Mamy siły i rezerwy

Mamy siły i rezerwy

Po 51. golu Lewandowskiego w biało-czerwonym trykocie wszyscy głęboko odetchnęli. Polacy jednak się nie zatrzymali

Trening na stadionie Parken obserwowałem wraz z moją żoną, Pauliną Chylewską. Po namowach dyrektora Polsatu ds. sportu Mariana Kmity po 21 latach odeszła z TVP i dołączyła do naszej ekipy. I niemal od razu dostała zadanie poprowadzenia studia do obu najbliższych meczów piłkarskiej reprezentacji. Dodam, że jako pierwsza kobieta w historii polskiej telewizji.

– Kobieta w studiu? To na pewno przyniesie pecha. Niech tylko Nawałka się o tym dowie! – mówił śmiertelnie poważnie Andrzej Janisz z Polskiego Radia, z którym od lat świetnie się rozumiemy i którego zawodowo bardzo cenię.

– No, Marian chyba oszalał. Znasz przecież przesądy Adama! – wtórował mu Janusz Basałaj, wprowadzając atmosferę niepokoju.

– Przestańcie, panowie – wtrącił się prezes Boniek. – Witamy na pokładzie! – dodał, zwracając się serdecznie do Pauliny. Tuż przed oficjalną konferencją równie ciepło przywitał się z nią zresztą sam Nawałka.

Wszystkich jednak ciekawiło, jak będziemy się do siebie zwracać w czasie transmisji. Jakimi słowami wywoła mnie na murawie Paulina, gdy będzie się ze mną łączyć ze studia? (…) Ustaliliśmy, że na wizji będziemy się po prostu zachowywać jak kolega i koleżanka z pracy – tak aby nie dać nikomu okazji do żadnych podtekstów. I chyba nam się udało. (…)

Obserwując trening, zastanawiałem się, czy w bramce znów zobaczymy Szczęsnego. Latem podpisał kontrakt z Juventusem, świadomie skazując się na bycie tylko – a w swoim mniemaniu aż – zmiennikiem wielkiego Gianluigiego Buffona. I postawił selekcjonera w niekomfortowej sytuacji.

– Chciałem iść do Juventusu i oni mnie chcieli. Wszystko kapitalnie się złożyło. Docenili moją grę w Romie i uznali, że będę najlepszym kandydatem na następcę Gigiego. Teraz mam go podglądać, uczyć się funkcjonowania w tak wielkim klubie, a w następnym sezonie, kiedy Buffon zakończy karierę, być gotowym zająć jego miejsce – tłumaczył mi na zgrupowaniu Szczęsny. – Juventus wybrałem z myślą o swojej przyszłości, a nie z myślą o mundialu. Nie mogę wszystkiego uzależniać od gry w reprezentacji. To może być zgubne. Przypomnij sobie, co wydarzyło się na Euro. Poszedłem na wypożyczenie do Romy, chcąc jak najlepiej przygotować się do występu w tym turnieju. Rok pracy i po jednym meczu było po wszystkim. Teraz podjąłem świadomą decyzję, która jest najlepsza dla mnie, dla rozwoju mojej kariery. Mam 27 lat, potrzebowałem stabilizacji i zarazem wyzwań. Klubu, dla którego walka o trofea jest obsesją. I wierzę, że niezależnie od liczby występów będę dobrze przygotowany do mundialu. Selekcjonera o swoich planach informowałem na bieżąco. Zaakceptował mój wybór.

Wojtek zaimponował mi tą szczerą deklaracją. Problem w tym, że od momentu podpisania umowy ze Starą Damą rozegrał w nowym klubie zaledwie 45 minut w towarzyskim meczu z Barceloną. W dodatku doznał kontuzji kostki i w kolejnych, ligowych spotkaniach na boisku już się nie pojawił. Dziennikarzy na zgrupowaniu zapewniał, że po urazie nie ma śladu. Ale w meczu z Danią ostatecznie nie zagrał – do bramki wrócił Fabiański. (…)

Teoretycznie taktykę Duńczyków mieliśmy podaną jak na tacy. Nawałka również zapewniał, że rywale są świetnie rozpracowani i wiemy wszystko o ich systemie gry. Milik zaś dodał, że nie interesuje nas, jak zagrają przeciwnicy, bo skupiamy się na sobie i naszej strategii na ten mecz.

Ta pewność siebie nas zgubiła. Pierwsze symptomy, że mentalnie nie osiągnęliśmy odpowiedniego poziomu, selekcjoner dostrzegł już na przedmeczowej rozgrzewce.

– Pamiętam, że jak wróciliśmy do szatni, trener od razu zwracał uwagę, żebyśmy się obudzili, bo ewidentnie coś jest nie tak. Przypominał, że mamy zacząć z przytupem. Ale pierwsze minuty pokazały, że z różnych powodów nie byliśmy w najlepszej dyspozycji. Bo to Duńczycy grali agresywnie. Zebrali jedną, drugą piłkę, oddali groźny strzał i nim się obejrzeliśmy, było 1:0 – wspominał początek meczu Fabiański.

Piłkarze Åge Hareidego od początku realizowali plan, który zapowiedział ich trener. Grali na tzw. chaos. Duński selekcjoner wiedział, że Polacy fatalnie czują się przeciwko takiej strategii. Długie podania w szesnastkę Fabiańskiego siały popłoch w naszej defensywie. Pazdan, Jędrzejczyk, a nawet Glik odbijali się momentami od Duńczyków jak od ściany. W dodatku przegrywaliśmy walkę w środkowej części boiska. Rywale z łatwością zdobywali teren, budowali akcje i stwarzali zagrożenie. (…)

– Nie wiem, co się z nami stało. Każdy z nas wyglądał słabo. Bo oczywiście może się zdarzyć, że dwóch, trzech zawodników gra w danym meczu gorzej, ale w Kopenhadze wszyscy byliśmy beznadziejni. Jeżeli 11 na 11 piłkarzy wygląda źle, to coś jest nie tak – tłumaczył Glik. (…)

– To była kompromitacja! Graliśmy „bez sztycha”, podejmowaliśmy złe decyzje – podsumował krótko Grosicki.

W drugiej połowie obraz naszej gry się nie zmienił. Polacy nadal wyglądali na przestraszonych i zagubionych. (…) Na Parken leżeliśmy na łopatkach. Rywal rozjechał nas jak buldożer. Po raz pierwszy za kadencji Nawałki przegraliśmy tak wysoko, straciliśmy aż cztery bramki.

Po kilku miesiącach od tamtego meczu Błaszczykowski próbował nieco inaczej spojrzeć na sprawę:

– Po prostu byliśmy słabszą drużyną niż Duńczycy. Nie jest powiedziane, że w następnym meczu nie będziemy od nich lepsi. Nie zapominajmy, że w Warszawie pokazaliśmy, że potrafimy z nimi grać i wygrywać.

Ale w ten chłodny wrześniowy wieczór po końcowym gwizdku piłkarze Nawałki schodzili do szatni jak zbite psy. Niemal od razu do wywiadu ustawił się Glik. Nie owijał w bawełnę. Przyznał, że taki zimny prysznic najwyraźniej był nam potrzebny. I że teraz musimy się skoncentrować na pozostałych meczach, bo margines błędu znacząco zmalał. Przeprosił kibiców i się oddalił. Na kolejną rozmowę przyszło mi czekać ponad godzinę. Okazało się, że w szatni doszło do gorącej dyskusji. Trzeba było szybko rozładować pomeczowe napięcie, bo czasu do spotkania z Kazachstanem pozostało niewiele. Co więcej, nagle urosło ono do rangi tego najważniejszego, które musimy wygrać. (…)

Ta porażka uwypukliła, jak bardzo potrzebujemy Krychowiaka w formie. Silnego faceta w środku pola, który nie pozwoliłby Duńczykom tak dominować. Ochroniłby Zielińskiego. Ale Grzesiek dopiero wyrwał się z paryskiej klatki na wypożyczenie do West Bromwich Albion. Kopenhaską masakrę oglądał w telewizji. (…)

Nad ekipą Nawałki zamigało światełko alarmowe, sygnalizujące, że jeszcze nie wygraliśmy tych eliminacji, a kluczowe mecze dopiero przed nami. Najważniejsza w tym momencie była odbudowa mentalna zespołu i powrót na odpowiednie tory. (…)

Wyciągnięcie wniosków z tego, co wydarzyło się w Kopenhadze, było więc kluczowe dla naszych dalszych losów w tych eliminacjach. Ale czasu na lizanie ran mieliśmy jak na lekarstwo. Ostatni gwizdek na Parken od pierwszego na PGE Narodowym dzieliły niespełna 72 godziny. Na szczęście nadal byliśmy panami swojego losu. Zwycięstwo z Kazachstanem gwarantowało nam pozostanie na fotelu lidera z niewielką, ale bezpieczną przewagą nad Danią i Czarnogórą. Kolejna wpadka i strata punktów mogły jednak bardzo skomplikować sytuację w grupie przed decydującą fazą eliminacji. Dlatego na Kazachów wyszliśmy z dwójką napastników. Wróciliśmy do klasycznego ustawienia z Milikiem i Lewandowskim, zwiększając siłę rażenia. Dla Arka był to długo wyczekiwany powrót do wyjściowej jedenastki. Ale zmian w naszym składzie było więcej. Nawałka znów wielu zaskoczył, nawet samych piłkarzy. Na boisku pojawili się Maciejowie: Rybus i debiutant Makuszewski. (…)

Właśnie po akcji Rybusa, Makuszewskiego i Kamila Grosickiego już w dziesiątej minucie i 18. sekundzie objęliśmy jakże istotne dla dalszego przebiegu tej rywalizacji prowadzenie. (…)

Mimo pełnej kontroli nad przebiegiem spotkania i kilku dogodnych sytuacji drugą bramkę zdobyliśmy dopiero na kwadrans przed końcem meczu. (…) Z rzutu rożnego dośrodkował Zieliński, a w polu karnym, jak zwykle w powietrzu, nie do zatrzymania okazał się Glik. Uderzył głową w samo okienko i było 2:0! W europejskich eliminacjach nie było drugiej drużyny tak skutecznej w tym elemencie. Aż 12 z 28 goli nasza reprezentacja strzeliła po rzutach rożnych, wolnych i karnych. (…)

Rywali z rzutu karnego dobił Lewandowski. Znów uderzył pewnie, niezwykle precyzyjnie, nie do obrony. Niby na dwa tempa, ale bez ewidentnego zatrzymywania się przed strzałem. I choć bramkarze rywali doskonale wiedzą o jego umiejętnościach, nie potrafią znaleźć na Lewego sposobu. Do końca eliminacji Robert wykorzystał 31 z 34 rzutów karnych w swojej karierze. To pokazuje, jaką maszyną jest w tym elemencie. Wygraliśmy 3:0 i w spokoju mogliśmy oczekiwać na finał eliminacji. (…)

Dzięki tej wygranej została również zdjęta klątwa kobiety w studiu, która miała nam przynieść pecha w Kopenhadze. Paulina, znów pełniąca funkcję gospodarza, rzeczywiście odetchnęła, bo uszczypliwości po przegranej w Danii było co niemiara.

– Ale do Armenii niech lepiej nie leci! – żartował niedający za wygraną Andrzej Janisz.

No i nie poleciała. Została w kraju, aby poprowadzić studio w Warszawie. (…)

Kibice idący na PGE Narodowy nie mieli wątpliwości. W dłoniach nieśli olbrzymie tekturowe bilety na mundial w Rosji. W zwycięskim składzie z Erywania Nawałka dokonał tylko jednej korekty. Za Linettego wskoczył Mączyński.

Mecz z Czarnogórą był klasycznym piłkarskim dreszczowcem, który dostarczył wszystkim niesamowitych emocji, a sztabowi mnóstwo materiału do analizy. W zasadzie wystarczy skupić się na zdobytych i straconych bramkach. Każda z nich sporo mówi o grze i mankamentach naszej reprezentacji w tym decydującym, kończącym eliminacje pojedynku.

Pierwszy gol dla Biało-Czerwonych miał swój początek w bocznej strefie boiska. Dobrze przesunęliśmy się w kierunku piłki i rywale znaleźli się w potrzasku. Najpierw agresywny doskok Pazdana, a potem praca Lewandowskiego spowodowały odbiór piłki, którą przejął Mączyński. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Moment przechwytu był sygnałem dla Piszczka, aby włączyć się do akcji ofensywnej. Dla pozostałych – aby ruszyć do szesnastki. Przerzut piłki na prawą stronę, zgodnie z wypracowanymi schematami, otworzył Łukaszowi przestrzeń i dał czas do dokładnego zagrania w pole karne. Inteligentnie na linii 16 m ustawił się Zieliński, jego kiks zaś przytomnie wykorzystał Mączyński, dając nam szybkie prowadzenie. Co warte podkreślenia (i charakterystyczne dla ofensywnej strategii Nawałki), to fakt, że w momencie finalizacji akcji w polu karnym rywala mieliśmy aż pięciu zawodników.

Drugi gol to efekt cierpliwie rozgrywanego przez nasz zespół ataku pozycyjnego. Akcję od bramki rozpoczął Szczęsny. Następnie piłka krążyła pomiędzy pomocnikami i obrońcami, z prawej do lewej strony i z powrotem. Skupieni na swojej połowie Czarnogórcy tylko się temu przyglądali. Aż do momentu kiedy Piszczek, nie przyjmując piłki, od razu zagrał ją do wyżej ustawionego Zielińskiego. To jedno podanie na tyle zdynamizowało akcję, że rywale nie zdążyli się odpowiednio przesunąć. Z kolei Piotrek mimo agresywnych ataków trzech Czarnogórców utrzymał się przy piłce i zagrał prostopadle do Lewandowskiego. Ten idealnie wyłożył futbolówkę do nadbiegającego Turbo Grosika, a Kamil celnym strzałem zakończył misternie skonstruowaną kombinację.

– Aż 29 podań wymieniliśmy w tej akcji! – chwalił się Grosicki.

Byliśmy w posiadaniu piłki przez 87,58 sekundy. Kluczowe w końcowej fazie akcji były odległości pomiędzy Zielińskim, Lewandowskim i Grosickim, którzy w polu karnym stworzyli tzw. trójkąt. Na przerwę schodziliśmy z dwubramkowym prowadzeniem. Ani na stadionie, ani przed telewizorami nikt chyba nie przypuszczał, że tak łatwo roztrwonimy tę przewagę. (…) Na drugą połowę wyszliśmy zbyt pewni siebie. Myślami byliśmy już na mundialu w Rosji. W dodatku z powodu urazu kolana na boisko nie wrócił Piszczek, którego zastąpił Rybus, zamieniając się miejscami z Bereszyńskim. I powoli oddawaliśmy inicjatywę. A goście czuli się coraz pewniej i w końcu nadeszły cztery minuty, które wstrząsnęły PGE Narodowym.

Pierwszą bramkę straciliśmy po rzucie rożnym. Po nieudolnym wybiciu piłki przez Krychowiaka zabrakło odpowiedniej reakcji kilku naszych piłkarzy. Do głowy ze znacznie wyższym rywalem tuż przy linii końcowej skakał tylko Mączyński. Nie dał rady, a po chwili, mimo liczebnej przewagi Biało-Czerwonych w polu karnym, przewrotką uderzył na bramkę Mugoša. Szczęsny nie miał szans. W powtórce widać, jak w momencie uderzenia plecami do strzelającego odwrócił się Zieliński, który ewidentnie wystraszył się, że zostanie kopnięty. Kolejny raz w tych eliminacjach straciliśmy bramkę po stałym fragmencie.

Nawałka widział zagrożenie, ale nie zdążył wstrząsnąć zespołem. I za chwilę było już 2:2! Wyrównująca bramka miała początek po wyrzucie z autu. A więc w sytuacji, w której można skorygować ustawienie, przesunąć się względem rywala, poprawić krycie. Zamiast tego nastąpił totalny paraliż. Po wznowieniu gry Janković szybko ominął bardzo pasywnych w odbiorze piłki Grosickiego i Bereszyńskiego. A po zagraniu w pole karne wszyscy skupili uwagę na piłce i dryblującym z nią przy nodze Bećiraju, tracąc z oczu rywali stojących tuż przed linią 16. metra, w tym strzelca bramki Tomaševicia. I na reakcję było już za późno. Po raz drugi mimo naszej ogromnej liczebnej przewagi wystarczyło dwóch Czarnogórców, żebyśmy stracili gola. Zabrakło komunikacji i odpowiedniego przesunięcia. Na naszej ławce oraz na trybunach zapanowały szok i konsternacja.

– Gorąco mi się zrobiło, jak straciliśmy tę drugą bramkę! – przyznał Grosicki.

Z naszej ławki w moim kierunku zaczęli się wychylać rezerwowi piłkarze. Wiedzieli, że śledzę drugie spotkanie, i nerwowo dopytywali o wynik. Jak zaczarowany siedział Fabiański.

– Różne czarne myśli zaczęły mi przelatywać przez głowę. Kurczę, żeby coś takiego nam się teraz przydarzyło? Nie, to niemożliwe!

– Dwubramkowe prowadzenie powinno zapewnić nam spokój. A jednak nie po raz pierwszy w tych eliminacjach straciliśmy czujność i na nasze własne życzenie zrobiło się nieciekawie – wspominał tę sytuację przebywający wówczas na boisku Pazdan.

W Kopenhadze Dania prowadziła z Rumunią 1:0, a nam zaczynał się palić grunt pod nogami. I wtedy piłkarzy poderwali kibice. Cały PGE Narodowy wstał i z trybun popłynęło głośne: „Jesteśmy z wami!”. Aż przeszły mnie ciarki. Odpowiedź naszego zespołu była piorunująca. Rywale wznawiali grę z autu, i to na naszej połowie, a my błyskawicznie wyszliśmy trójką piłkarzy ze średniego pressingu i skierowaliśmy się wyżej. Na atak Lewandowskiego szybko zareagowali Zieliński z Błaszczykowskim i zmusiliśmy gości do wycofania piłki pod własną bramkę. Sprowokowaliśmy do błędu Mijuškovicia, a nasz kapitan kapitalnie przewidział jego zachowanie. Ruszył na piłkę i uprzedzając wychodzącego z bramki Petkovicia, zdobył kluczową bramkę. Od straty wyrównującego gola upłynęły niespełna trzy minuty!

– Powiem szczerze. Może przez dwie, trzy sekundy przeszły mi przez głowę najgorsze myśli. Ale na szczęście bardzo szybko strzeliliśmy bramkę na 3:2 i wtedy odzyskałem spokój. Wiedziałem, że już nic złego w tym meczu nam się nie stanie – wspominał Glik.

– Będąc na boisku, nie analizujesz tego, co się może wydarzyć. Nie ma na to czasu. Ale rzeczywiście dzięki tej bramce odzyskaliśmy prowadzenie, równowagę i pewność siebie – oceniał Pazdan.

Po 51. golu Roberta w biało-czerwonym trykocie wszyscy głęboko odetchnęli. Polacy się jednak nie zatrzymali. Poczuli krew i chcieli dobić ranne zwierzę, zanim znów stanie do walki. Ponownie zmusili rywala do błędu i po szybkiej akcji skrzydłem Grosickiego oraz podaniu Błaszczykowskiego piłkę do własnej bramki skierował Stojković. Na zegarze wybiła 87. minuta, a my prowadziliśmy 4:2.

– W końcówce pokazaliśmy, że jesteśmy naprawdę silną reprezentacją. Zdobyliśmy trzecią bramkę, czwartą i jeszcze mieliśmy dwie sytuacje do strzelenia kolejnych goli – podkreślał Grosicki.

I rzeczywiście. Najpierw w poprzeczkę trafił Zieliński, a po chwili doskonałą okazję sam na sam z bramkarzem zmarnował Makuszewski.

– Końcówka meczu pokazała, ile sił w nas jeszcze drzemie, jakie mamy rezerwy – dodał Błaszczykowski. – Od razu po bramce na 2:2 potrafiliśmy zareagować i odzyskać prowadzenie. I strzelić kolejnego gola. To pokazuje, jaki mamy potencjał.

Kiedy wybrzmiał ostatni gwizdek, PGE Narodowy wręcz eksplodował z radości. Dawka emocji, jaką tego wieczoru zaaplikowali kibicom nasi piłkarze, była kosmiczna. Zawodnicy tańczyli na murawie w koszulkach „POLSKA DAWAJ – 2018”, a my mogliśmy powoli zacząć podsumowywać eliminacje.

Z dziesięciu rozegranych spotkań wygraliśmy osiem. Zremisowaliśmy na starcie z Kazachstanem i przegraliśmy z Danią.

Fragmenty książki Marcina Feddka Dekalog Nawałki, SQN, Kraków 2018

Fot. materiały wydawnictwa

Wydanie: 25/2018

Kategorie: Sport

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy