Wybory tuż-tuż

Wybory tuż-tuż

Jedną z najbardziej charakterystycznych cech współczesnej demokracji jest nieustanne mnożenie się „konsultacji społecznych”, czyli wyborów wszelkiego rodzaju. Mamy więc we Francji wybory: prezydenckie, parlamentarne, europejskie, regionalne, lokalne, związkowe… W Rzeczypospolitej podobnie, a jeszcze spragniony ponoć głosowania naród upomina się o upowszechnienie społecznych referendów. Jest to proces nie do powstrzymania, gdyż tak jak biurokracja podług prawa Parkinsona, również demokracja zaczyna w pewnym momencie żyć własnym życiem i przez pączkowanie wyłania coraz to nowe instytucje. Coroczne (a często i parokrotne w ciągu roku) wybory nieuchronnie powszednieją, wreszcie zaczynają nużyć i złościć. Przed każdymi trąbi się o „obywatelskim obowiązku”, „decydowaniu o własnym losie”, „konieczności wyrażenia zbiorowej woli” itp. Tylko że coraz mniej ludzi tych podniosłych sloganów słucha. Dowodem frekwencja wyborcza spadająca systematycznie w porównywalnych wyborach we wszystkich krajach europejskich. Jeśli przekroczy się 50% głosujących spośród uprawnionych, to jest już sukces i można wmawiać społeczeństwu, że np. Platformę Obywatelską popiera 30% Polaków. Tymczasem po odliczeniu nieuprawnionych, a przede wszystkim niegłosujących, owe 30% to w rzeczywistości ok. 13%. Tyle właśnie poważa swoją partię do tego stopnia, żeby podnieść pośladki z fotela przed telewizorem i pójść wrzucić kartkę. Belgowie myśleli, że dali sobie radę, wprowadzając przymus głosowania – nie pójdziesz do urny, będziesz ukarany mandatem. Ale i u nich frekwencja spada! Ludzie wolą już nawet płacić, niż „wpływać na własne losy”.
Dlaczego? Z tego najprostszego powodu, że przy takiej częstotliwości kolejnych „konsultacji” życie polityczne zmienia się coraz bardziej w permanentną kampanię wyborczą, czyli maskaradę. Wysłuchałem ongiś znanego polskiego polityka, który twierdził, że nie czyta sondaży, gdyż dla dobra państwa trzeba podejmować trudne decyzje, nie oglądając się na słupki popularności. Guzik prawda! Gdyby tak robił, przegrałby w następnych wyborach, a one przecież zawsze już za chwilę, tuż-tuż. Antyaborcyjne prawo w Polsce zachwalane jest jako kompromis. Oczywiście nim nie jest. Niekonsekwentne filozoficznie i społecznie, zakłamujące rzeczywistość ma jednak wszelkie szanse trwać latami, bo jedna strona boi się światłej większości, a druga Kościoła, a tu wybory tuż-tuż… Podobnie z większością naszych inicjatyw ustawodawczych. Ale przestańmy na chwilę nadwiślańskie gniazdo kalać.
We Francji odbył się niedawno dziesięciodniowy strajk pracowników kolei. Kosztował państwo kilkaset milionów euro. Pasażerów – zdrowie, beznadziejne wyczekiwanie na dworcach, wielogodzinne spóźnienia do pracy, niemożność dotarcia do szpitali, odwołane egzaminy na uczelniach, zdenerwowanie przeradzające się w pyskówki i rękoczyny. Podług wszelkich badań opinii społecznej 90% obywateli nie mogło nawet zrozumieć, o co może chodzić powołującym się na domniemane, ewentualne skutki jakichś zarządzeń strajkującym. Sytuacja społeczna była bliska eksplozji. Wydawałoby się, że ktoś w tej sytuacji zabierze stanowczo głos i powie: dość, jak o tym marzyła ogromna większość obywateli. Aliści może i odetchnęliby oni z ulgą, jednak konsekwencje wyborcze (a wybory tuż-tuż) mogłyby być opłakane. Prawica nie bez satysfakcji patrzyła, jak rządząca lewica zakręca sobie sznur na szyi i budzi wściekłość „prostego człowieka”, nie miała więc żadnego interesu w kiwnięciu palcem. Lewica wiedziała, że źle się dzieje, ale gdyby wystąpiła przeciw prawu do strajków, straciłaby resztki swojego elektoratu (nawet wśród tych, którzy najbardziej ucierpieli, gdyż co innego praktyka, a co innego idee). Skrajna lewica i prawica uważają z kolei, że wszystko, co przyczynia się do destabilizacji państwa, jest wodą na ich młyn. Strajkowało nie więcej niż 20% kolejarzy, w większości z postkomunistycznego związku CGT, co jednak zupełnie wystarczyło, by uniemożliwić normalne działanie komunikacji, już choćby przez blokady torów. Ale właśnie dlatego, że mniejszościowe, nie mogło CGT ustąpić, bo jak inaczej pokazałoby swoją skuteczność (a tu wybory związkowe tuż-tuż). Każdy musiał komuś schlebiać, komuś się przypodobać, komuś zrobić na złość i tylko głupi szary człowieczek znajdował się w g… po uszy. Powiedział kiedyś mędrzec, że demokracja jest ustrojem ułomnym, ale niczego lepszego dotąd nie wynaleziono. Nie dodał jednak, że z demokracją jak z szampanem. Smaczny ci on, ale nie należy nadużywać. Proponuję demokratycznie przegłosować, że demokratycznych wyborów wystarczy raz na trzy lata, co przywróci demokracji sens.
PS Ostatni raz zwracam się z rozpaczą do kolegów po piórze: nie ma w języku polskim takiego potworka językowego jak „zagłosować”. Nie „zagłosowałem”, ale „oddałem głos”. Nie „zagłosuję”, ale „oddam głos” lub „będę głosował” itd. Błagam!

Wydanie: 28/2014

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy