Małe błędy w wielkiej sprawie

Małe błędy w wielkiej sprawie

Warszawa, 01.05.2019. Politycy SLD - przewodniczący Włodzimierz Czarzasty (L), sekretarz generalny SLD Marcin Kulasek (2P), Tadeusz Iwiński (P) podczas Pikniku Europejskiego, zorganizowanego 1 bm. na skwerze przy pomniku Ignacego Daszyńskiego z okazji Międzynarodowego Święta Pracy oraz 15. rocznicy przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. (cat) PAP/Leszek Szymański

Przeanalizowaliśmy wyniki wyborów. W kilku okręgach można było PiS ograć To wszyscy wiemy – PiS w nowym Sejmie będzie miało 235 posłów. Ale wcale tak nie musiało być. Opozycja mogła zdobyć kilka mandatów więcej, tak by PiS nie miało w tej Izbie większości. To nie było trudne. Dlaczego więc ich nie zdobyła? Warszawa – listy czyste jak kartka papieru Kiedy się patrzy na wyborcze wyniki, w oczy rzuca się największy okręg, warszawski, numer 19, liczący aż 20 mandatów. Składały się nań głosy mieszkańców stolicy oraz głosujących za granicą. W sumie w tym okręgu padło ponad 1,6 mln głosów, z czego ponad 300 tys. za granicą. Ostatecznie podział mandatów w Warszawie wyglądał tak: PO – dziewięć, PiS – sześć, Lewica – trzy, Konfederacja i PSL po jednym. Czy tak musiało być? Oczywiście, że nie. Lewica zanotowała w Warszawie bardzo dobry rezultat, zebrała 251 434 głosy, czyli 18,19%. Tymczasem uzyskała tylko trzy mandaty, czyli 15%. Do czwartego mandatu zabrakło jej zaledwie 1820 głosów. Co więcej, ten mandat zabrałaby Prawu i Sprawiedliwości. Pytanie zasadnicze: czy Lewica mogła zdobyć czwarty mandat w Warszawie? Odpowiedź jest oczywista – mogła i to bez większych starań. Wystarczyło tylko wpuścić na listę wyborczą jakąś popularną osobę, np. Monikę Jaruzelską albo Katarzynę Piekarską lub Danutę Waniek. Każda z nich cieszy się popularnością wśród wyborców SLD, każda miała (i ma) swój specyficzny elektorat. Jednak, jak wiemy, przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty podjął inną decyzję. O jej kulisach opowiadała w PRZEGLĄDZIE Monika Jaruzelska. Szefowi SLD zależało na takim wyczyszczeniu listy warszawskiej, by niezagrożony był mandat startującej z drugiego miejsca rzeczniczki Sojuszu Anny Marii Żukowskiej. Co lepsi kandydaci byli więc z tej listy wymazywani. Widząc, co się święci, Piekarska czmychnęła na listę Platformy (zdobyła tam z szóstego miejsca 8780 głosów), Waniek ostatecznie zrezygnowała ze startu, a Monika Jaruzelska… Tygodniami ją zwodzono, czy będzie na liście, czy nie. Ostatecznie dowiedziała się, że miejsca dla niej nie ma. Powalczyła więc o Senat jako niezależna kandydatka w Warszawie, w okręgu nr 43 i uzyskała 57 946 głosów, czyli 19,55%. To znakomity wynik. Kilka procent z tej sumy wystarczyłoby Lewicy na czwarty mandat w wyborach do Sejmu. Tak oto partyjna prywata zwyciężyła. I PiS może się cieszyć z mandatu, na który nie zasługiwało. Ale ten szósty mandat w Warszawie sprezentowała PiS również Platforma. Bo i tam doszło do skandalicznego układania list. A ofiarą prymitywnego, aparatczykowskiego myślenia, tym razem Grzegorza Schetyny, była Agata Diduszko-Zyglewska, radna m.st. Warszawy. Diduszko była przekonana, że Koalicja Obywatelska znajdzie dla niej miejsce na listach do Sejmu, zresztą to jej obiecywano. Dostała się wszak do Rady Warszawy z nienajlepszego miejsca i z okręgu, w którym miała raczej „pod górkę” – startowała z Bemowa, a mieszka i związana jest na co dzień z Powiślem. Ostatecznie zdobyła na Bemowie nieco ponad 4 tys. głosów i mandat radnej, mimo że nie była członkinią PO. Szanse na start do Sejmu wydawały się tym większe, że Koalicja Obywatelska miała rozszerzać swoje listy o społeczników i osoby spoza ścisłego środowiska partyjnego – szczególnie gdy od PO odpadły i PSL, i SLD, współtworzące wcześniej Koalicję Europejską. Pod koniec sierpnia, gdy ostatecznie zaklejano koperty z nazwiskami, okazało się, że w siedzibie Platformy przy ul. Wiejskiej z planowanych list PO-KO wykreślono Diduszko-Zyglewską. Decyzję miał podjąć sam Grzegorz Schetyna, uważający za ryzyko kandydatki zbyt niezależne i niezwiązane z PO. W tle zaś majaczyło widmo filmu Sekielskich i LGBT, które rzekomo pogrzebały kampanię Koalicji w eurowyborach. Diduszko-Zyglewska, która była współautorką (m.in. z posłanką Joanną Scheuring-Wielgus) „mapy kościelnej pedofilii”, była – jak prawie każda osoba o nieco tylko bardziej wysuniętych na lewo poglądach – postrzegana jako „zbyt nieprzedwidywalna”. Zamiast niej na listach znalazła się… Klaudia Jachira. Mieszkająca we Wrocławiu absolwentka szkoły aktorskiej, satyryczka i kandydatka Nowoczesnej Ryszarda Petru w poprzednich wyborach, stała się błyskawicznie bohaterką ogólnopolskich mediów, które pasjami pokazywały urywki z jej skeczy z kukłą przedstawiającą Kaczyńskiego. „Insynuowała »dostarczanie młodych mężczyzn« Kaczyńskiemu i współpracę z SB, parodiowała modlitwy. Trafiła na listy KO”, donosił portal

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2019, 44/2019

Kategorie: Kraj