Marszałek i świnia

Marszałek i świnia

Były dyrektor CBOS polemizuje z marszałkiem Bronisławem Komorowskim

Przy świątecznym, wielkanocnym stole marszałek Sejmu Bronisław Komorowski uraczył czytelników „Gazety Wyborczej” opowiadaniem o wolności. „Kiedy pan w 1989 r. poczuł, że jest wolny?”, pyta dziennikarz. Okazuje się, że marszałek niewiele pamięta, bo akurat 4 czerwca – tego dnia, kiedy „skończył się w Polsce komunizm” – obchodził urodziny i, jak wynika z dalszego wywodu, była też inna okazja: narodziny piątego dziecka, córki Elżbiety. Pewnie film się panu marszałkowi urwał i tyle. Przyznaje więc ze skruchą: „Po latach żałuję, że niestety nie przeżywałem tego dnia jako święta wolności. Do końca myślałem, że władza komunistyczna może coś sfałszować, unieważnić”.
Widać, że ówczesne

myślenie „ciężką głową”

bardzo mocno zaciążyło na dzisiejszych ocenach tamtych wydarzeń. Komorowski fantazjuje: „Władza ludowa, siadając do rozmów, miała złe intencje. Później jako wiceminister obrony narodowej dowiedziałem się o akcji ťKrajŤ, która była de facto przygotowaniem ponownego stanu wojennego, gdyby się nie udały rozmowy przy Okrągłym Stole”. Marszałek Sejmu chyba wie, że „władza” to są różni ludzie, jak Komorowski i Kaczyński. Bardzo możliwe, że ktoś gdzieś coś kombinował, jak by wywalić ten Okrągły Stół, a ilu takich było po stronie „Solidarności”? Jeszcze dziś się tym chwalą! Ale czy najwyższa władza w 1989 r., czyli gen. Jaruzelski, nie udowodniła swoich patriotycznych, demokratycznych intencji? Czy nie zrezygnowała ze swojej mocy

w sposób całkowicie pokojowy?

Gdzie są dowody, wiarygodne materiały i świadkowie na podbudowę tak poważnych oskarżeń?
Co sądzić o dostojniku państwowym, który bajdurzy, snując opowieści o „rachubach na rozwiązanie siłowe”, bo „dowiedział się” o czymś, co jeśli byłoby prawdą, musiałoby zostać utrwalone w setkach dokumentów i w pamięci wielu ludzi opracowujących tak poważne przedsięwzięcie. A może słyszał, że dzwonią, ale nie wie, w którym kościele… „Kraj” to nazwa głośnego ćwiczenia o zasięgu ogólnopaństwowym w 1973 r. Ćwiczenia, które miało być powtórzone w 1979 r., jak planowano, ale na planach się skończyło, z powodu wiadomej, kryzysowej sytuacji gospodarczej.
Przywykliśmy do bujania w obłokach pana Komorowskiego, kiedyś opowiadał o lataniu „nawet na drzwiach od stodoły”, ale powroty na ziemię okazują się tragiczne.
Komorowski przyznaje, że wówczas, 4 czerwca 1989 r., błędnie oceniał skutki rozmów przy Okrągłym Stole (no bo był „wczorajszy”). Co się takiego stało, że „władza nawet nie próbowała powstrzymać wolności”? Dzisiaj marszałek ocenia, że zadecydowały „nie tylko wybory i legalizacja Solidarności, ale głęboka zmiana poglądów ogromnej części społeczeństwa. 4 czerwca także w obwodach zamkniętych – gdzie głosowali wojskowi i milicjanci – wygrała Solidarność. Wojsko i milicja przestały być bezwolnym narzędziem w rękach władzy komunistycznej. To ostatecznie przekreśliło rachuby na rozwiązanie siłowe”.
I tak powstają legendy tworzone przez „zwycięzców”. Po pierwsze, wyniki wyborów były wstrząsem nie tylko dla ludzi władzy, wystraszyły także kierownictwo „Solidarności”. Obie strony szukały odpowiedzi na pytanie, co dalej. To temat sam w sobie i na dłuższy tekst. Po drugie, zmiany poglądów społecznych wcale nie były aż tak głębokie, jak sugeruje marszałek. Narastał krytycyzm wobec rządzących, co wcale nie znaczy, że przekładał się na wzrost szeregów zwolenników opozycji. Jaki był faktyczny stan nastrojów społecznych i opinii publicznej, wiemy dokładnie z wielu sondaży socjologicznych, obszernie je relacjonowałem w wielu różnych tekstach (ostatnio w „Przeglądzie” z 22 lutego br.).

„Zwycięzcy” nie mają podstaw,

żeby się chwalić jakimś masowym wówczas poparciem społecznym. Zupełną fanfaronadą przeciwników Okrągłego Stołu jest opowiadanie, że nie należało układać się ze stroną partyjno-rządową, tylko brać władzę siłą. Po trzecie, Bronisław Komorowski przecenia nie tylko zmiany poglądów społecznych, ale i zwycięstwo wyborcze; sugerowanie, jakoby wojsko i milicja aż w takiej skali głosowały na „Solidarność”, nie ma potwierdzenia w statystyce wyborczej, jest nadużyciem, delikatnie mówiąc, żeby nie obrazić pana marszałka. Część „mundurowych”, owszem, skreślała niektórych przedstawicieli władz, w proteście przeciw dotychczasowej polityce, albo w ogóle nie głosowała, przyczyniając się tym samym do zwycięstwa opozycji.
Skoro mowa o 4 czerwca 1989 r., powtórzę, o czym już tu pisałem („Przegląd” z 15 lutego br.), polemizując ze świętującymi „zwycięstwo” i „klęskę komunistów”. Czym się chwalić, jeśli w takich (!) wyborach prawie połowa uprawnionych nie głosowała (45,6%); senatorowie „S” wygrali (w całkowicie demokratycznej procedurze), mając poparcie ledwie 35% elektoratu. Czas bez wrogich emocji przyznać, że nie sposób lekceważyć wyborców, którzy wtedy, mimo wszystko, poparli kandydatów koalicji PZPR-owskiej do Senatu (ok. 17% głosujących). Zapomina się, że poparcie listy krajowej, na której wystawiono 35 najważniejszych osobistości obozu rządzącego, wahało się od 32% (Krakowskie) do 62% (Leszczyńskie); średnio w całym kraju na listę krajową oddano 48% ważnych głosów, niestety wymagane minimum ustalono na 50% ważnych głosów w skali kraju. Pan marszałek, gdyby w przyszłych wyborach osiągał takie wyniki jak członkowie kierownictwa PZPR z listy krajowej, którzy otrzymali najmniejsze (!) poparcie (38-42%), miałby powody do radości. Krótko mówiąc, marszałek zapomina, że przy innej ordynacji wygrane przez „S” wybory nie byłyby aż tak dotkliwe dla rządzących. Nic dziwnego, że przegrani niebawem ponownie wrócili do władzy, w sposób w pełni demokratyczny.
Dziennikarz zwraca się do marszałka: „O co mi nie wolno pytać?”. Komorowski na to, że jest wolność i pytać można o wszystko. Mylą się ci, którzy uważają, że nie ma głupich pytań, niemądre bywają odpowiedzi. Drobna ilustracja. W odpowiedzi na pytanie: „Jak pan tłumaczy dzieciom, na czym polegał brak wolności w Peerelu?” – marszałek przywołał parę filmów z tamtego okresu, ale pomyślał też o konkretach i opowiedział, jak to razem ze szwagrem wybrali się na wieś za mięsem, no bo „w Peerelu nie było mięsa”, co już dodał dziennikarz, pewnie przypominając sobie, czego się ostatnio naczytał. Kupioną świnię przepędzali „po nocy z jednej wsi do drugiej (…), potem był problem,

jak przewieźć łup

do Warszawy, bo nie było wolno”. Konspiracyjna eskapada, jak za okupacji po szmuglowaną rąbankę, kończy się optymistycznie: „gdy wybuchł stan wojenny, mniej się niepokoiłem o los rodziny, bo wiedziałem, że mają te pół świni”.
Proszę zwrócić uwagę, że wyprawa po świnię, jak mówi Komorowski, miała miejsce przed stanem wojennym, a więc w czasie całkowitej anarchii, gdy w Polsce każdy robił, co chciał, a przeważnie nic nie robił, bo strajkował. Kto się wówczas liczył z władzą? Realnie w kraju rządziły komitety „Solidarności”, komu i co wówczas można było zabronić? A świniami, jak pamiętam, obrzucano się bezkarnie.
Powiedzieć, że mięsa w PRL brakowało, to tak jak wypominać, że pół życia trzeba było czekać na mieszkanie, „bo się należało”. Wszystko prawda, tylko nie cała. Resztę znaleźć można w rocznikach statystycznych, sprawdzając spożycie mięsa w kilogramach „na głowę” i ile budowano mieszkań w ciągu roku.
Z całej rozmowy z jedną sentencją marszałka wszyscy się zgodzą: „W polityce trzeba myśleć nie tylko o tym, co ja sądzę, ale też, co (…) powie opinia publiczna. Czasem lepiej milczeć, żeby nie kłamać”.

Wydanie: 17/2009

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy