Ludzie potrzebują inności

Ludzie potrzebują inności

Rozmowa z prof. Rochem Sulimą

Na prowincji dogorywa coś, co można nazwać etosem chłopskim, etosem szlacheckim

– Uff… panie profesorze, latem spotkać pana w Warszawie to cud.
– Rozmawia pan z człowiekiem, który deklaruje, że jest prowincjuszem z urodzenia i z zamiłowania. Latem, a może nawet już przez większość roku, mieszkam na wsi, położonej – w prostej linii – kilkanaście kilometrów od Sycyny Jana Kochanowskiego. Blisko stąd i do Gardzienic Jacka Malczewskiego, i malinowych chruśniaków Leśmiana w Iłży. Zawsze też podkreślam, że na moim końcu wsi mieszka trzech profesorów zwyczajnych. Jeden z nich opublikował w tym roku „Kronikę” naszej wsi. To są moje rodzinne strony. Przyjeżdżam z tej wsi do Warszawy po to, żeby kupić znakomity „chleb chłopski”. Kupuję go w Almie, wypieka go piekarnia Grzybki na Grochowie, już od kilkudziesięciu lat.

– A u pana na wsi już takiego nie pieką?
– Była dobra piekarnia w Wielgiem, ale już nie rozwożą z niej chleba po wsiach. Jak pan widzi, to się wszystko przemieszało, stało się płynne.

Zniknął obowiązek wobec pola

– Podział centrum-prowincja w wielkim stopniu zanegowała technologia. Można mieszkać na wsi i mając dostęp do internetu, być w centrum wydarzeń. A można mieszkać w mieście, w blokowisku, i być zacofanym i prymitywnym.
– Ja nawet kiedyś napisałem w tekście o „Konopielce”, że prowincja, w tym rozumieniu negatywnym, może być i na mojej Saskiej Kępie w stolicy. To pewien stan umysłów. Przestał funkcjonować podział centrum – peryferie, metropolia – prowincja jako pewna realność, natomiast stał się pewnym sposobem myślenia, figurą myślenia, ma dziś postać symboliczną.

– To znaczy?
– Te wszystkie torciki, pierożki babuni, chleb prawdziwy…

– Wypiekany w Warszawie…
– Ja na swojej wsi mam dostęp do internetu i mogę sobie wchodzić nawet do Biblioteki Kongresu Amerykańskiego.
A z drugiej strony, na prowincji dogorywa coś, co nazwać można etosem chłopskim, etosem szlacheckim. Załamał się odwieczny rytm życia prowincji, jednorodny styl bytowania, na co zwracał kiedyś uwagę Stanisław Vincenz. Dziś wszystko się wymieszało, jest chaos. Chaos w świecie wartości, chaos w stylach życia. Widzę, że ludzie nie potrafią odorać skiby od miedzy, co było za moich młodych lat nie do pomyślenia. Kultura rzeczy, kultura przedmiotów, tworzących kiedyś względnie jednorodną całość, uległa głębokiej dysharmonii. Niski jest stan tego, co nazwałbym kulturą bytu. Te podstawy życia, które wyznaczało uprawianie ziemi, a więc wszystkie obowiązki wobec pola, wobec Boga, wobec Kosmosu, wobec innych ludzi – zniknęły. W mojej wsi, która jest sporą wsią, znam jednego człowieka, dociąga do dziewięćdziesiątki, który w niedzielę, przed pójściem do kościoła, obchodzi swoje pole. Patrząc, jak na nim rośnie, chociaż sam go już nie uprawia, tylko wydzierżawia.

– Prowincja staje się śmietnikiem?
– Coś takiego odczuwam. Prowincja staje się rzeczywiście śmietnikiem metropolii. Bo tak – wszystkie stare samochody tam, wszystkie zużyte sprzęty – tam, stare ubrania – tam. Obejścia, domy przypominają składowiska rzeczy porzuconych, zużytych, które tu znajdują przystań. Być może działa tu jeszcze stara zasada chłopskiego bytowania, że „wszystko się kiedyś przyda”.

– I najgorsze zwyczaje przyniesione z miasta. Lenistwo się pojawia. Długie spanie…
– A przecież było grzechem wstawać późno. Dziś, jak ktoś wstaje o 10.00, to nie budzi zbytniego zdziwienia. A przecież nie tak dawno ludzie wstawali ze świtem, czy mieli coś do roboty, czy nie, Bóg wzywał, bo słońce już na niebie. I właśnie ten etos umarł. Ale my tworzymy, moim zdaniem, pożyteczną kulturową fikcję, że gdzieś indziej, poza metropolią, istnieje jakiś świat uładzony, świat przedustawnych wartości, i że to będzie dla nas jakieś miejsce ocalenia.

Trzeba żyć, jak pokazują w telewizji

– Idealizujemy sobie świat, którego już nie ma?
– Poruszamy się w sferze mitologii społecznych, które zazwyczaj stają się silne, kiedy realia, które je wytworzyły – znikają. Zazwyczaj jest tak, że kiedy jakaś formacja społeczna, realna pod względem ekonomicznym czy politycznym, schodzi ze sceny, to rozpoczyna swoje symboliczne życie w fikcjach literackich, filmowych, artystycznych. I podobnie jest właśnie z prowincją czy też polską wsią. Tak się zastanawiam, co się stanie, jeśli te 40-letnie traktory w którymś momencie się rozsypią? To jest taki śmietnik rzeczy, wytrąconych już z metropolii. Ale z drugiej strony, istnieje mit prowincji jako świata pierwotnego. Ileż na tej idei zbudowano! Jak wygląda literatura amerykańska? A Faulkner, a Caldwell? A nasza literatura – czyż nie żywiła się ciągle znaczeniami, które na prowincji się kształtowały? Gombrowicz o tym dobrze wiedział… Mitologie społeczne, w zależności od tego, kto nimi zawiaduje – pisarze już przestali nimi zawiadywać – różne przynoszą skutki.

– A kto zawiaduje?
– Głównie media. Trzeba żyć, jak pokazują w telewizji. Mój sąsiad dwa lata temu sprzedał krowę i kupił motorynkę. To była jedyna krowa, którą miał. Teraz tam u niego już są chyba dwie motorynki, ze trzy luksusowe rowery, a ostatnio założył sobie telewizję satelitarną. Ale nieustannie przychodzi do mnie po łopatę, bo nie ma łopaty. Ja mu wreszcie powiedziałem: „Panie Waldku, przecież chyba stać pana na łopatę, skoro tyle znakomitych gadżetów technologicznych widzę u pana na podwórku”. Ostatnio to podwórko podzielone zostało na część rekreacyjną oraz gospodarczą, gdzie spacerują sobie kury. Do tego są tam jeszcze dwa chyba rasowe psy. To wszystko jest jakieś seriokomiczne, groteskowe, a w skali ogólniejszej – świadczy o bylejakości bytu. Obserwuję to z napięciem, choć nasze stosunki sąsiedzkie nie są napięte. Mówimy sobie nie tylko dzień dobry, ale wszystko, jak to sąsiedzi.

– Ma pan stację obserwacyjną.
– O tak! Wybudowali sobie altanę. Niech pan zgadnie, czym jest przykryta? W związku z tym pewnie upadnie instytucja siedzenia na ławeczce przed domem.

– A w telewizji ciągle ta ławeczka… Z mędrcami…
– Okazuje się, że dziś nie wystarczą już celebryci i ich skandalizujące medialne żywoty, to nieustanne życie chwilą, ta ostentacyjna teraźniejszość. W płynnym świecie potrzebujemy także czegoś „innego” niż sakralizowana codzienność gwiazd. Potrzebujemy jakiejś porządkującej ramy. Mogą to być wizje światów fantastycznych, ale też np. zainteresowanie peryferiami, prowincją, jako czymś medialnie jeszcze niezużytym. Jest w tym coś z odwiecznego szukania wzoru inności, odmienności kulturowej. A nawet może być to idea, która zresztą człowiekowi bezustannie towarzyszy, że gdzie indziej jest inaczej i lepiej niż tu.

Mit dobrego dzikusa

– Czyli, tak naprawdę, nic nowego.
– Ależ oczywiście! Ten wzór „inności” został już dawno skonsumowany. Mit dobrego dzikusa, którego znaleziono na lądach Nowego Świata, był żywotny do XVIII w., kiedy to wzmocniła go i zmodyfikowała idea Orientu. Potem tego dobrego dzikusa odnaleziono pod swojską strzechą, to był XIX w., odkrycie ludu i folkloru. W modernizmie ubrano go już w narodowy kostium. W porównaniu z „człowiekiem masowym”, miejskim tłumem, wyglądał bardziej szlachetnie, symbolizował powrót do utraconych wartości. W tym czasie, kiedy np. Francuzi „konsumowali” odmienność kulturową północnej Afryki, my szukaliśmy jej na Podhalu, na Kurpiach.

– A potem PRL go odnalazła i wprowadziła na wielkie budowy i do miast.
– A wreszcie ten lud wszedł do miast i wniósł swoją kulturę bytu, swoje wzory życia, swoją stylistykę. Pamiętam warszawskiego taksówkarza Mariana Sękowskiego, który zresztą wydał świetny pamiętnik. „Panie – mówił mi – to wszystko zielona Warszawa”. Czyli ze wsi, choć sam był warszawiakiem w pierwszym pokoleniu. Wiesław Myśliwski opowiadał mi inną historię. Że na stołecznych rautach, po drugiej wódce, trzeciej, wszyscy są z rodów arystokratycznych. A już po szóstej – większość ze wsi.

– Znam podobną historię. Jak to klub smakoszy wina udał się na degustację. Pałac, piwnice z winem, białe obrusy. Na początku było elegancko, a po trzech godzinach panowie zaczęli pod stołem wódkę polewać.
– Więc wyłazi to, co jest niewykorzenialne. Ale ta doświadczana bylejakość prowincji coraz wyraźniej kontrastuje z działaniami inspirowanymi ideą „lokalności”. Otóż powstają świetne inicjatywy lokalne, gdzie słowo „prowincja” nie pasuje, mówi się o „naszej gminie”, „naszej okolicy”, gdyż nawet dla miejscowych ideologów „lokalności” termin „mała ojczyzna” wydaje się nazbyt patetyczny. Znam wiele przypadków takich działań. W Krasiczynie! Serial „Plebania” jakby z tego. Znam Stowarzyszenie „Sycyna” w Sycynie Kochanowskiego. Prowadzą działalność na skalę europejską! Mają fundusze z Brukseli. Tego typu inicjatywy są pewnym stylem kultury, wtapiającym się nierzadko w kulturę popularną. Ale działania te korzystają ze struktur nowoczesnych. Widzę na wsi skutki naszego wejścia do Unii Europejskiej. To zderzenie swojskiej bylejakości z wymogami pewnej „formy zewnętrznej”, która zaczyna nasycać się treściami lokalnymi. Np. obowiązkowy wywóz śmieci był szokiem dla wielu mieszkańców mojej wsi. Po co to, przecież wszystko i tak zgnije w rowie pod lasem.
W obliczu trendów globalizacyjnych wszyscy sądzili, że zostaniemy zupełnie wykorzenieni z lokalności. Otóż nie. Dokąd będziemy mieli piędź ziemi pod stopą, musimy żyć i działać lokalnie. Nie zostaniemy wykorzenieni, chyba że kiedyś naszym jedynym miejscem będzie adres w sieci.

Ludzie w sieci się nie rodzą

– W sieci dzieją się cuda. Ludzie randkują, grają, nie wychodzą stamtąd.
– Ale jeszcze się tam nie rodzą. Owszem, jest do wyobrażenia coś takiego, że nie muszę pójść do apteki, nie muszę iść po chleb, bo zamówię wszystko przez internet. Ale moim zdaniem, ta wersja kultury – społeczeństwa sieciowego, czy też człowieka sieciowego, korzysta z potężnego mitu nieuchronności życia w sieci. Jeszcze nie da się spacerować w internecie, oddychając świeżym powietrzem. Wciąż wydają mi się ważne idee spod znaku antropologii filozoficznej Heideggera mówiące o „zamieszkiwaniu”. Musimy mieć tę piędź ziemi pod stopą, dach nad głową. To zdaje się wciąż wyznaczać poczucie bytu i pion moralny.

– A w sieci nie ma bytu?
– W sieci nie odczuwa się sił ciążenia, a one obowiązują. Inaczej wygląda jazda wirtualnym samochodem, a inaczej prawdziwym. I uderzenie w drzewo. Na pewnej konferencji, wielce uczonej, wystąpiło dwoje młodych pracowników ASP i oni pokazywali, że żyją już wirtualnie, wręcz szybowali ponad dachami Warszawy, patrzyli sobie w niebo, które jest na ekranie, i nic „realnego” już ich nie interesowało. W tym momencie wyłączono prąd. Sala to powitała gromkim śmiechem. Koniec wirtualu! Być może jestem konserwatystą, ale tej piędzi ziemi pod stopą nie dam sobie wydrzeć. W końcu to, że jesteśmy cieleśni, to podstawa wytwarzania lokalności.

– Że jesteśmy wrośnięci w nasze otoczenie.
– To bardzo ważny motyw. Z tej lokalności wyrósł m.in. „Widnokrąg” Wiesława Myśliwskiego, filmy Kazimierza Kutza. Z głębokim przeświadczeniem robi dziś z lokalności literaturę Andrzej Stasiuk. On powiada, że cyrkiel stawia nie w Warszawie, ale tam, w Wołowcu, i „wykreśla swoją środkową Europę”. On z tego buduje książki. Z tych klimatów, zachodów słońca, uśmiechów ludzi w piwiarni, z tego nadąsania sklepikarki, z tej „pięknej senności” europejskiej prowincji. A Miłosz w „Rodzinnej Europie”? A Wańkowicz w „Szczenięcych latach”? Nie zabudujemy supermarketem wszystkiego.

Tajemnica drugiego świata

– Bo supermarket to fabryka – żebyśmy mogli kupić jak najwięcej. Pan w swej „Antropologii codzienności” zwrócił uwagę na to, że w supermarkecie się nie rozmawia. Tylko wkłada do koszyka. Współczesna cywilizacja nie lubi gadania. W supermarkecie się nie rozmawia. W barach McDonalda szybko się zjada i też się nie rozmawia, gdy jedziemy do pracy – milczymy. W tramwaju, w autobusie – jest cisza. Martwy wzrok. Człowiek sprowadzony jest do roli elementu w maszynie. A potem w telewizorze mu mówią, co jest dobre, co złe, co eleganckie, co brzydkie. Może więc stąd jest ta chęć ucieczki do prowincji jako do czegoś rzeczywistego?
– A wychynąwszy poza opłotki metropolii często trafiamy na bylejakość. Tę bylejakość polskiej wsi, prowincji. A trzeba ją zabudować czymś sensownym.

– Włącza się pan w to zabudowywanie?
– Uczymy naszych sąsiadów zachowań agrarnych. Nie da rady…

– A jak z estetyką?
– To zaczyna być estetyka zamieszkania trochę jak z żurnala. Zdumiewająca! Tu gnojowica, tam kolorowy płotek, a tu wyłożone kostką bauma miejsce, na którym stawia się parasol i krzesła do pogawędki.

– Białe, plastikowe?
– Na tym polega groteskowy obraz tamtego świata, ale nie potępiajmy go bezrefleksyjnie, gdyż ta groteskowość może być zarodkiem czegoś nowego, innego. Ale rzeczywiście, prawdopodobnie jest tak, że idea prowincji, idea „gdzie indziej”, jest rodzajem „przestawki geograficznej”, wyzwolenia się od naszego zracjonalizowanego świata, seryjnego, modułowego. Ale nawet w tych supermarketach, gdzie wszystko jest zracjonalizowane, wyliczone, jest sporo elementów magicznych, odwołań do czegoś, co nie da się zracjonalizować, co sprawia, że możemy odetchnąć od świata, który wygląda jak zegarek.

– Jaki jest ten element magiczny?
– Mówi się, że to jest smak, dajmy na to egzotycznej Arabii, a to swojska obfitość szlacheckiego stołu, naturalna prostota chłopskiego jadła. Albo że to jest zdrowe i pełne witamin. A że tutaj, w tym barze, to trzeba bywać…

– I my chętnie na taką przynętę dajemy się łapać?
– W człowieku istnieje stała potrzeba odwoływania się do czegoś, na co nie ma wpływu, co go przerasta. Tomasz Mann powiedział, że człowiek bez tajemnicy „drugiego świata” nie mógłby żyć. Bez tego „gdzieś”, gdzie nas nie ma. Motyw wyłamywania się z okoliczności jest motywem wkomponowanym w nasze działanie, to jest wyzwalanie się z przymusów fabrykowanej rzeczywistości, którą mamy we współczesnej kulturze konsumpcyjnej.

– A ta kultura ten motyw wykorzystuje.
– Jak najbardziej. To przecież kultura konsumpcyjna tworzy np. potężny przemysł turystyczny. To kultura konsumpcyjna tworzy tzw. szkoły przetrwania, turystykę ekstremalną. Moja magistrantka pisze pracę o turystyce ekstremalnej w Warszawie – np. odwiedza się wielkie składowiska śmieci, najbardziej podłe miejsca, zamiast Łazienek. Ludzie potrzebują inności.

Trwa karnawał

– Bo się nudzą. Nie ma wojen, głodu, powietrza. Ludzie z nudów szukają podniet.
– No tak. Chleba jest dosyć, więc rośnie popyt na igrzyska – zacytujmy klasyka. Coś takiego jest, i to się przyjęło nazywać karnawalizacją oraz estetyzacją rzeczywistości, programowym wtopieniem w naszą codzienność pierwiastka zabawowego czy pseudoestetycznego.

– Co to znaczy estetyzacja?
– Najprościej tłumacząc, może to być np. rodzaj polowania na klienta za pomocą estetyzujących sztuczek, wciągnięcia go w publiczny spektakl konsumpcji. Polowania totalnego, żeby musiał to oglądać, słyszeć, dotykać, żeby nie mógł przejść spokojnie ulicą. Żeby stworzyć iluzję pięknego świata, po to abym w tym pięknym świecie chciał być, abym szukał podniet, mnożył swoje potrzeby i satysfakcje. I żebym w tym celu kupował różne produkty. Wie pan… ja naprawdę w pewnym momencie bałem się wychodzić z domu, a mieszkam na Saskiej Kępie, bo bałem się, czy mnie w związku z ubiegłorocznym finisażem Stadionu Dziesięciolecia, a więc medialnym zgonem tego bazaru, nie zestetyzują, nie skarnawalizują, czy mnie do jakiegoś happeningu czy performance’u nie wciągną. Bo tak wygląda rzeczywistość. Jestem autorem hasła „zabawa” w Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN, więc raczej wiem, co mówię. Element ludyczny współokreśla styl naszej kultury, a najmocniej dzisiaj wyraża się w sporcie.

– W sumie – stare treści w nowej formie. Kiedyś też tak było, że po ciężkim tygodniu pracy przychodziła niedziela, a z nią festyny, jarmarki. A czasami dostojne święta, z procesją. Dziś też obchodzimy – 1 sierpnia, 15 sierpnia, 1 września, co chwilę jakieś święto patriotyczne.
– Mam trochę dosyć tej skarnawalizowanej polityki historycznej. Przeczytałem niedawno w „Gazecie Wyborczej” list Krzysztofa Śliwińskiego, który był w powstaniu, i który napisał, że w jego rocznicę nie wychodzi z domu. Bo nie może patrzeć na to, jak strywializowano tę rocznicę… Absolutnie jestem po jego stronie. Po prostu wszystko zostało zakupione, zakontraktowane, sprzedane, i ze wszystkiego będzie wkrótce komiks! Te inscenizacje, zabawy w wojnę, raczej omijam szerokim łukiem. Mówię to jako syn kombatanta, który nie chciałby sprzeniewierzyć się swoim przodkom, a ponadto jako współautor książki pt. „Partyzanckie twierdze”. Mówię to również jako ktoś, kto arystokratycznym gestem nie odrzuca kultury popularnej, ale uznaje jej humanistyczne partnerstwo. Tych różnych widowisk publicznych, gdzie z inscenizowanej zabawy chce się wykrzesać oficjalny, namaszczony patos, nie da się oglądać.

– Pewien aktor co roku przebiera się za Piłsudskiego, entuzjaści przebierają się za powstańców warszawskich…
– To jest karnawalizacja wciąż bardzo bliskiej nam historii, obliczona na obecność kamery telewizyjnej. Postępuje karnawalizacja polityki. Wyczyny Samoobrony, Marcinkiewicz i jego publiczny romans… Ten proces, nie tylko u nas, wydaje się nieodwracalny. Tylko że przed wiekami karnawał był jedną z alternatywnych rzeczywistości, którą się dopuszczało jako sezonowe odrodzenie porządku, gdzie nie ma władzy, nie ma poddanego, czyli było to cykliczne przypomnienie porządku naturalnego A teraz karnawał trwa. I się nie kończy, gdyż nie może się odnieść do czegokolwiek trwałego, bo niczego trwałego w gruncie rzeczy nie ma. Jesteśmy jakoś tam zdolni samookreślić się dziś przez to, kim byliśmy wczoraj, a nie przez to, że mamy jakiś twardy projekt życiowy. To są te lotne piaski pod stopami.

Heroicznie próbuję po swojemu…

– Czy my możemy się obronić przed tą kulturą konsumpcyjną? Może ucieczka w stronę prowincji jest jakąś próbą obrony?
– Można się obronić, np. oddając się kultowi prac ręcznych, zgodnie z formułą „zrób to sam”. Biorę więc motykę i uprawiam kawałek ogródka, mam narzędzia, robię sobie meble. Ale w tym momencie nie jestem kimś, kto musi być człowiekiem samowystarczalnym, naturalnym, uprawiam zatem pewną „sztuczność” i w najlepszym wypadku mogę poczuć się artystą.

– No tak, bo jest pan przez specjalistów od marketingu zakwalifikowany do grona majsterkowiczów. Więc już panu dostarczają – a to rewelacyjne bejce, na starych recepturach, a to narzędzia, a to pisma hobbystyczne. Oni już nad panem pracują.
– Oni mi już zaprojektowali, co ja z tego mogę złożyć! Jak klocki lego. Nasza kultura przypomina właśnie świat z klocków do składania. I to jest nieodwołalne. Ale ja heroicznie mogę próbować po swojemu. Bo to jest humanistycznie twórcze.

– Jak?
– Zapewne mamy w całej gminie największy ogródek kwiatowo-warzywny. Ogródki sąsiadów są malutkie. A ja z żoną – cztery razy większy niż przeciętny! Muszę kopać. Kupiłem więc świetny sprzęt, dobrych marek, już mi się to nie łamie, nie jeżdżę do kowala, żeby mi to spawał, jak to dawniej było. A pojechałbym, spędziłbym z pół dnia…

– Pogadałby pan, napił się.
– I jakoś by to na luzie było.

– Więc chyba wiem, czego nam najbardziej brakuje i za czym gonimy – luzu i swobody.
– Odrzucenia terminarza, wyłączenia telefonów, wyzwolenia się od całodobowego czuwania w internecie. Najważniejsze, żeby obronić się przed tą falą impulsów. Nasza kultura to napływające fale impulsów, na które należałoby zareagować. Otóż nie! Nie reagujmy! To jest wielki uwodzicielski świat.

Kultura autorytetów czy kultura idoli?

– Nie sposób przed tym uciec?
– Narasta potrzeba, a może tylko nadzieja na jakieś przesilenie, przełamanie dominacji tego typu kultury. Ale chyba najpierw musi nastąpić odbudowa wysp elitarności. To jest np. potrzeba wydawania pism naprawdę elitarnych, tworzenia różnych fundacji artystycznych, naukowych. Tworzenia punktów odniesienia. Nie po to, żeby sięgać po rząd dusz, ale żeby być oazą inności.

– To się uda?
– Jeżeli nastąpi powrót elit? Choć nie będzie powrotu elit w momencie, kiedy będą tracić znaczenie tygodniki opinii, periodyki artystyczne i społeczne. Bo media elektroniczne tej luki nie wypełnią. Ludzie ideotwórczy mogą przypominać dawnych pustelników, jakichś szalonych artystów, natchnionych wynalazców. Tak zresztą się dzieje. Takie sposoby bycia przystoją tym, którzy tworzą idee. I to jest podstawowe napięcie między wysepkami „kultury autorytetów” a potężnymi rozlewiskami „kultury celebrytów”. Otóż wyznawcy kultury idoli przypominają stado, oni muszą mieć przewodnika. Natomiast autorytet jest zawsze negocjowany. Ja nigdy ślepo nie obdarzę kogoś wiarą, bo on musi mnie wpierw przekonać. W „kulturze autorytetu” ważne są racje, a w „kulturze idoli” – emocje.

– No tak, tylko że media, zwłaszcza komercyjne, nakręcają właśnie emocje, jarmark, a unikają spokojnej dysputy.
– Nowe idee w masowych mediach nie mają szansy przebicia, stąd też potrzeba mediów publicznych, które mogą prezentować coś innego. Generowanie „inności” jako „nowości” jest zresztą fundamentem współczesnej kultury. Generalnie, wróżę powrót do historii. Zwrot do przeszłości, która będzie wyłaniać się jak wielka nieznana prowincja do zagospodarowania, a może tylko miejsce ekscytujących wycieczek.

– Zwrot?
– Gdzieś od drugiej połowy XVIII w. kultura europejska zwróciła się w stronę tego, „co będzie”. Aktualność, teraźniejszość budowała ze względu na cele ulokowane w przyszłości. Te cele organizowały społeczną wyobraźnię. A teraz być może nastąpi renesans myślenia o przeszłości, o jej wartościach. Łuk rozpięty między tym, „co było”, a tym, co wyobraźnia podsuwa nam jako „możliwe” w przyszłości, będzie coraz częściej wyznaczał sens naszego bytowania.

Prof. Roch Sulima, antropolog i historyk kultury, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego i Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, autor m.in. „Antropologii codzienności” i „Głosów tradycji”

Wydanie: 34/2009

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy