O Wandzie, co nie chciała przestać

O Wandzie, co nie chciała przestać

Jej celem było zdobycie wszystkich ośmiotysięczników.

Gdyby musiała się zatrzymać wcześniej, uznałaby to za życiową porażkę.

Szła więc do końca

Miałaby dziś 79 lat. Pewnie wędrowałaby jeszcze rekreacyjnie po Tatrach, ciesząc się zasłużoną sławą pierwszej kobiety na świecie, która zdobyła wszystkie 14 ośmiotysięczników. No bo kto mógłby tego dokonać, jeśli nie ona? Zostawiła daleko z tyłu wszystkie konkurentki. Dopiero w 2010 r. jako pierwsza kobieta Edurne Pasaban zdołała skompletować Koronę Himalajów i Karakorum, rok później dokonała tego, całkowicie bez tlenu, Gerlinde Kaltenbrunner.

13 maja 1992 r. Wanda Rutkiewicz atakowała Kanczendzongę, swój dziewiąty ośmiotysięcznik – i kto wie, czy nie weszła na wierzchołek? Meksykański himalaista Carlos Carsolio, schodząc po zdobyciu szczytu, spotkał ją na wysokości ok. 8300 m, była już prawie godz. 20. Odpoczywała w śnieżnej jamie, chciała nad ranem ruszyć w górę. Miała płachtę biwakową i nic poza tym, ani śpiwora, ani żywności i maszynki do stopienia śniegu, ani radiotelefonu. Do pokonania było jeszcze ponad 250 m w pionie, ale nie da się wykluczyć, że poszła aż na wierzchołek.

Żadna z wypraw atakujących w kolejnych latach Kanczendzongę nie znalazła jej ciała. Zdarzało się, że wspinacze byli w stanie przetrwać himalajską noc pod gołym niebem i samotnie wrócić do niższych obozów. Ona jednak nie wróciła i tylko jej matka Maria Błaszkiewicz (zmarła w 2013 r. w wieku 103 lat) do końca życia wierzyła, że córka zeszła z Kanczendzongi, by medytować w którymś z nepalskich klasztorów.

Wedle relacji Carlosa Carsolia wtedy, wieczorem 13 maja, rozmawiali o drodze zejściowej ze szczytu. Wanda planowała biwak w obozie IV po zdobyciu Kanczendzongi, ale on wiedział, że wracając sam, zostawia ją na pewną śmierć. Była zmarznięta i wyczerpana, jednak całkowicie świadoma wyzwania, jakie przed sobą postawiła. Carsolio raz mówił, że namawiał ją do wycofania się, innym razem, że nie, bo nie miał prawa wpływać na jej decyzje. Pewnie za bardzo nie nalegał, nie chciał tracić czasu na przekonywanie, miał przed sobą walkę o przeżycie himalajskiej nocy. Wrócił więc sam, a kilkanaście dni później świętował w Katmandu zdobycie trzeciego szczytu Ziemi.

Mogła wejść i przeżyć

Kanczendzonga na pewno była wówczas w zasięgu Wandy Rutkiewicz. Ta ostatnia wyprawa stanowiła część programu, wymyślonego przez nią w 1990 r., któremu nadała nazwę „Karawany do marzeń”. Miał to być sposób na szybkie zdobycie ośmiotysięczników brakujących jej do skompletowania całej czternastki. Czas był ważny, bo z każdym rokiem wspinała się wolniej i widziała, że jej organizm, nadwątlony wypadkami i kontuzjami, nie jest już tak sprawny jak kiedyś. Chciała więc przechodzić z doliny do doliny, organizować małe wyprawy (lub dołączać do wypraw organizowanych przez innych) i atakować kolejne szczyty, nie tracąc aklimatyzacji.

Pomysł był dobry, w podobny sposób Koreanka Oh Eun-sun w latach 2007-2009 zdobyła siedem ośmiotysięczników, a Nepalczyk Nirmal Purja w 2019 r. wszystkie! Wymagał jednak dużych pieniędzy, skumulowanego w krótkim czasie dużego wysiłku oraz precyzyjnej organizacji. Przekraczało to możliwości Wandy Rutkiewicz, która nie miała szans choćby na ułamek takiego wsparcia finansowego i logistycznego, jakie Koreanka i Nepalczyk otrzymali od swoich państw. W latach 1990-1991 Polka zdobyła jednak Gaszerbrum I, Czo Oju i Annapurnę. Następna miała być Kanczendzonga.

Wanda wraz z wspierającym ją Arkadiuszem Gąsienicą Józkowym dołączyła do kilkuosobowej wyprawy Carlosa Carsolia. W latach 80. terminował on u polskich wspinaczy. W 1992 r. miał na koncie cztery ośmiotysięczniki, status najwybitniejszego wspinacza Ameryki Łacińskiej i oczywiście decydował o wszystkim na swojej wyprawie. Polacy byli szeregowymi uczestnikami, choć dokonania górskie Rutkiewicz nieporównanie przewyższały to, co osiągnął Carsolio. Miał wtedy 29 lat, pozostali uczestnicy ekspedycji byli w podobnym wieku bądź młodsi, chodzili szybciej od Wandy i mówili o niej „babcia”, co ona przyjmowała z uśmiechem.

Gdy jednak zaczęły się prawdziwe trudności, stracili siły, nie dawali rady i to Wanda musiała im pomagać, co oczywiście wymagało od niej dodatkowego wysiłku. Jedynie ona i Carsolio byli w stanie podjąć atak szczytowy. Gdyby Wanda, zamiast pomagać młodszym członkom wyprawy, sama otrzymała pomoc, zapewne 30 lat temu zdobyłaby Kanczendzongę i szczęśliwie wróciła do bazy. Niestety, mogła liczyć tylko na siebie.

Andrzej Zawada, cytowany przez Elżbietę Sieradzińską, mówił, że zgubiła ją polska bieda. Z takimi osiągnięciami na Zachodzie miałaby pieniądze na własne wyprawy, podczas których ona byłaby najważniejsza, dla niej zakładano by obozy i wynoszono sprzęt do góry, by mogła zachować siły na atak szczytowy. Tymczasem z konieczności została jej tylko możliwość dołączania do obcych wypraw na zasadzie prośby i częściowej odpłatności. Nieraz traktowano ją tam po macoszemu.

W górach często pomagała innym, ale jeśli sama potrzebowała wsparcia, było z tym już trudniej. W codziennym życiu mogła liczyć głównie na ludzi spoza środowiska wspinaczkowego. Już po zdobyciu Everestu ruszyła na Elbrus i niemal zginęła w niezawinionym przez siebie wypadku (spadł na nią inny uczestnik wyprawy, miała otwarte złamanie uda, straciła wiele krwi). Gdy po wielodniowym leżeniu pod kroplówką w szpitaliku w Tyrnyauzie (Kabardo-Bałkaria) obolała i słaba lądowała w Warszawie, nie czekał na nią żaden wspinacz ani nikt z Polskiego Związku Alpinizmu.

Gdy w 1991 r. atakowała Annapurnę, spotkała schodzącego już ze szczytu Ryszarda Pawłowskiego. Zapytała go, jak wygląda droga na wierzchołek, on zaś zawahał się, czy jej odpowiedzieć. Potem tłumaczył, że jedynie chwilę się zastanawiał, by dokładnie wskazać, którą z trzech poręczówek ma wybrać, i dodał, że Wanda świadomie sugerowała, iż mężczyźni nie rywalizowali z nią uczciwie, choć nie była przez nikogo niszczona i wszyscy ją podziwiali.

On nie musiał udowadniać

Czy rzeczywiście ją podziwiali? Prof. Zdzisław Ryn wprost mówił, że Wanda Rutkiewicz walczyła z brakiem zrozumienia, a czasem i z lekceważeniem ze strony wspinających się mężczyzn.

Na Annapurnę szła w składzie wyprawy kierowanej przez Krzysztofa Wielickiego, ale szczyt zdobyła samotnie, nie było świadka. Jeden z kolegów himalaistów uznał, że w rzeczywistości nie doszła do wierzchołka, i ochoczo przekazał swe domniemanie do kraju. Dla polskiego piekiełka był to wymarzony prezent, więc gdy Wanda wróciła do Warszawy, czekała już na nią wiadomość, że jej wejście na Annapurnę jest kwestionowane. Zarząd PZA powołał specjalną komisję, poproszono,

by Wanda przedstawiła dowody, że jednak była na szczycie. Pokazała zdjęcia, ale niewyraźne. Kiedy je robiła, już się ściemniało, więc uznano, że nie są przekonywające, i zostały wysłane do specjalnego laboratorium w Wiedniu. Po wiedeńskiej ekspertyzie komisja PZA orzekła, że Polka była na wierzchołku Annapurny. Krzysztof Wielicki oświadczył jednak: „Wanda, uznano, że weszłaś, ale ja ci, k… nie wierzę!”.

Gdy natomiast w 1988 r. to Krzysztof Wielicki samotnie wszedł na Lhotse i w ogóle nie miał ze sobą aparatu fotograficznego, nikomu nawet przez myśl nie przeszło, by podawać w wątpliwość jego wyczyn. Nikt nie mówił o powoływaniu komisji, nie padały głosy o braku wiary w ten sukces. Jak powiedział sam Wielicki, w tamtym czasie nie mieliśmy poczucia, że musimy coś udowadniać. Cóż, Wanda Rutkiewicz była kobietą, więc ona musiała.

Męskie środowisko wspinaczkowe naszego kraju dosyć kiepsko znosiło jej sukcesy. Jako pierwszy człowiek z Polski weszła na Everest, jako pierwszy człowiek z Polski (i pierwsza kobieta na świecie) na K2. I jeszcze ta osobista rozmowa z papieżem („Dobry Bóg chciał, że oboje tego samego dnia weszliśmy tak wysoko”). Można powiedzieć, że walnie przyczyniła się do rozwoju polskiego himalaizmu zimowego, no bo skoro już zdobyła najwyższy szczyt świata, to chodzący w góry panowie poszukali innych celów.

Przeszkadzało im także to, że od bardzo wielu z nich (choć oczywiście nie od wszystkich) była mądrzejsza, bystrzejsza, bardziej pomysłowa, konsekwentna, lepiej zorganizowana, miała większą klasę, więcej kultury, przewyższała ich nie tylko sportowo, ale i moralnie oraz etycznie. To Wanda Rutkiewicz na słynnym szczycie gliwickim, zorganizowanym 35 lat temu z udziałem naszych wybitnych wspinaczy (byli tam m.in. Andrzej Heinrich, Jerzy Kukuczka, Janusz Skorek, Krzysztof Wielicki, Andrzej Zawada), zadała pytanie: „Czy możecie dobrze spać nocą?”. Wywiązała się potem ostra dyskusja o tym, czy i kiedy można zostawić samotnie partnera w górach.

Mistrzowie ciętej riposty

Ci polscy wspinacze, którzy pod żadnym względem nie mogli jej dorównać, z właściwą sobie błyskotliwością szykowali mozolnie cięte riposty. W 1975 r. w góry Karakorum ruszają dwie polskie wyprawy: męska pod przewodem Janusza Fereńskiego i mieszana, kierowana przez Wandę Rutkiewicz. Część panów maszeruje szybciej i uczy pakistańskie dzieci „polskiego powitania”, zapewniając, że dostaną za to cukierki od idących za nimi pań. Wkrótce Wanda i jej koleżanki wkraczają w szpaler dzieci, wyciągających ręce po cukierki i skandujących to, czego ich nauczyli Polacy: „Wanda cipa! Wanda cipa!”.

To dowcip na miarę poziomu tych, którzy go przygotowali. Ciekawe, że i dziś niektórzy z himalaistów uważają, że był to setny żart. Góry zaś natychmiast zweryfikowały, kto jest lepszy. Wyprawa Wandy odnosi ogromny sukces: sześciu mężczyzn i dwie kobiety zdobywają Gaszerbrum II (8035 m), ustanawiając polski rekord wysokości. Nie ma wśród nich Wandy – ona wraz z koleżanką pokonuje niższy, ale dziewiczy Gaszerbrum III (7952 m), na który wchodzi także dwóch panów. I wszyscy szczęśliwie wracają do bazy. To wielki kontrast z męską wyprawą Janusza Fereńskiego, która zdobywa Broad Peak, ale nie najwyższy wierzchołek, lecz tylko środkowy (8011 m), a trzech Polaków ponosi śmierć…

O Wandzie Rutkiewicz robi się głośno, lecz w Polsce więcej niż o tym sukcesie mówi się o jej stylu kierowania: że jakoby chaotyczny, drobiazgowy, apodyktyczny. Żal mają i koleżanki, choć dzięki niej wzięły udział w największym ówczesnym triumfie polskiego kobiecego himalaizmu. Poszło o to, że pierwotnie Wanda zapowiadała, iż Gaszerbrum III będzie zdobywany wyłącznie w żeńskim składzie, ale w ostatniej chwili włączyła mężczyzn do grupy atakującej. Koleżanki uznały to niemal za zdradę, mówiły o niej złymi słowy i nie były w stanie pojąć tego, co zrozumiała Wanda: że bez wsparcia mężczyzn w pogarszających się warunkach pogodowych z pewnością nie dałyby rady wejść na Gaszerbrum III.

Nawet wiele lat po jej śmierci koleżanki wytykały, że była konfliktowa, egoistyczna, tworzyła złe relacje. Trudno tu się doszukać kobiecej solidarności. A mężczyźni wprawdzie jej zazdrościli i czasem robili różne złośliwości, ale jednocześnie byli pod jej urokiem. Od facetów nie mogła się opędzić. O wdzięku i urodzie Wandy wspominają prawie wszyscy koledzy (i bodaj żadna z koleżanek). Andrzej Wilczkowski pisał: „Kocham Cię, Wandziu – zawołałem na przywitanie. Stała na środku goprówki, taka jakaś drobniutka wobec ogromu góry…” i dodawał: „Nigdy do tej pory nie znajdowałem się w otoczce pięknej Wandzi”.

Jej portret

Wielu widzi coś jeszcze: że chłód i opanowanie Wandy to w rzeczywistości tylko narzucony sobie gorset. Prof. Zdzisław Ryn mówił o jej wrażliwości emocjonalnej i wyczuciu artystycznym. Janusz Onyszkiewicz opowiadał (w książce Anny Kamińskiej „Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz”), jak pomogła mu, gdy niemal jednocześnie w Himalajach zginęła jego żona, a w Polsce zmarła mama: „Robiła wszystko, żeby mnie wesprzeć. Długo ze sobą rozmawialiśmy. Wanda była przy mnie i dała mi swoją obecnością oparcie (…). Przekonałem się, że potrafi być uczuciowa, empatyczna i wychodząca naprzeciw. Widziałem, jak bardzo stara się mi ulżyć, i poznałem zupełnie inną twarz Wandy. Zrozumiałem, że ona mimo chłodnej powierzchowności jest w środku pełna troski i współczucia”.

Aleksander Lwow wspominał zaś, że miała dwa oblicza. „Była bezwzględną, silną, twardą himalaistką, a jednocześnie wrażliwą, naiwną dziewczynką, która zachowywała się czasem jak dziecko we mgle. Na przykład kiedyś idziemy w karawanie, doganiam Wandę, która siedzi na skraju pola ryżowego, trzyma na kolanach kamerę, coś próbuje z nią robić i płacze. Powiedziała, że obiektyw nie pasuje, a ja się zorientowałem, że najwyraźniej zerwała gwint. Obiektyw nie mógł trafić prawidłowo na swoje miejsce i Wanda płakała z bezsilności”.

Możemy chyba dziś mówić o fenomenie Wandy Rutkiewicz. W miarę upływu lat coraz lepiej zdajemy sobie sprawę, że kogoś drugiego takiego jak ona już nie będzie – i coraz bardziej jej brakuje, nie tylko w świecie gór wysokich.

Fot. PAP

Wydanie: 20/2022

Kategorie: Sylwetki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy