W marcu królował żywioł

W marcu królował żywioł

Wydarzenia marcowe już drugiego dnia nie były sterowane, nie stali na ich czele żadni komandosi, bo oni wszyscy byli w więzieniach

Karol ModzelewskiAndrzej Werblan

AW: Nie znam dokumentów, z których by wynikało, że bezpieka Marca się spodziewała.

KM: Ona nie miała instrumentów, żeby to ocenić.

AW: Rozruchów nikt w KC się nie spodziewał mimo zwołania wiecu. Ja byłem kierownikiem Wydziału Nauki KC, powinienem był na ten temat dość dużo wiedzieć. Ale byłem na jakiejś międzynarodowej naradzie, bo mnie zatrudniano wtedy do różnych działań w międzynarodowym ruchu komunistycznym. Z różnych powodów. Ja, po pierwsze, znałem języki, po drugie znałem dość dobrze tę marksistowsko-leninowską teologię. Więc mogłem w tym międzynarodowym towarzystwie dość swobodnie się obracać. Byłem jak raz w Budapeszcie na tygodniowej nasiadówce, bo szykowała się światowa narada partii komunistycznych, która odbyła się dwa lata później. 6 marca wieczorem wróciłem z Budapesztu. 7 marca dowiedziałem się, że ma być wiec z powodu Michnika i Szlajfera na uniwersytecie. Zenka Wróblewskiego – mojego zastępcę – zapytałem, co wy robicie? Ano – usłyszałem – Komitet Warszawski szykuje trochę aktywu robotniczego. Pytam: w jakim celu? Ażeby nie dopuścić do wyjścia wiecu poza teren uniwersytetu. Taką informacją dysponowałem.

KM: A Gomułka jaką informacją dysponował? On też był za granicą.

On był na naradzie Doradczego Komitetu Politycznego Układu Warszawskiego w Sofii. Razem z nim byli Kliszko, Cyrankiewicz i Spychalski. W tym czasie w Warszawie decyzje zapadały między Moczarem i Kępą.
AW: Gomułka wrócił z Bułgarii 7 marca wieczorem.

KM: Jaką miał informację?

AW: Tego nie wiem. Przypuszczam, że taką samą jak ja.

KM: Panie profesorze. To jest najkrótsza, miażdżąca recenzja funkcjonowania tej władzy.

AW: Tak to było. Gomułka był zaskoczony rozruchami.

KM: Nie uważa pan, że to była samowolka Moczara? Doprowadzenie do takiej sytuacji? Że pana nie poinformował, co zamierza zrobić, to rozumiem. Ale jeżeli Gomułki nie poinformowali…

AW: Bo oni to traktowali jako aktyw robotniczy.

KM: Najpierw aktyw robotniczy, ale potem wprowadzili normalne ZOMO. I to ZOMO polowało na studentów.

AW: Oni twierdzili, że wprowadzili ZOMO, kiedy tłum próbował wyjść z dziedzińca Uniwersytetu.

KM: Nieprawda. Tłum się schował do budynków, a ZOMO polowało na studentów na terenie uniwersytetu. ZOMO wypchnęło część ludzi uciekających z uniwersytetu, którzy zaczęli się chronić w kościele św. Krzyża.

AW: Nie wykluczam, że to była samowolka Moczara.

KM: A samowolka jest czym, jak nie rodzajem prowokacji? Przypuszczam, że on chciał, żeby fajczyło bardziej, niż musiało.

AW: Przypuszczam, że nawet jeśli nie chciał, to wykorzystał sytuację.

Moczar chciał mieć sukces.
AW: Sukces personalny. Chciał pognębić tych, których zwalczał.

KM: Chciał wysadzić z siodła Gomułkę?

AW: Wtedy nie. Chciał obudować Gomułkę swoimi wpływami i chciał z tych działów – kultura, nauka, prasa – wypchnąć to, co było pozostałością układu popaździernikowego. Rozruchów władza się nie spodziewała. Ci, co – w rozumieniu policyjnym – je zorganizowali, też się ich nie spodziewali.

Raczkująca opozycja odniosła wielki, niespodziewany sukces. Tylko go opijać.
KM: W więzieniu? Już od drugiego dnia wydarzeń one nie były sterowane, nie stali na ich czele żadni komandosi, bo oni wszyscy byli w więzieniach.

Królował żywioł?
AW: Tak, to były spontaniczne ruchy.

KM: Wyłaniały się kolejne ekipy. Była formalna organizacja, wyłaniano komitety delegatów wydziałowych. Czasem to byli ludzie, którzy znali jakichś komandosów, ale na ogół nie. To była spontaniczna emanacja środowiska studenckiego. To samo działo się na innych uczelniach, gdzie w ogóle nie mieliśmy nikogo.

AW: Ruch nabrał spontanicznego rozmachu i zaczął się sam organizować. Muszę powiedzieć tak, jak patrzyłem na to wtedy, że mi się to wydawało szczególnie niebezpieczne.

KM: Ładunek wybuchowego materiału był ogromny.

AW: Trudny do kontrolowania przez kogokolwiek. Uważałem to za bardzo niebezpieczne dla kraju. Byłem przekonany, że trzeba go spacyfikować. Bez rozlewu krwi. Dlatego że każde starcie, które przyniosłoby ofiary, miałoby już konsekwencje ogromne. Tak myślano szerzej – że jak się to w Polsce rozleje na taką poważną ruchawkę, nie tylko studencką, to skończy się radzieckimi. Dobrze znaliśmy Rosjan, ich sposób myślenia. Oni nie dopuszczali myśli, że tu się dzieje coś spontanicznie.

KM: Jeżeli nie dopuszczali myśli, że to się dzieje spontanicznie, to znaczy, że przypisywali to frakcjom w partii?

AW: Tak.

KM: Moczarowi czy puławianom?

AW: Wtedy – puławianom. Moczarowców bali się z innego powodu – oni mieli już kłopoty z Ceauşescu. Więc bali się, że moczarowcy, jeśli przejmą władzę w Polsce, będą chcieli wykorzystać klimat międzynarodowy.

W jaki sposób?
AW: Oni podejrzewali cały czas Ceauşescu, że chce wykorzystać klimat międzynarodowy, żeby uzyskać coś od tego zachodniego imperializmu.

Oni to panu mówili na spotkaniach?
AW: Nie dosłownie, ale dawali do zrozumienia. Jak się z nimi miało bez przerwy do czynienia, jak się słyszało, jak oceniają Rumunów, Węgrów, jak patrzą na Polskę, na przykład na Klub Krzywego Koła. Im się to wszystko rysowało jako swego rodzaju spiski, za którymi ktoś stoi.

KM: Ktoś w partii?

AW: Tak. Oni byli przyzwyczajeni do tego, że bez poparcia jakichś sił w partii nic poważnego w kraju nie może się dziać. Zresztą – oni też manipulowali! Przecież mieli kontakty z sekretarzami wojewódzkimi, z jednymi lepsze, z drugimi gorsze. Natolińczycy szukali u nich poparcia w pewnym okresie. Nie miałem wtedy żadnej wątpliwości, że jeśli to wymknie się spod kontroli, to oni nie będą mieli skrupułów.

KM: A w jaki sposób to mogłoby się wymknąć spod kontroli?

AW: Gdyby to wszystko przekształciło się w ruchawkę z ofiarami, to wtedy już nikt by nad tym nie panował.

KM: Jakby Moczar chciał, toby się przekształciło w ruchawkę z ofiarami.

AW: On chyba tego nie chciał. Przypuszczam, że on nawet nie chciał takiej ruchawki, jaka była. Chciał nieco mniejszej. Takiej, którą można byłoby wykorzystać w rozgrywkach. Taką, żeby wołać – nie radzą sobie, oto, do czego doprowadza liberalizm, oto, do czego doprowadza
tolerowanie na różnych stanowiskach towarzyszy, którzy mają krewnych na Zachodzie, których dzieci to organizacja jakichś komandosów czy raczkujących rewizjonistów! To mu wystarczało!

A poszło dalej…
AW: Opowiem panom o jednym wydarzeniu, którego byłem w pewnym sensie bezpośrednim świadkiem, które dobrze charakteryzuje tamtą sytuację. Mianowicie – był strajk na Politechnice Warszawskiej. To był już ostatni akord ruchu marcowego, ale potężny. Tam było na studiach dziennych 12 tys. studentów. A w strajku okupacyjnym brało udział chyba z 7 tys. albo i więcej, oni byli wszyscy wewnątrz tego gmachu, obwieszonego różnymi transparentami. A w tym czasie w Dreźnie odbywała się narada kierownictw krajów socjalistycznych, związana z Czechosłowacją. Wyjechali na nią Cyrankiewicz, Gomułka i Rapacki.

Oni byli tam, a tu był strajk…
AW: I zaczął awanturę robić Kliszko, że trzeba zlikwidować ten strajk, zanim Wiesław wróci. Bo on się go bał tak, jak ptak węża. Wiesław potrafił swoich bliskich współpracowników mieszać z błotem, miał o nich dość kiepską opinię. I z jednej strony Kliszce bardzo ufał, ale też potrafił przy wszystkich przerwać mu w pół słowa i powiedzieć: słuchaj Zenek, ty byś lepiej milczał, niż plótł od rzeczy.

KM: Upokarzał go.

AW: W pewnym sensie tak. Więc Kliszko był przerażony strajkiem, tym, co się dzieje. Zanim Wiesław wróci, koniecznie trzeba to zlikwidować! – wołał. I naciskał na Moczara, żeby to rozpędził. A Moczar się bał. Bo zdawał sobie sprawę, i my wszyscy zdawaliśmy sobie z tego sprawę bardziej niż Moczar, że tam jest parę tysięcy rozemocjonowanych młodych ludzi.

Mieliście dobre informacje z politechniki?
AW: Mieliśmy bez przerwy kontakt z rektorem. Tam nawet było dwóch rektorów – aktualny wtedy Dionizy Smoleński i poprzedni Jerzy Bukowski, oni bez przerwy pertraktowali z komitetami strajkowymi. Te komitety zmieniały się co dwie-trzy godziny, bo tam trwał ciągły wiec, ciągle oskarżano komitety o zdradę, że paktują, obalano stary, powoływano drugi, potem kolejny itd. Wiedzieliśmy, co się dzieje, znaliśmy atmosferę. Gmach politechniki ma taką konstrukcję, że gdyby tam weszła milicja i zaczęto by ciężkie sprzęty zrzucać z góry, to byłaby masa ofiar. Poza tym tamta milicja w ogóle nie była przystosowana do takich działań. Na szczęście zdążyliśmy przekonać Kliszkę, że trzeba politechnikę spacyfikować, ale bez użycia siły. Moczar wtedy zaproponował taką rzecz – otóż bezpieczniacy dowiedzieli się, że studenci podsłuchują radiowozy. Więc – mówił Moczar – będziemy robić ruch, będziemy udawać, że my się szykujemy, będziemy rozmawiać między radiowozami – że taka kolumna posuwa się tu, taka tam, niech oni słuchają.

KM: Wojna psychologiczna.

AW: A równocześnie ci rektorzy prowadzili ze studentami rozmowy, Bóg wie co obiecując, żeby oni zakończyli ten strajk. Po prostu, baliśmy się jak ognia, że jakiś wariat wymusi wreszcie użycie siły. Na początek udało się studentów namówić na to, żeby po południu, na drugi dzień strajku, dziewczyny wyszły z politechniki. Podstawiono autobusy i dziewczyny odjechały. Zostali sami chłopcy. W nastroju do walki. I wtedy poprzedni rektor, bezpartyjny, Jerzy Bukowski podjął się zadania – że on pójdzie do strajkujących i ich przekona. Długo z nimi pertraktował, wreszcie doszło do dyskusji na temat gwarancji bezpieczeństwa. Udzielił im solennego zapewnienia, że taką gwarancję mają, ściągnął warszawskiego prokuratora, który też udzielił zapewnienia. Mieli zagwarantowane, że spokojnie mogą przejść do Mikrusa i do Riwiery, do dwóch pobliskich domów akademickich. Studenci o godz. 3 w nocy zaczęli opuszczać politechnikę. Na czele szli aktualny i były rektor, obok niego prokurator. Za nimi studenci, szeregiem. Ja na to patrzyłem. Wjechałem samochodem w ul. Śniadeckich, tam zaparkowałem, żeby zobaczyć, jak to będzie wyglądać. Tam było co najmniej 4 tys. ludzi. I szli, i szli, i wychodzili z tej politechniki. Długo to trwało. I na koniec szedł taki chłopaczyna. Ostatni. W czapeczce korporanckiej. Nagle zatrzymał się, obejrzał się na tę politechnikę, rzucił tę czapkę o ziemię i poszedł. To był ostatni chętny jeszcze do strajkowania.

Odetchnął pan?
AW: Oczywiście. Były przecież duże naciski ze strony wpływowych ludzi, to byli i Kliszko, i Loga-Sowiński, oni nie kryli się z tym, że trzeba to siłą zlikwidować. Nacisk był taki, że w pewnym momencie, gdzieś sześć godzin przed końcem, o 9 wieczór, kiedy telefony Kliszki do Kępy, do Moczara stały się natarczywe i on ciągle pytał, kiedy wy to skończycie, nie wytrzymałem i Józkowi Kępie powiedziałem: słuchaj – ja mogę wam troszkę pomóc. Ja pójdę i go upiję.

Kliszkę?
AW: Tak. On chorował już na Parkinsona i dostawał drżenia rąk. Lekarze przepisali mu na to valium, teraz tego się nie używa. A ja zauważyłem parę miesięcy wcześniej, na Węgrzech, kiedy byliśmy na jakiejś konferencji, że gdy on, biorąc ten lek, nieostrożnie napije się alkoholu, skutki są zwielokrotnione. Znałem to zresztą z własnego doświadczenia też. Rok wcześniej rzucałem palenie. I lekarz, który chciał mi pomóc, poradził, żebym przez parę tygodni brał to valium, ale ostrzegł mnie przed alkoholem. Bo po kieliszku wódki będzie pan wyglądać, jakby pan wypił ćwiartkę, a po dwóch kieliszkach – jak po pół litra. Ponieważ wiedziałem, że tak z Kliszką jest, to powiedziałem Kępie: pójdę i popróbuję go upić, on jest zdenerwowany. I poszedłem do niego porozmawiać. Sam zaproponowałem: może macie jakiś koniak, żebyśmy po kieliszku wypili? On wyciągnął z szafy Martella, i rzeczywiście, po dwóch kieliszkach
zrobił się całkowicie senny. Tak go zostawiłem. I mieliśmy spokój do późnej nocy.

A jak się obudził?
AW: To już było po wszystkim.

KM: We Wrocławiu sytuacja potoczyła się inaczej. Tam, na uniwersytecie, podobną rolę do tych dwóch rektorów z politechniki odegrał ówczesny urzędujący rektor, Alfred Jahn, wybitny geograf, polarnik. Tylko że on potem został usunięty. Po Marcu we Wrocławiu była seria decyzji personalnych – usuwania starych i mianowania nowych.

AW: Na miejsce Alfreda Jahna przyszedł Marian Orzechowski.

Jahna usunięto za to, że trzymał stronę studentów?
KM: Istnieje też opinia, że usunięto go nie za to, że dogadywał się ze studentami, ale za to, że uzyskał od milicjantów, którzy dowodzili akcją, gwarancję nietykalności dla studentów. Po tej gwarancji oni opuścili budynek uczelni. Tam była pretensja o to, że oni w ogóle wyszli. Że nie było pałowania.

AW: Lokalne władze mogły tak myśleć. Tego bym nie wykluczał. W Warszawie to wszystko było pod inną kontrolą.

Jak Gomułka na to wszystko zareagował?
AW: Gomułka był na pewno rozruchami zaskoczony i bardzo zaniepokojony. Myślę, że z dwóch powodów, a nawet z trzech. Po pierwsze dlatego, że wtedy państwo to, choć policyjne, nie było przygotowane na stawianie czoła ulicznym rozruchom.

KM: I to w wielu miastach równocześnie.

AW: W ogóle nie miało ani wyposażenia, ani wyszkolonych oddziałów milicyjnych do radzenia sobie z tłumem. I Gomułka sobie z tego zdawał sprawę. A bał się bardzo strzelania. I nawet snuł takie rozważania, że przed wojną, to jak policjant w czasie demonstracji oddał strzał, jak już jeden człowiek padł, tłum natychmiast uciekał. To dlaczego tak nie jest – rozważał – w Polsce Ludowej? I odpowiadał: bo oni nie boją się tej władzy. Oni wiedzą, że to jest ich władza. Poważnie. Gomułka to napisał zresztą w swoich wspomnieniach. On był pod wpływem Poznania w 1956 r. i nie mógł zrozumieć, skąd tyle ofiar. Bo on był przed wojną na wielu manifestacjach. A policja przed wojną strzelała łatwo i często. 800 osób w ciągu 20-lecia zginęło od kul policyjnych na manifestacjach i strajkach. Gomułka w takich manifestacjach uczestniczył, na jednej postrzelono go w nogę. Więc cały czas się zastanawiał, dlaczego w Poznaniu tylu ludzi zginęło? Jego rządy zakończyły się tak, jak się zakończyły, ale on strzelania do ludzi naprawdę się bał. Dlatego wydarzeniami marcowymi był przejęty. I od 8 marca, od początku, jego myślenie zmierzało tylko w jednym kierunku. Aby, po pierwsze, nie doszło do strzelaniny. I po drugie, żeby to skończyło się na studentach i nie przerzuciło na fabryki. I potem doszedł jeszcze jeden element – jak uporać się z partią. Bo nie spodziewał się, że ona mu się zacznie też buntować. I to z takich pozycji.

KM: A kiedy to zobaczył, 19 marca?

AW: Oczywiście! Że są przeciwko niemu. Że skandują mu nazwisko kontrkandydata. Po tej naradzie prawie się zamknął, prawie z nikim się nie spotykał.

KM: Długo?

AW: Przez dwa, trzy dni. Obserwował, co się dzieje. Zastanawiał się, co zrobić.

Miał o tyle łatwiej, że bunt pozostał na uniwersytetach. Nie rozlał się na fabryki…To była inteligencka sprawa.
KM: I władze rozegrały to dwojako. Przez kampanię antysemicką i przez sugestię, że to jest wszystko rezultat czynnej, zakulisowej intrygi jakichś dygnitarzy, którzy stracili władzę i chcą do tej władzy ponownie dojść.

To mi przypomina narrację Kaczyńskiego o układzie, grupach uprzywilejowanych, o KPP.
KM: Kaczyński jest w sensie pojęć i słownictwa dzieckiem tamtej epoki. Ale, jeśli chodzi o tamtą propagandę – ona nie chwyciła na tyle, żeby od nas ludzi odwrócić, ale wystarczyła, żeby nabrali dystansu po to, by się zorientować. Robotnicy, patrząc na studentów, nie czuli, że to są nasi ludzie z naszego zakładu pracy. W ten sposób doszło do izolowania tego ruchu, który zresztą od początku miał charakter środowiskowy.

Rozmowa z książki Modzelewski – Werblan. Polska Ludowa. Rozmawia Robert Walenciak, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2017

Książka do nabycia na www.iskry.com.pl oraz w dobrych księgarniach i salonach Empik.


Prof. Karol Modzelewski – ur. w 1937 r., w okresie PRL działacz opozycji demokratycznej i współzałożyciel Solidarności.
Prof. Andrzej Werblan – ur. w 1924 r., działacz PPS, potem PZPR, sekretarz KC, w strukturach władzy w latach 60. i 70. odpowiadał za sprawy nauki i oświaty.

Wydanie: 12/2018

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy