieka bez życiowego doświadczenia, nie mającego pojęcia o funkcjonowaniu wielkiego (ani małego) miasta i wykazującego ponadto cechy niedojrzałości. I kierownictwo AWS jest z tego wyboru niezmiernie zadowolone. Dlaczego? Ponieważ ono też zostało wyłonione według takich samych kryteriów. Dla, w swoim mniemaniu, “likwidatorów komunizmu” najlepszą rekomendacją na wysokie stanowisko jest bycie likwidatorem majątku PZPR. Na razie obóz “prawicowy” nie dał po sobie poznać, że ma na oku coś innego niż likwidowanie PRL. Dopóki nie zmieni celu, dopóty nie będzie potrzebował polityków z prawdziwego zdarzenia.

Wydanie: 23/2000

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy