Mała butelka, duży problem

Mała butelka, duży problem

Małpka stała się hitem. Cena przystępna, a siła rażenia większa niż piwo

Byłam sprzedawczynią alkoholi. Kilka miesięcy temu w ramach wcieleniówki sprzedawałam w sklepach monopolowych w Warszawie. Niedługo, raptem cztery dni po kilka godzin. Wtedy właśnie odkryłam, jak wielkim powodzeniem cieszą się małpki – wódki w butelkach po 100 ml. A od koleżanek ekspedientek dowiedziałam się, że najbardziej chodliwe są – w tym akurat czasie – cytrynówki. Najbardziej pożądane małpki były pod ręką, czyli pod ladą, żeby co chwilę nie biegać do półki. Bo o te miniobjętości prosił co drugi klient. Ze zdziwieniem zauważyłam, że często kupujący małpkę wracał i powtarzał zamówienie. Nie rozumiałam, dlaczego nie kupił od razu pół litra. Ale z czasem pojęłam. To taki nowy styl życia.

Moje spostrzeżenie potwierdziło wykonane w ubiegłym roku badanie firmy Synergion „Dokąd płynie mała wódka”. Według niego codziennie Polacy kupują 3 mln 100- i 200-mililitrowych buteleczek wódki, z czego 1 mln przed południem. Czyli – dla części – przed rozpoczęciem pracy lub w jej trakcie. Przemysł spirytusowy obruszył się na takie wyniki. Twierdzi, że dziennie sprzedaje się o połowę mniej małych butelek. Nawet jeśli to prawda, wynik i tak jest imponujący.

Z małpką i psem

Firma Synergion zebrała dane ze 150 sklepów w całym kraju. Badanie zlecił i sfinansował Związek Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego. Producentów piw zaczął bowiem niepokoić wzrost zainteresowania napojami wysokoprocentowymi, co wpływa negatywnie na spożycie piwa. Chociaż w 2018 r. – jak wynika z badań Centrum Monitorowania Rynku – nadal w małych sklepach pierwsze miejsce wśród kupowanych alkoholi zajmowało piwo (51,6% sprzedaży), to za nim znalazła się wódka czysta (26,5% sprzedaży) i wódka smakowa (12,7%). Mimo wszystko wódki, czyste i smakowe, razem nie pobiły piwa.

Zdaniem firmy Synergion 28% transakcji zakupu wódek w małpkach, czyli w opakowaniach 100 i 200 ml, jest dokonywanych przed południem, po południu – 36%, a po godz. 18 – kolejne 36%. Największą grupę klientów stanowią pracownicy fizyczni, za nimi są osoby młode w wieku 20-25 lat, panowie na spacerze z psem, emeryci i młode kobiety.

Picie od rana do wieczora

Odwiedziłam kilkadziesiąt małych sklepów spożywczych i sklepów monopolowych w Warszawie. Zlokalizowanych w najbardziej elitarnych i najbardziej zapyziałych rejonach miasta. Nie było takiego, który w ofercie nie miałby wódki w butelkach po 100 i 200 ml. W tej chwili każda duża wytwórnia wódek oferuje co najmniej kilkanaście ich rodzajów rozlewanych do najmniejszych butelek. W sklepach małpki zajmują co najmniej jedną półtorametrową półkę, ale są i takie placówki, w których wypełniony jest nimi pokaźny regał.

Warszawski Gocławek w pobliżu stacji Olszynka Grochowska. Tu skromne domy i ubogie kamienice komunalne sąsiadują z nowymi willami i apartamentowcami. Codziennie setki mieszkańców zza torów kolejowych i ludzi z kwater pracowniczych przemieszczają się do zakładów pracy. Setki ludzi z podwarszawskich miejscowości wysiadają z pociągów, aby przesiąść się do autobusów. Taki szczególny punkt, gdzie bieda spotyka się z bogactwem. Nieduży sklep łączy oczekiwania wszystkich klientów, oferując towary podstawowe w przystępnych cenach, a obok nich luksusowe, jak choćby szynka prosciutto prosto z Włoch, którą tylko właścicielka potrafi pokroić na prawie przezroczyste plastry.

Sprzedawczyni potwierdza, że wódka w małpkach dobrze się sprzedaje. – Klienci przychodzą przez cały dzień – opowiada. – Sprzedaż wódki w małych opakowaniach zaczyna się właściwie od momentu otwarcia sklepu. Większość kupujących to mężczyźni, często pracownicy fizyczni. Niektórzy przychodzą dwa czy trzy razy dziennie. Nie wiem, gdzie piją alkohol. W każdym razie nie pod sklepem, bo my na to nie pozwalamy. Po godz. 18 sprzedaż setek jest mniejsza.

Martwię się, że nie będzie chętnych na małpki, bo dochodzi godz. 19. Ale po chwili wchodzi dwóch młodych mężczyzn. Jeden bierze piwo i setkę pigwówki, drugi też piwo i setkę cytrynówki. – Piwo i setka to stały zestaw, wielu mężczyzn tak właśnie kupuje – mówi ekspedientka. Młody mężczyzna. Kawałek swojskiej kiełbasy i małpka. Kolejny mężczyzna. Papierosy i małpka. Młoda Ukrainka nieufnie ogląda ziemniaki. W końcu decyduje się na zakup. Do tego małpka. Setka ląduje w torebce. Dlatego sprzedawcy mówią, że te buteleczki mają rozmiar kieszonkowy – w przypadku mężczyzn – albo torebkowy właśnie. I dodają, że cieszą się one tak dużą popularnością, bo cena ok. 5 zł jest przystępna, a siła rażenia znacznie większa niż piwa.

Gdzie piją? 85 damskich kroków od sklepu jest pusta działka. Wystarczy, by opróżnić butelkę. W dużej męskiej dłoni małpka chowa się całkowicie i nie widać, że delikwent pije alkohol. Można przypuszczać, że pociera nos. Na skraju działki porzucone puste buteleczki. Postanawiam przyjechać następnego dnia w momencie otwarcia sklepu, by namierzyć spragnionych. To jedyny sklep w okolicy otwierany o godz. 5.

Pierwsza klientka pojawia się 15 minut po otwarciu. Zakupy ma w damskiej torebce. Małpka? 5.30. Ze sklepu wychodzi mężczyzna. Dyskretnie pije na przystanku. Butelkę wyrzuca do kosza na śmieci. Ruch klientów coraz większy. Co chwila podjeżdża samochód. Co chwila też do sklepu zbliżają się mężczyźni: samotnie, w dwójkach, w kilkuosobowych grupach, bo właśnie wysiedli z pociągu. Dwóch akurat wyszło ze sklepu. Idą w kierunku pustej działki. Jeden pali papierosa, drugi pije z niewidocznej butelki. Szkło wyrzuca na trawnik. Dwóch następnych wychodzi ze sklepu i wsiada do samochodu. Ten zajmujący miejsce pasażera otwiera małpkę i pije, nie przejmując się tym, że ktoś może zauważyć. Codzienny poranek rodaków.

Milion na rauszu

Dr Andrzej Silczuk, kierownik Profilaktyki i Leczenia Uzależnień Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, najstarszej stołecznej placówki zajmującej się leczeniem alkoholików, nie chce rozmawiać o małpkach. Mówi, że nie ma stosownych badań wykonywanych przez naukowców, więc można by tylko domniemywać. Istniejący w instytucie Zakład Badań nad Alkoholizmem i Toksykomaniami nie ma takiego programu badawczego.

Krzysztof Brzózka z Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych uważa, że branża spirytusowa dostrzegła w pewnym momencie, że niezagospodarowanym segmentem klientów są kobiety. Najpierw ukłon w stronę kobiet zrobili browarnicy, którzy wypuścili na rynek piwa o smaku soków. Teraz przemysł piwowarski ma ogromne pretensje do spirytusowego, że wypuścił 100-mililitrowe opakowania, bo część kobiet kupuje małpki z wódkami smakowymi i likierami zamiast piwa. – Bardzo mnie to niepokoi, że do pracy idzie codziennie prawie milion osób pod wpływem alkoholu – mówi Brzózka. – Dwa czy trzy lata temu w Ministerstwie Zdrowia był taki projekt, żeby zakazać sprzedaży alkoholi w małych objętościach, ale ostatecznie nie przeszedł. Są organizowane przez przemysł spirytusowy czy piwowarski badania, o których oni mówią, że to badania naukowe. Na przykład według jednego z nich młodzież mieszkająca w miejscowości, gdzie są dwa browary, mniej się upija niż rówieśnicy.

Siła przebicia PARPA nie jest zbyt duża, choćby z powodu budżetu. Agencja ma ok. 4 mln zł, a branża spirytusowa na reklamy przeznacza 1,4 mld zł.

Na smuteczki łyk wódeczki

Przystań Psychologiczna to jedno z tych miejsc w Warszawie, w których osoba uzależniona może znaleźć pomoc. Jej współtwórcą i jednocześnie tamtejszym terapeutą jest psycholog Wojciech Tomaszewski. Twierdzi, że alkohole w butelkach o małych pojemnościach to nic nowego, były na rynku także przed wojną. Tylko że wtedy nazywano je pieskami. – Niektórzy mówią o alkoholu, że to cichy zabójca. Ja uważam, że to jeden z twardszych narkotyków, niewspółmiernie groźniejszy niż trawka – podkreśla Tomaszewski. – Skutki picia alkoholu to wypadki komunikacyjne, przestępstwa, zabójstwa, samobójstwa.

Czy wśród jego pacjentów są osoby, które wpadły w nałóg, bo zaczęły pić alkohol w małpkach, co wydawało się im niegroźne? – To tak nie działa – tłumaczy Tomaszewski. – Małpki nie są przyczyną uzależnienia, ale mogą je wzmacniać, podtrzymywać. Na pewno takie małe pojemności powodują, że łatwiej alkohol spożywać w przestrzeni miejskiej. Poza tym na małe objętości łatwiej uzbierać pieniądze w przypadku osób, dla których koszt pół litra jest zbyt wysoki. Jeśli chodzi o uzależnienie, nie ma też znaczenia, czy człowiek jest wykształcony, czy nie. Ważne jest to, w jaki sposób radzi sobie z emocjami. Ludzie po dniu pracy wracają do domu, nalewają sobie szklaneczkę whisky, wypijają i to ich relaksuje. Z czasem od tego się uzależniają i nie potrafią się relaksować w inny sposób. Albo mają jakieś proste fobie społeczne, które można przepracować z psychologiem i się ich pozbyć. A oni sięgają po alkohol i je zagłuszają.

Psycholog spotkał się z przypadkiem młodej kobiety, która bała się wyjść z domu, bo sądziła, że może jej się przydarzyć coś złego. Jej koleżanka mieszkała zaledwie 300 m dalej, ale żeby do niej pójść, kobieta musiała wypić piwo na odwagę. A potem u koleżanki też wypijała piwo, żeby wrócić do domu. – Nie przeżywała lęku, bo blokował go alkohol – mówi Tomaszewski. – Podobnie po alkohol sięgają ludzie, kiedy chcą zagłuszyć jakieś traumatyczne doświadczenie. Dlatego np. chłopak, którego rzuciła dziewczyna, przez tydzień się upija, żeby o tym nie myśleć. Mechanizm nałogowego regulowania uczuć jest taki: jeśli komuś jest smutno, źle, to kupuje flaszkę i wypija kieliszek.

Tomaszewski kilka lat temu był na spektaklu „Upiór w operze” w warszawskiej Romie. Towarzystwo eleganckie, panowie w garniturach. W antrakcie wszedł do toalety. A tam mężczyzna pił wódkę z 200-mililitrowej butelki. Był to zaskakujący widok. Ale Tomaszewski, psycholog pracujący z osobami uzależnionymi, doskonale to rozumiał. – Wiem, że istnieje coś takiego jak zespół odstawienny – mówi. – Osoba uzależniona musi wypić, żeby nie mieć efektu odstawiennego. To jest podobne zjawisko jak u kogoś, kto długo nic nie jadł, a forsował się fizycznie. Wtedy może nawet z głodu wystąpić trzęsionka. Tylko że w przypadku alkoholu ten efekt jest 10 albo i 100 razy mocniejszy. Kiedyś w sklepie, w którym alkohol stał na półkach, zobaczyłem mężczyznę, który podbiegł do półki, chwycił butelkę i szybko wypił parę łyków.

Małe buteleczki to nowy sposób konsumpcji alkoholu zastępujący biesiadowanie. Kiedyś robiło się zrzutkę na butelkę, potem rozlewało wódkę do kieliszków albo musztardówek, na trzy cztery wypijało, między jednym a drugim kieliszkiem zaś gadało. Między pijącymi istniała więc pewnego rodzaju wspólnota. Dziś, kiedy każdy ma swoją małpkę, to poczucie choćby chwilowej więzi znika. – Życie zmienia się od strony socjokulturowej: ludzie się alienują, atomizują, występuje egocentryzm, w następstwie tracimy zdolność tworzenia tkanki społecznej – uważa Tomaszewski. – Teraz każdy się śpieszy, ma coś do załatwienia, przestawiliśmy się na realizację celów. Nie mamy czasu, żeby porozmawiać. Zdarza się, że ludzie przychodzą do mnie nie po to, żeby przepracować problem, ale żeby pogadać.

Małpki dają poczucie, że picie to nic nagannego, pozwalają ukryć to zjawisko przed domownikami, przyjaciółmi, obcymi. Ale fakt jest taki, że w przeliczeniu na 100% alkoholu pijemy coraz więcej alkoholi wysokoprocentowych – w 2017 r. było to 3,3 litra na mieszkańca.

Fot. Wojciech Stróżyk/REPORTER

Wydanie: 16/2019

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy