Listy

Listy

*Filantropia nie zastąpi państwa
W uzasadnieniu reprywatyzacji często jest mowa o historycznej sprawiedliwości, która jest wartością najwyższą. To prawda, pod warunkiem że sprawiedliwość ta nie dotyczy tylko jednej grupy społecznej.
Sprawiedliwe zadośćuczynienie musi mieć charakter kompleksowy. Współczesne społeczeństwo polskie nie ponosi odpowiedzialności za przeszłość. W obliczu biedy i zagrożenia prawidłowego funkcjonowania państwa bilans możliwości jest bardzo ograniczony. Ażeby “historyczna sprawiedliwość’’ nie stała się kolejną po “dziejowej”, “klasowej” i “społecznej”, zakres reprywatyzacji musi być powiązany z uwłaszczeniem. Z bilansu kosztów obejmujących oba te zagadnienia można dopiero ustalić możliwości zaspokojenia roszczeń.
Szerokie grono polityków z wielką troską wypowiada się ostatnio na temat stanu oświaty w Polsce. Część z nich jej ratunek upatruje w powołaniu kolejnej fundacji. Środki na jej działalność, według projektodawców, pochodziłyby z tzw. rezerwy uwłaszczeniowej. Dlaczego nie z ,,reprywatyzacyjnej”? A może poświęcić obie rezerwy na zaspokojenie najważniejszych dla narodu celów? Niestety, na temat kwot, jakie zadeklarowali projektodawcy, jak dotąd nic nie wiadomo. Pikanterii dodaje fakt, że nie tak dawno tzw. Frakcja Młodych Demokratów, ściśle związana ze środowiskiem Unii Wolności, wypowiedziała się za pełną odpłatnością studiów.
Innymi słowy, nędza i nierówności społeczne są “naturalnym porządkiem świata”. Czym zatem ma być owa sprawiedliwość? Może chodzi po prostu o równość praw, jednakowych szans oraz gwarancje bezpieczeństwa i samorealizacji? Aż tyle i tylko tyle.
Nie da się i nie można zwolnić państwa z jego konstytucyjnych obowiązków. Bezpieczeństwo obywateli i pewne podstawowe gwarancje to cel jego istnienia. Fundacje i filantropia nie mogą zastępować działań rządu.
Konstytucyjne obowiązki są jasne i czytelne. Wystarczy je tylko realizować. W tym miejscu warto może przypomnieć cytat z “Ludzi Bezdomnych” Żeromskiego: “Filantropia upodleniem i zaprzeczeniem godności człowieka – balsamem na dobre samopoczucie właścicieli”.
Czyżby zaczynało na powrót nabierać aktualności? Józef Winiecki, Słupsk

*Fundacja synekur
Opublikowany w nr 8. „Przeglądu” artykuł „Fundacja synekur” wzbudził we mnie najniecniejsze uczucia. Z Fundacją Polsko-Niemieckie Pojednanie mam do czynienia od kilku lat. W latach 1991-93 starałam się dla rodziców o grosze za czas niewolniczej pracy podczas okupacji. Teraz ubiegam się o spadek po zmarłym rok temu ojcu.
Miałam wątpliwą przyjemność osobistego odwiedzenia „szacownej” instytucji i to, co zastałam na ul. Kruczej 36, dotknęło mnie do żywego. Tłumy starych, sponiewieranych życiem ludzi, czekających na załatwienie zasiłku – bo odszkodowaniem tego nazwać nie można.
Po raz kolejny upokarzani, oszukani, często bez nadziei, że cokolwiek otrzymają, bo nie posiadają dokumentów. Świadkowie wymarli, a dowody niewolniczej pracy poginęły.
Oburzające jest, by człowiek przez pięć lat pracujący jako niewolnik, otrzymać miał 8 tys. zł, gdy tymczasem szef fundacji za jeden tylko miesiąc otrzymuje więcej. Mają rację Niemcy, obawiając się, że pieniądze, które winny trafić do poszkodowanych, zostaną strawione przez biurokratów fundacji.
Odrębną sprawą i też bardzo oburzającą jest kwestia spadkowa. Nie otrzymają nic spadkobiercy, których najbliżsi zmarli przed 16.02.1999 r.
Czyżby spadkobiercy tych, którzy nie wrócili z obozów, łagrów i więzień nie cierpieli? Czy ci, co zmarli po wojnie, a niewolniczą pracą wspomagali gospodarkę Niemiec, a potem odbudowywali kraj po wojennej nawałnicy, nic nie znaczyli? Romana Włodarczyk, Malbork

 

*SWOISTY FOLKLOR?
W “Gazecie Wyborczej” z 8 marca, w informacjach ze świata znalazła się krótka notatka na temat stanowiska Polski w sprawie równouprawnienia płci. Wynika z niej, że CAŁA Unia Europejska, jak również WSZYSTKIE kraje z nią stowarzyszone popierają równouprawnienie kobiet w społeczeństwie, traktując je jako podstawowe prawo człowieka. Pod tym ważnym dokumentem NIE PODPISAŁA SIĘ TYLKO POLSKA. Gazeta, powołując się na anonimowego uczestnika nowojorskiej konferencji, który stwierdził, że to stanowisko odbierane jest jako “swoisty folklor”, delikatnie daje do zrozumienia, że nasz rząd zachowuje się kuriozalnie.
W zeszłym roku na sesji ONZ ośmieszył nasz kraj minister Jerzy Kropiwnicki. Okazuje się, że mimo protestów i wielkiego szumu w mediach nic się od tamtej pory nie zmieniło.
Następnego dnia z artykułu Katarzyny Montgomery dowiedzieliśmy się, gdzie jest pies pogrzebany. Oczywiście chodzi o seks, a dokładniej o wychowanie seksualne w szkołach, które to wychowanie wymagane jest we wszystkich cywilizowanych krajach UE.
Betonowe stanowisko rządu jest – jak widać – niezależne od osób występujących na forum. Czy możemy dowiedzieć się, jaki to Centralny Komitet występuje w naszym imieniu z takim stanowiskiem i z takim uporem, czy też musimy czekać, aż ten rząd odejdzie w niebyt?
Wysłałam list w tej sprawie do “Gazety Wyborczej”, jednak nie znalazło się dla niego miejsce na łamach. Ponieważ uważam, że sprawa jest niezwykle ważna, że wcale nie dotyczy tylko kobiet, lecz wszystkich obywateli, proszę redakcję o opublikowanie tych kilku słów.
Krystyna Kofta
pisarka

*Dałem się okraść w kuszetce
W dniu 21 lutego br. zgodnie z coroczną tradycją udałem się pociągiem pospiesznym do Krynicy na narty.
Na warszawskim Dworcu Centralnym o godzinie 21.25 wsiadłem do kuszetki w wagonie “Warsu” z zaskoczeniem zauważyłem, że świecił on pustkami, w przedziałach znajdowało się tylko parę osób. W moim przedziale był już młody, wysoki człowiek z małym bagażem i oddzielnie trzymanymi butami narciarskimi. Robił wrażenie sportowca, który miał z sobą niezbędny sprzęt sportowy, lecz bez nart, co mnie trochę zdziwiło. Ale pomyślałem, że może narty będzie wypożyczał. W pewnym momencie mój współpasażer zagadał do mnie w języku angielskim. Kiedy odpowiedziałem po niemiecku, pokręcił głową, że nie rozumie. Powiesiłem kurtkę na wieszaku przy oknie i ustąpiłem mu miejsca, aby rozlokował swój bagaż w przedziale. Dziwnie się zachowywał, a umieszczając bagaż i buty na półce nad oknem, przycisnął się do mojej kurtki, zasłaniając ją sobą.
Ten krótki moment wystarczył, aby z wewnętrznej kieszeni kurtki ulotniło się 400 zł zarezerwowane na drugi tydzień urlopu. Wkrótce zjawił się konduktor “Warsu”, zabrał z mojego przedziału “Anglika” i po sprawdzeniu biletu z dowodem radził mi rozgościć się w przedziale i zamknąć od wewnątrz.
Stratę pieniędzy stwierdziłem dopiero w Krynicy, w ośrodku FWP. Wieczorem przybyłem ponownie na dworzec PKP do konduktora, który prowadził “Wars” z powrotem do Warszawy. Sporządził protokół z wydarzenia, który podpisałem własnoręcznie. Po siedmiodniowym pobycie w Krynicy wróciłem do Warszawy w dniu 6 marca i udałem się do Przedsiębiorstwa “Wars” przy ulicy Chłopickiego 53, aby sprawdzić, co się stało z protokołem z 22 lutego. W komórce kontroli nie znalazłem jednak śladu protokołu, który osobiście wtedy podpisałem.
Analiza faktów pozwala na prostą konkluzję. “Anglik” był zawodowcem od oglądania kieszeni ubrań współpasażerów – zniknął po udanej operacji, zmienił kuszetkę, a potem już go nie widziałem. Piszę o tym ku przestrodze osób, które będą korzystać z przejazdów kolejowych. A poza tym jestem ciekaw, co na to przedsiębiorstwo “Wars”. Z tego, co wiem, nie ja jeden zostałem okradziony. Proszę nie podawać mojego nazwiska na łamach, bo wstydzę się swojej naiwności.
B. A., Warszawa

Wydanie: 12/2001

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy