Listy od czytelników Nr 43/2016

Listy od czytelników Nr 43/2016

Polscy naukowcy na Zachodzie

W tekście „Generacja chcących” (PRZEGLĄD, nr 41) czytam: „Wbrew popularnej opinii, datującej rozwój polskich społeczności akademickich (…) w Europie Zachodniej dopiero na okres od wejścia Polski do Unii Europejskiej, przedstawiciele naszej nauki odgrywali dużą rolę w życiu akademickim Wielkiej Brytanii już od lat 50.”. Młodzi ludzie uważają chyba, że przed 1989 r. Polska była spaloną ziemią, otoczoną drutem kolczastym pod wysokim napięciem. Podobno najtrudniej przyjąć do wiadomości fakty, ale spróbuję. Otóż karierę zawodową zaczynałem w latach 90. w ośrodku badawczym PAN. Cała kadra naukowa ośrodka miała za sobą stypendia w Europie Zachodniej, USA, Japonii począwszy od lat 70. (a może i wcześniej). Zwłaszcza dekada Gierka, która przypadła na okres odprężenia w stosunkach Wschód-Zachód, sprzyjała wymianie naukowej. W tym czasie zakupiono także na Zachodzie kilkaset licencji dla przemysłu, co oznaczało wyjazdy kilku tysięcy polskich inżynierów i techników na szkolenia. Poznałem kilku naukowców i inżynierów różnych specjalności, którzy w latach 70. zainstalowali się na Zachodzie – głównie na uczelniach albo w dużych firmach. Dziś część z nich wkracza już w wiek emerytalny, ale zrobili tam bardzo interesujące kariery zawodowe. A trzeba pamiętać, że wówczas patrzono na nas dosyć podejrzliwie, więc naprawdę musieli być dobrymi fachowcami, skoro zdecydowano się ich zatrudnić.
Radosław


Legalizacja – droga przez mękę

Nie za bardzo rozumiem przesłanie artykułu „Legalizacja – droga przez mękę” (PRZEGLĄD, nr 41). Wyjazd z własnego kraju nigdy nie jest doświadczeniem przyjemnym i łatwym, zawsze można zdecydować się na zmienianie otoczenia we własnym kraju, a nie ulegać zmianie w obcym państwie.
Marcin Kucharski


Ilu Polaków pracuje za granicą lub wyjechało ostatnimi czasy? Dwa-trzy miliony? Na ich miejsce potrzebni są inni. I tak podobno już milion Ukraińców pracuje u nas ogrodnictwie, rolnictwie, usługach. To normalny stan rzeczy.
Alex Nauman


Rzucając Ukraińcom kłody pod nogi, robimy ogromny błąd. Ci ludzie pracują, odprowadzają podatki, świetnie znają polski. Jak najszybsze danie im rezydentury bądź obywatelstwa powinno stanowić priorytet
Rafał Bartochowski


Europejska Nagroda Obywatelska
W Giełdzie w poprzednim numerze PRZEGLĄDU błędnie podaliśmy imię i nazwisko poznańskiej pielęgniarki uhonorowanej Europejską Nagrodą Obywatelską. W rzeczywistości tą pielęgniarką jest Aleksandra Banasiak.

Przepraszamy.


Kształcenie lekarzy w Szwajcarii
W tekście „Kto nas będzie leczył” (PRZEGLĄD, nr 30) znalazło się stwierdzenie dr. Macieja Hamankiewicza, że „Szwajcarzy nie mają własnej uczelni medycznej, uważają bowiem, że kształcenie lekarzy jest zbyt kosztowne. Wolą zatrudniać obcokrajowców, w tym chętnie Polaków”. Otóż w Szwajcarii medycynę studiuje się na uniwersytetach. Natomiast powodem kształcenia małej liczby lekarzy nie są oszczędności, ale numerus clausus – ograniczenie liczby studentów poprzez test wstępny. Co również sprawia, że lekarze są świetnie wykształceni i mają dostęp do najnowszej infrastruktury medycznej. Szwajcaria już wprowadza w życie postanowienia referendum na temat obcokrajowców i będzie zaostrzała przepisy, dając pierwszeństwo rodzimym lekarzom. To prawda, że jest ich za mało, ale corocznie napływają tysiące medyków z Niemiec, którzy nie tylko są dobrze wykształceni, ale też władają tym samym językiem. W Zurychu, Bernie czy Lozannie trudno dostać pracę w szpitalu. Na wsiach jest może inaczej, ale do tego potrzebna jest znajomość nie tylko niemieckiego, lecz również miejscowego dialektu, której Polacy nie mają.
Nina Rotach


Uniwersytet lwowski nazywał się inaczej
Jaka szkoda, że Jan Widacki przestaje pisać felietony „Z Galicji” do PRZEGLĄDU, ale na szczęście pożegnał się „na razie na kilka miesięcy”. Szkoda, że w pożegnalnym felietonie znalazła się pewna nieścisłość. Autor napisał, że „W Galicji działały jedyne dwa na ziemiach polskich uniwersytety z polskim językiem wykładowym: Jagielloński w Krakowie i Jana Kazimierza we Lwowie” (PRZEGLĄD, nr 40). Tymczasem uniwersytet lwowski za czasów austriackich nazywał się inaczej, był to C.K. Uniwersytet im. Cesarza Franciszka I. Imię Jana Kazimierza otrzymał w Polsce niepodległej.

Adam Wierciński, Opole


Umierające wspomnienie o Lenino
Dwa lata temu opisałem skandaliczne zachowanie polskich żołnierzy (od podoficerów do generała) na uroczystych obchodach rocznicy bitwy pod Lenino, którzy nie salutowali podczas grania hymnu rosyjskiego. W lipcu tego roku odwiedziłem z żoną kompleks memorialny pod Lenino. Jej ojciec, sierż. Jan Łobacz, w tym miejscu rozpoczął swój wojenny szlak, aby zakończyć go w Berlinie w maju 1945 r. Takim jak on nie szczędzono ostatnio obelg i poniżenia. Po 45 latach usłyszeli oskarżenie o okupowanie Polski oraz zniewolenie narodu polskiego. Uznano, że było to tylko „polskojęzyczne” wojsko. Na dodatek bez elit, które – jak w AK – mogłyby opisywać ich losy, tworząc legendę. Dramat tych ludzi pozbawionych ojcowizny, którzy musieli walczyć o terytorium nowej ojczyzny, a potem odbudowywać ją w trudzie i znoju, nikogo nie wzrusza. Szczególnie że sojuszników mieli niesłusznych.
Najtragiczniejsze jest jednak to, że ci żołnierze mieli przecież rodziny. Ich dzieci i wnuki, faszerowane nową wersją „historii”, często nie tylko nie zdają sobie sprawy z tego, co zawdzięczają swoim dziadkom, ale nawet nie bronią dzisiaj ich dobrej pamięci. O tym, co się dzieje z mogiłami i pomnikami żołnierzy Armii Czerwonej, wstyd przypominać.
A wystarczy spojrzeć za Odrę, aby dostrzec różnicę w podejściu do historii II wojny światowej i roli ZSRR w likwidacji faszyzmu na ziemi niemieckiej. Także na Białorusi przekonaliśmy się, jak szanowana jest pamięć o ofierze przodków podczas ostatniej wojny (relatywnie najwięcej w Europie obywateli zginęło na Białorusi – 2,5 mln, tj. prawie 30% ludności). Dlatego bardzo często ludzie starsi podkreślają, że nawet jeżeli są niedostatki dnia powszedniego, najważniejsze jest, aby nie było wojny.
Więc także jako memento utrzymują memorialny kompleks pod Lenino (muzeum, płyta nagrobna, pomnik na cześć żołnierzy, którzy zginęli w bitwie 11-12 października 1943 r. oraz cmentarz w Gorkach). To memento dla naszego narodu, który beztrosko przyjmuje wszelki fałsz IPN.
Nie wiem, jak długo jeszcze będzie funkcjonowało to mauzoleum radziecko-polskiego braterstwa broni. W tej chwili jest ono utrzymywane w bardzo dobrym stanie, ma etatową obsługę (przewodnik plus konserwator). Być może o jego zamknięciu zadecydują uwarunkowania ekonomiczne, a przede wszystkim mała liczba zwiedzających (pojedyncze osoby w ciągu roku oraz topniejąca grupka coraz częściej prywatnie odwiedzających polskich kombatantów z okazji kolejnej rocznicy bitwy). Decyduje o tym nie tylko biologia, ale i polityka historyczna solidarnościowych rządów. A przecież to nam powinno bardziej zależeć na istnieniu muzeum niż Białorusinom. Przepraszam za nadużycie, pod pojęciem nam niewielu się dzisiaj podpisze.
Czesław Jurczyszyn

Wydanie: 2016 43/2016

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy