Mark Brzeziński – co może ambasador?

Mark Brzeziński – co może ambasador?

Mark Francis Brzezinski (ur. 1965) to oficjalny kandydat na ambasadora USA w Polsce. Został mianowany przez prezydenta Joego Bidena, a w połowie ubiegłego tygodnia do Senatu Stanów Zjednoczonych wpłynął wniosek o akceptację. Nie wiadomo, czy Senat zdoła przegłosować kandydaturę przed przerwą wakacyjną. Jeśli nie, głosowanie odbędzie się na przełomie sierpnia i września, czyli nowy ambasador przybędzie do Warszawy miesiąc później.

Rodzina

Jak wiadomo, ambasador nie przyjeżdża, ale przybywa, nie je, ale spożywa, nie jedzie, lecz udaje się. Będzie ambasadorem nadzwyczajnym i pełnomocnym, co znaczy, a raczej znaczyło w czasach zamierzchłych komunikacyjnie tyle, że jego słowo jest równoważne z opinią ministra spraw zagranicznych. W przypadku MFB – sekretarza stanu USA.

Jest synem Zbigniewa Brzezińskiego, wnukiem Tadeusza Brzezińskiego, ostatniego konsula generalnego II RP w Montrealu. Jego mamą jest Emilie Benes Brzezinski, wnuczka brata (ang. grandniece) Edvarda Beneša, prezydenta Czechosłowacji w latach 1935-1938 i 1940-1948. Emilie to znana rzeźbiarka. Drugą żoną przyszłego ambasadora jest od 2008 r. Natalia Brzezinski, z domu Lopatniuk, 20 lat młodsza od męża, mająca również korzenie polskie – czy szerzej, z naszego regionu. Jest dziennikarką, szefową kolejnych fundacji, m.in. tych promujących współpracę USA z Unią Europejską. Siostra, Mika Brzezinski, to znana dziennikarka i prezenterka telewizyjna. Brat Ian jest związany z republikanami, był m.in. doradcą sekretarza obrony Donalda Rumsfelda. Czyli rodzina na swoim! Po amerykańsku oczywiście.

Wykształcenie i doświadczenie

Jeszcze w pierwszej połowie lat 80. dyplomaci radzieccy twierdzili, że Francja i Wielka Brytania są mocarstwami dzięki swojej dyplomacji, a USA mimo swojej dyplomacji. Dziś, podobnie jak wtedy, nikogo to nie śmieszy. Moim zdaniem dyplomacja amerykańska jest niezwykle profesjonalna. Może nawet bardziej od chińskiej czy rosyjskiej. Kandydaci do pracy w Departamencie Stanu powinni znać oprócz najpopularniejszego w USA hiszpańskiego również francuski, niemiecki czy rosyjski. Wielu też zna egzotyczne języki lub deklaruje chęć ich poznania. Miałem okazję obserwować dyplomatów wszystkich wyżej wymienionych państw, zarówno w stolicach mocarstw, jak i w mniejszych krajach. Większość dyplomatów amerykańskich, szczególnie tych młodszych, czyli mniej więcej do stanowiska I sekretarza, zna minimum język państwa urzędowania i jeden z innych języków ONZ. Znam amerykańskich dyplomatów, którzy mówią po czesku, ale by nie koncentrować się na jednym regionie i poszerzyć możliwości zawodowe, nauczyli się także hindi i farsi. By zostać dyplomatą w Chinach, trzeba, z niewielkimi wyjątkami, znać chiński. Ciekawa jest też różnica w podejściu do awansów na placówkach. Nieważne, czy dyplomata jest II sekretarzem, czy radcą. Ważne, by być kierownikiem wydziału, sekcji czy zespołu, nawet najmniejszego, powoływanego np. do rozwiązania konkretnych problemów. To daje prestiż, większe wyzwania czy finanse.

 

 

Przedstawicielem tego pokolenia nowoczesnych dyplomatów jest Mark Brzezinski, czyli MFB. Zna francuski, polski i szwedzki. Ma licencjat z polityki rządowej (Bachelor of Arts in Government), jest doktorem praw Uniwersytetu Virginia i doktorem filozofii Uniwersytetu Oksfordzkiego. Był stypendystą Fulbrighta, studiował w Polsce zasady działania Trybunału Konstytucyjnego w naszym kraju. W latach 1999-2001, za kadencji Billa Clintona, był w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego dyrektorem ds. Rosji/Eurazji oraz dyrektorem ds. Europy Południowo-Wschodniej. Na tych stanowiskach był również koordynatorem ds. promocji demokracji i rządów prawa w regionie. W latach 2011-2015, za kadencji Baracka Obamy, był ambasadorem w Szwecji. W Sztokholmie miał okazję współpracować z dwoma ambasadorami RP, Adamem Hałacińskim, który jest obecnie ambasadorem przy OBWE, i krótko, w latach 2014-2015, z Wiesławem Tarką, obecnie wicedyrektorem departamentu Europy. Ministerstwo Spraw Zagranicznych może więc mieć o przyszłym ambasadorze wiadomości z pierwszej ręki.

Niektórzy nasi politycy niechętni MFB wyrażają nadzieję, że Senat nie zaakceptuje jego kandydatury w głosowaniu. To oczywiście możliwe. Tyle że jeśli prezydent USA będzie chciał go wysłać, może to zrobić – wtedy kadencja ambasadora ograniczona jest do 12 miesięcy. A potem może go awansować na zastępcę sekretarza stanu lub każde inne stanowisko. Mark Brzezinski ma wszystkie zalety zarówno ambasadora zawodowego, jak i politycznego. Jest wręcz idealną symbiozą obu.

Wyzwania w Warszawie

Mark Brzezinski jest też prawnikiem. Specjalistą w sprawach antykorupcyjnego naruszania międzynarodowych reguł. W trakcie wyżej wymienionej pracy w Białym Domu koordynował pomoc USA dla krajów Europy Południowo-Wschodniej w umacnianiu rządów prawa. Takie zawodowe doświadczenie prawnicze i znajomość realiów Polski sprawiają, że dla rządu PiS będzie na pewno trudnym i kompetentnym partnerem, któremu nawet premier nie będzie mógł zarzucić nieznajomości historii czy realiów politycznych.

Administracja demokratów dała do zrozumienia, że nie pozostanie obojętna wobec naruszeń rządów prawa, praw człowieka, wolności gospodarczej czy słowa. Problemem jest jednak zrozumienie przez rząd w Warszawie, że to nie pustosłowie. Mark Brzezinski będzie również twardy wobec homofobicznych wypowiedzi ministra Czarnka i byłego ministra spraw zagranicznych Waszczykowskiego. Szczególnie że ten ostatni zaatakował brutalnie najbliższego współpracownika MFB w ambasadzie w Warszawie. Ale nie tylko dlatego. Po prostu społeczność LGBT w USA to wyborcy partii demokratycznej. Wróżymy Bixowi Aliu, obecnemu chargé d’affaires USA w Warszawie, kolejny krok w karierze, nie tylko ze względu na ohydny atak Waszczykowskiego. Bix Aliu jest również specjalistą od Europy Południowej i można się spodziewać, że za kilka czy kilkanaście miesięcy zostanie ambasadorem w jednym z tych krajów.

A wyzwania, które stoją przed ambasadorem w Warszawie? Zacznijmy od najgorętszych. Po pierwsze, telewizja TVN. Jest ona własnością amerykańskiego koncernu medialnego Discovery. Próba pozbawienia Amerykanów własności w Polsce, mimo wcześniejszej stanowczej interwencji w obronie niezależnej stacji podjętej przez poprzednią – wysłaną przez Trumpa – ambasador Georgette Mosbacher, rozwija się zgodnie z planem PiS. Mimo ostrzeżeń byłego sekretarza stanu Mike’a Pompeo, nominata Trumpa. Zaprotestował także obecny sekretarz stanu Antony Blinken. Wiadomo zatem, jakie zadania w tej sprawie będą czekały na nowego ambasadora.

Ale spodziewam się, że największym wyzwaniem dla niego stanie się sprawa restytucji mienia żydowskiego. Będzie to problem również ze względu na opór społeczny oraz uchwalenie ustawy zmieniającej Kodeks postępowania administracyjnego wspólnie przez rząd i część opozycji.

Co może ambasador?

Ambasador mocarstwa (USA) w państwie mniejszego sojusznika (Polska), mającego problemy z praktycznie wszystkimi większymi sąsiadami, może naprawdę wiele. Niektórzy – błędnie – dzielą ambasadorów USA na świecie na zawodowych (pracowników Departamentu Stanu) i politycznych (bliskich aktualnej administracji). Takim ambasadorem była poprzedniczka MFB w Warszawie, Georgette Mosbacher. Ale tak naprawdę ambasadorowie USA dzielą się na zawodowych/profesjonalnych i politycznych również profesjonalnych, potrafiących słuchać rad dyplomatów młodszych rangą. Majstersztykiem połączenia brutalnej polityki i dyplomacji był list Georgette Mosbacher do Mateusza Morawieckiego z jesieni 2018 r., także w sprawie TVN. Tytułowanie premiera ministrem, literówki, ręczny dopisek sugerujący tok postępowania strony amerykańskiej… To wszystko wywołało efekt mrożący dla znających zasady dyplomacji. Strona polska zbagatelizowała te afronty, a pani ambasador przeprosiła za niefortunne sformułowania. Mleko jednak się rozlało, Annuszka już rozlała olej, a list przeciekł do mediów. A wystarczyło, by sekretariat premiera zwrócił list adresatce, via MSZ, informując notą o tytulaturze adresata i osób wymienionych w liście.

Mark Brzezinski będzie miał też inne narzędzia. Głównym będzie marchewka w postaci zarekomendowania amerykańskim władzom kontaktów na wysokich i najwyższych szczeblach. Ambasador ma również możliwość rekomendacji zwiększenia lub zmniejszenia intensywności współpracy wojskowej, rekomendacji – lub nie – dla inwestorów amerykańskich.

Co może strona polska?

Konfrontacyjna postawa ekipy „dobrej zmiany”, która wcześniej zapisała się w pamięci demokratów zwłoką z gratulacjami dla Bidena po jego zwycięstwie w wyborach, może świadczyć o tym, że PiS liczy, iż rządy obecnego prezydenta USA nie potrwają długo – najwyżej do wyborów w 2024 r. Być może też liczy, że już w trakcie kadencji prezydentką zostanie Kamala Harris. Ona nie zna Europy, korzenie ma w Azji i tam będzie się koncentrować jej polityka.

To tylko częściowo korzystne dla PiS założenie. Nasza wschodnia flanka nie będzie już żadnym priorytetem dla USA, ale problemy własności amerykańskiej, wolności słowa, praw człowieka czy społeczności LGBT pozostaną biczem na PiS. Andrzej Duda może zwlekać z przyjęciem listów uwierzytelniających od nowego ambasadora. Pretekstem mogą być inne zajęcia prezydenta, wizyty zagraniczne lub krajowe, wreszcie Święto Zmarłych, Boże Narodzenie czy Nowy Rok. Ale co dalej?

Mam nadzieję, że władza nie będzie się uciekać do takich tanich sztuczek. Po co kopać się z koniem? No chyba że PiS ma już zaprzęg dwukonny. Ze Wschodu i Dalekiego Wschodu.


Andrzej Kowalski jest dyplomatą pracującym w MSZ, pisze pod pseudonimem


Fot. Krzysztof Kaniewski/REPORTER

Wydanie: 34/2021

Kategorie: Sylwetki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy