Lotnicza śmierć Polska w żałobie

Lotnicza śmierć Polska w żałobie

Lądującej Casie zabrakło kilkunastu sekund, żeby dotknąć kołami pasa startowego

O godzinie 19.07 we środę, 23 stycznia, zniknął z ekranu radaru na wojskowym lotnisku w Mirosławcu podchodzący po raz drugi do lądowania transportowy samolot wojskowy CASA 295M. To zburzyło rutynę panującą na lotnisku, chociaż już nieudane pierwsze podejście powinno wzbudzić czujność. Nieczęsto zdarza się, żeby przy dobrej widoczności i sprawnej maszynie samolot musiał udać się na krąg i podchodzić ponownie. Jednak kilka sekund później przed początkiem pasa startowego nastąpił potężny huk i wielka cisza. Chwilę później nad miejscem awarii rozciągnęła się łuna pożaru.
Lądującej Casie zabrakło, jak się później okazało, kilkunastu sekund, żeby dotknąć kołami pasa startowego. Bo lot był zupełnie rutynowy. CASA rozwoziła bowiem w kierunku północno-zachodnim, gdzie też jest większość baz lotniczych, uczestników corocznej konferencji bezpieczeństwa lotów. W tym samym czasie z warszawskiego Okęcia wystartowała też

znacznie mniejsza bryza,

która odwoziła uczestników konferencji do Krakowa. Samolot CASA miał dość skomplikowaną trasę. Mówiąc językiem lotników, miał kilkakrotnie siadać. Kolejno w bazach lotniczych: w Powidzu, podpoznańskich Krzesinach i wreszcie na wysuniętych daleko na północny zachód lotniskach w Mirosławcu i Świdwinie. Zakończył jednak tragiczną w skutkach podróż tuż przed początkiem betonowego pasa w Mirosławcu. Akcentujemy: betonowego pasa, bo awaryjnie, mając na pokładzie tylko łącznie 20 ludzi, tego typu samolot mógł lądować nawet na trawie.
CASA 295M jest konstrukcją hiszpańską, samoloty te buduje się w Sewilli w zakładach należących do europejskiego (wspólnotowego) koncernu lotniczego. Obok Hiszpanii i Polski tego typu maszyn używają też Portugalia i Finlandia. W nieodległej przyszłości może być też podjęta licencyjna produkcja w Chile z przeznaczeniem dla krajów Ameryki Łacińskiej. Zamówiła też te samoloty amerykańska Coast Guard z przeznaczeniem dla długich patroli nad Zatoką Meksykańską i Morzem Karaibskim. Maszyny typu CASA klasyfikowane są jako średniolekkie maszyny transportowe ogólnego przeznaczenia. Zaletą jest, że CASA może zabrać na pokład aż 78 spadochroniarzy z podstawowym wyposażeniem. Natomiast samolot o tych gabarytach powierzchni ładunkowej powinien mieć znacznie większy udźwig. Ma jednak tylko 9 ton udźwigu i to jest przyczyna, że zamówiło tę maszynę, przynajmniej na razie, niewiele państw. Nie można też zapominać, że CASA 295M jest mutacją wcześniejszej, nieco mniejszej. Dołożono po prostu jeden wręg i uzyskano znacznie większą przestrzeń ładunkową. Możliwości udźwigu wzrosły za to w niewielkim zakresie. Ponadto piloci i specjaliści od załadunku – przy bardzo dobrych opiniach o samolocie – podkreślają jednak, że przy przedłużonym kadłubie i maksymalnych ładunkach CASA ma tendencję do

przechyłu w tył,

co przy lądowaniach może, aczkolwiek nie musi, mieć negatywne skutki. Tym razem jednak samolot zabierał ładunek ważny, bo ludzi, ale wcale nie ciężki jak na swoje możliwości. Z tym dodatkowym wręgiem wiąże się problem wytrzymałości zmęczeniowej materiałów. Ale ta kwestia może wystąpić dopiero przy okazji starzenia się samolotów.
Samoloty CASA, które zastąpiły w składzie 13. eskadry transportowej wysłużone, choć niezłe jak na swoją epokę rosyjskie AN-26, prawie całkowicie przejęły na siebie ciężar logistyki i utrzymania łączności lotniczej z naszymi kontyngentami w Iraku i Afganistanie. Oczywiście nie są to najlepsze samoloty do tego celu, właśnie ze względu na mały udźwig, mimo dużej powierzchni ładunkowej, i nie największy zasięg. Ale innych samolotów po prostu nie mamy i 10 posiadanych \”Hiszpanów\”, jak się je nazywa, wykonuje swoje zadania, jak może. Wiąże się to jednak z kwestiami szybkiego zużycia, bo samoloty latają więcej, niż przewidywał producent, a zdarza się, że ładuje się ciężary przekraczające standardowy udźwig. W tym drugim wypadku zwykle jest tak, że samolot musi wykonać dłuższy rozbieg, natomiast w czasie lotu staje się coraz lżejszy, bo po prostu wypala zapasy paliwa. Takie faktyczne metody, bo nie procedury, stosuje się na całym świecie. Wielkiego ryzyka nie ma, gdyż piloci są doświadczeni i wiedzą, co robią. Ale oczywiście następuje szybsze zużycie maszyn, silników w szczególności, również manewrowanie przeciążoną maszyną nie należy do łatwych. Te zjawiska nie mogły wystąpić w tym konkretnym locie, ale zawsze po lotach z przeciążeniem mogą pozostać pewne następstwa. W umowie offsetowej Hiszpanie zobowiązali się, że na Okęciu wybudują instalacje dla serwisu samolotów CASA, tym bardziej że Polska zgłosiła chęć nabycia kolejnych samolotów i tymczasem zamówiła dwa tego typu. Baza serwisowa jednak nie powstała, mimo że Hiszpanie kupili na Okęciu zakład. Jak się okazuje, strona polska nie dotrzymała pewnych zobowiązań. Polskie samoloty latają więc na serwisowanie do dalekiej Hiszpanii, co podnosi koszty, nabija godziny w resusach itd.
Niemniej jednak nikt nie kwestionuje faktu, że mimo pewnych mankamentów wynikających z konstrukcji jest to dobry samolot, może

o zbyt małym udźwigu,

ale znakomicie wyposażony szczególnie w zakresie awioniki. Że właśnie one muszą utrzymywać komunikację z odległymi przecież Afganistanem i Irakiem, jest winą nie pilotów czy szerzej lotnictwa wojskowego, ale polityków. Od przeszło dziesięciu lat nie potrafimy wyegzekwować od Stanów Zjednoczonych sześciu dawno obiecanych maszyn C-130 Hercules o udźwigu 40 ton i wielkim zasięgu. W nomenklaturze amerykańskiej też określane są one jako średnie samoloty transportowe. Ale możliwości herculesów w porównaniu do CASY są oczywiście niewspółmiernie większe. Mieliśmy otrzymać sześć używanych, ale wyremontowanych maszyn za darmo. Mieliśmy, bo aktualnie Amerykanie oferują nam sprzedaż sześciu, oczywiście nowych, samolotów w wersji J. Tu rada dla ekipy Donalda Tuska. Trzeba rozpocząć rozmowy z Rosją na temat nabycia np. sześciu maszyn klasy IŁ-76. Są i tańsze, i nowsze (jako typ) i mają znacząco większe możliwości. Na pewno wtedy strona amerykańska cośkolwiek zmieni zdanie, a jeżeli nie…
Większe samoloty transportowe są nam koniecznie potrzebne, a czy będą to herculesy, czy iły, to inny problem. W przeciwnym wypadku dobre i sprawne casy zostaną, brzydko mówiąc, zarżnięte zadaniami, które technicznie jeszcze nie, ale operacyjnie przekraczają ich możliwości.
Wracając do tragedii. Przy okazji wyszła stara prawda. W samolotach wojskowych w rejsach wewnętrznych z reguły nie sporządza się listy pasażerów. Wsiada tylu i tylu, i ta sama liczba powinna wysiąść. Dlatego ustalanie nazwisk i liczby tragicznie trwało ponad 12 godzin. Okazuje się również, że lotniska wojskowe mają przestarzałe już radary o niskiej rozdzielczości, nie najlepszy sprzęt nawigacyjny itd. Trudno się dziwić, bo przecież z budżetu MON, czyli około 20 mld zł, prawie 5 mld przeznaczonych jest na renty i emerytury, również prawie tyle na płace. Dlatego zakupy nowoczesnego sprzętu są mocno obcinane.
Wbrew niektórym twierdzeniom pogoda jak na tę porę roku była bardzo dobra. Wysiadający w Poznaniu lotnicy twierdzili, że warunki były świetne, a czerwono zachodzące słońce jest dla końca stycznia normalnym zjawiskiem. Prawdą jest, że lądowanie w Mirosławcu odbywało się już w ciemności, a zapadający zmierzch jest o każdej porze roku najgorszym z możliwych momentem na lądowanie. Mogło nastąpić oblodzenie, ale to też normalność. Samolot CASA jest wyposażony w nowoczesną i skuteczną instalację przeciwoblodzeniową, którą można włączyć na funkcjonowanie

automatyczne lub ręczne.

Pierwszy pilot nie miał zbyt wielkiego doświadczenia w lotach na „Hiszpanie”, ale 150 godzin lotów na tym właśnie typie to już coś. Zachodzi obawa, że na starej zasadzie, iż mylą się podwładni, a nie dowódcy, pojawią się próby obciążenia właśnie pierwszego pilota, a nie broń Boże jakiejś wady konstrukcyjno-technicznej czy też złego naprowadzania. Bo samolot tego typu w tych warunkach powinien za pierwszym podejściem sprawnie siąść.
Próbę obciążania podwładnych mieliśmy już w trakcie operacji głośnego aresztowania siedmiu żołnierzy z 18. batalionu w Bielsku-Białej. Są w areszcie do dzisiaj. Gen. Tomaszycki został tylko przeniesiony do rezerwy. Tego typu praktyki były charakterystyczne dla armii kierowanej przez min. Szczygłę. Można się obawiać, że kolejny minister niewiele zmienił. Czyżby dopiero masowe tragedie ludzkie miały doprowadzić do niezbędnych reform? Zginęło 20 wojskowych. Niektórych trudno będzie zastąpić. Rozpacz rodzin i bliskich jest ogromna i słuszna. Wpiszmy się i my w żal i współczucie, ale pamiętajmy, że siły zbrojne wymagają fundamentalnych reform.

Wydanie: 5/2008

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy