Mam COVID. Co robić?

Mam COVID. Co robić?

Pamiętnik z izolacji: strach, bezradność, dziesiątki telefonów, godziny w kolejce

Zaczęło się od stanu podgorączkowego. – Nic takiego – mówiła mama – w końcu teraz co drugi jest chory. I rzeczywiście, gdziekolwiek poszłam: katar, kaszel, poszarzałe twarze. – To na pewno nie COVID, zwykły jesienny wirus – dodała. Przytakiwałam bez przekonania. – No bo gdzie mogłaś się zarazić tym cholerstwem?

Wysilałam pamięć. Może w tramwaju? Fakt, jeździłam codziennie, ale poręczy nie dotykałam. Sklep? Może i sklep. Gabinet akupunktury? Raczej nie, byłam tam w poniedziałek, dzisiaj czwartek, koronawirus tak szybko nie atakuje. – A co ci w końcu jest? – pytała dalej mama. – Stan podgorączkowy. – Tylko? – Tylko. Może trochę kaszlę, ale mało.

Po konsultacjach zapadł werdykt rodzinny: to nie COVID. Odetchnęłam z ulgą. Jednak następnego dnia poczułam dziwną apatię. Zostałam w domu, opatulona w koc. – Ja idę do pracy. Muszę – powiedział Mati. – Dopóki nie masz oczywistych objawów, będę chodził.

Po południu termometr wskazał 38 st. – Napędziłaś mi strachu – denerwował się Mati przez telefon. Z niedzielnego spotkania z kolegami zrezygnować nie chciał. – Skąd wiesz, że to to? Daj spokój.

Rodzina też uparcie twierdziła, że nic się nie dzieje. Pomyślałam, że może rzeczywiście przesadzam. W sobotę wieczorem pod prysznicem zorientowałam się, że żel nie pachnie. Wkrótce przestałam czuć smak.

A jednak COVID.

W niedzielę niczego załatwić nie można. Przychodnia nieczynna. Krzywa zachorowań zawsze spada w niedzielę i poniedziałek. Nie dlatego, że jest ich mniej. Po prostu ludzie nie dostają skierowań na test. – Trzeba czekać – poinformowała mnie kobieta z infolinii NFZ dla covidowców. Ona skierować na test nie może. Może tylko lekarz, ale to w poniedziałek.

W przypływie desperacji zaczęłam dzwonić do punktów pobrań widniejących na stronie rządowej. Jeden z podanych numerów nie istniał, reszta milczała.

W poniedziałek moja przychodnia zaczyna dyżur o godz. 7.30. Mimo kaszlu i dreszczy zaczęłam dzwonić. Za każdym razem to samo nagranie: „Twoje połączenie nie może zostać zrealizowane. Spróbuj ponownie później”. Po 40 minutach usłyszałam szorstkie „halo”. – Dzień dobry, chciałam się zapisać na teleporadę – wypaliłam jednym tchem. – A co się dzieje? – Podejrzewam COVID. – Jakie ma pani objawy? – zapytała niechętnie pielęgniarka. – Kaszel, gorączka, nie mam smaku ani węchu.

Ton głosu po drugiej stronie nagle się zmienił. Usłyszałam głębokie westchnienie, pytanie o moje samopoczucie i ubolewanie nad losem świata ogarniętego pandemią. Wyjaśniła się zagadka oczekiwania na połączenie. – Mamy zepsute telefony, nic nie słyszałam. Pani doktor zadzwoni dzisiaj między godz. 12 a 14. Proszę być przy komórce. Niech pani na siebie uważa – dodała troskliwie pielęgniarka. Czułam się jak przed rozmową o pracę.

Lekarka zadzwoniła po godz. 16. W internecie przeczytałam później, że to normalne, wszyscy dostają skierowania wieczorem, żeby przypadkiem nie zrobić testu od razu. Rozmowa była krótka. Brak smaku i węchu okazał się kluczowy. Bez tych objawów nie dostałabym skierowania. Lekarka poleciła wykonać wymaz jak najszybciej. Jeden z warszawskich punktów był czynny do 18. Pół godziny później byliśmy na miejscu.

Kolejka ciągnęła się wzdłuż chodnika, 30, może 40 osób. Marzliśmy na deszczu. Z każdą minutą czułam się gorzej. Facet za mną pomstował na rząd. Staliśmy ponad godzinę. Pobranie wymazu u jednej osoby zajmowało sześć-siedem minut. Zorientowałam się, że prawdopodobnie na swoją kolej się nie doczekam. Ale stałam dalej. Nie chciałam wierzyć, że zostawią tylu ludzi z niczym. Zostawili. Ktoś ubłagał pielęgniarkę, żeby przyjęli jeszcze jakąś starszą panią. Kobieta weszła do środka na drżących nogach. Obejrzałam się za siebie. Tłum. Niektórzy wykłócali się z pielęgniarkami. Ludziom puszczały nerwy. Młoda kobieta ze łzami w oczach prosiła o wymaz. Krzyczała, że nie ma z kim zostawić dziecka. Nikogo więcej nie przyjęto. Mati pociągnął mnie za rękaw. W samochodzie zdjęłam przemoczoną kurtkę, trzęsłam się z zimna. Miałam nadzieję, że nie dostanę zapalenia płuc.

We wtorek pojechaliśmy na Sadybę. Tym razem punkt drive-thru. Wygodniej, przede wszystkim cieplej. W internecie krążyła plotka, że w takich miejscach robią wymazy za pieniądze. Okazało się, że nie, test można wykonać za darmo. Jeżeli uda się dojechać. Dwie wąskie ulice prowadzące na teren przychodni były zupełnie nieprzejezdne. Nie wiadomo, gdzie kończyła się kolejka. Przez chwilę szukaliśmy. Potem zdaliśmy sobie sprawę, że będzie powtórka z wczoraj. Przed nami stało z 50 aut, może więcej. Punkt zamykali za dwie godziny. Nie mieliśmy szans.

W internecie znalazłam nowy punkt we Włochach. Czynny od 15. – Będziemy godzinę za wcześnie – narzekał Mati. Przynajmniej udało się zająć miejsce. Czwarte. Chorzy piesi kręcili się między samochodami. Nie wiadomo, czy ich przyjęto.

Pobranie wymazu było mało przyjemne. Przez chwilę miałam wrażenie, że pielęgniarz wyjmuje mi mózg przez nos. Po wszystkim dostałam informację o izolacji i numer do sprawdzenia wyników. Zapomniałam zapytać, kiedy będą. Odjechaliśmy z ulgą.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 46/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Jakub Kamiński/East News

Wydanie: 46/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy