Masakra pod Reichstagiem

Masakra pod Reichstagiem

Bitwa o Berlin to ponad 120 tys. zabitych i kilkaset tysięcy rannych

„Naziści szli na nas niczym fanatycy – z absolutną pogardą dla śmierci. Jednemu z tych z Hitlerjugend oderwało nogę. Krwawiła obficie, ale on nie przestawał do nas strzelać”, wspominał uczestnik walki o Berlin.

Przedpiekle Berlina

Jednak niemiecki opór zaczął się daleko przed Berlinem. O tym, że marsz na stolicę III Rzeszy będzie dłuższy i krwawszy, niż przypuszczano, żołnierze 1. Frontu Białoruskiego mogli się przekonać już podczas pierwszych prób forsowania Odry. Przedsmak tego, co ich czeka, poczuli w Kostrzynie, którego zdobycie otwierało „bramę do Berlina”.
Dowódca twierdzy, kat powstania warszawskiego Heinz Reinefarth, nakazał SS rozstrzeliwać każdego, kto nie będzie chciał bronić miasta do końca. Rozkaz ten egzekwowano jeszcze kilka godzin przed wkroczeniem Rosjan, choć sam Reinefarth z częścią żołnierzy opuścił twierdzę wcześniej. Nic więc dziwnego, że walki o Kostrzyn trwały aż dwa tygodnie, a straty po radzieckiej stronie sięgnęły 5 tys. zabitych i 15 tys. rannych. Spośród obrońców zginęło również 5 tys. żołnierzy, a 6 tys. dostało się do niewoli.
„Jedna z takich kompanii straciła 90% stanu w ataku na budynek podnośnika kubełkowego. Inna zaczynała walki w sile 150 ludzi, a skończyła, mając na stanie zaledwie 15”, pisał w raporcie z kwietnia 1945 r. kreisleiter Hermann Körner. O apokaliptycznych nastrojach wśród obrońców Kostrzyna opowiadał niemiecki szeregowiec, który widział, jak miejscowy lekarz i pielęgniarka popełnili samobójstwo na wieść o upadku twierdzy.
Utrata Kostrzyna nie osłabiła oporu Niemców. Wręcz przeciwnie. Plotka, że czerwonoarmiści nie biorą jeńców, podziałała mobilizująco nawet na najbardziej zrezygnowanych. Jak pisze Tony Le Tissier, autor książki „Kostrzyn 1945. Przedpiekle Berlina”, „piloci samobójcy Luftwaffe dokonali ok. 30 nalotów na sowieckie mosty na Odrze przy użyciu zestawów Mistel. 17 kwietnia podano, że zniszczyli 17 obiektów, w tym jeden most kolejowy w Kostrzynie, tracąc przy tym 22 pilotów”.
Zachowanie Armii Czerwonej na podbitych terenach było różne. Według brytyjskiego historyka Antony’ego Beevora, „jeżeli żołnierze radzieccy zajęli jakąś wioskę i znaleźli w domu mundury SA czy swastyki, zabijali wszystkich. Zdarzały się jednak i takie sytuacje, że mieszkańcy wiosek zajętych przez czerwonoarmistów i później odbitych w kontratakach przez Niemców nie mieli nic złego do powiedzenia na temat radzieckich żołnierzy”.

Twierdza Berlin

16 kwietnia 1945 r. oddziały Armii Czerwonej i Wojska Polskiego dotarły w pobliże wzgórz Seelow, skąd rozpoczęły atak na Berlin. Ich przewaga nad niemieckimi obrońcami była miażdżąca. W całej operacji brandenburskiej uczestniczyło niemal 2,5 mln żołnierzy 1. Frontu Białoruskiego i 1. Frontu Ukraińskiego, wspomaganych przez 180 tys. Polaków wchodzących w skład 1. i 2. Armii Wojska Polskiego. Siły niemieckie natomiast szacowano na kilkaset tysięcy. Samego zaś Berlina miało bronić zaledwie 90 tys. ludzi, z czego 40 tys. stanowiły oddziały Hitlerjugend i Volkssturmu.
Mimo tych dysproporcji sytuacja Niemców nie była beznadziejna. Zapasy amunicji i żywności wystarczyłyby na wytrzymanie nawet kilkutygodniowego oblężenia. Poza tym obcy teren oraz sama specyfika walk w mieście skutecznie niwelowały przewagę liczebną atakujących. Nie bez znaczenia była także świadomość obrońców, że razem z nimi w stolicy znajdował się wódz Adolf Hitler. Obecność führera mobilizowała do oporu.
Niepomny doświadczeń z Kostrzyna marsz. Żukow planował szybkie przebicie się przez formacje obronne i zdobycie niemieckiej stolicy najpóźniej do końca kwietnia. Zresztą nie miał dużego pola manewru. Taki termin wyznaczył sam Stalin, nakazując dowódcom: „Berlin powinien być zdobyty w jak najkrótszym czasie. (…) Operację należy rozpocząć nie później niż 16 kwietnia i zakończyć w ciągu 12-15 dni”. Zwycięstwo miało być prezentem na święto 1 Maja.
Robiąc dobrą minę do złej gry, dowódca 1. Frontu Białoruskiego demonstrował swoją pewność m.in. poprzez jazdę samochodem z włączonymi reflektorami, mimo ostrzału artyleryjskiego. Żukow omal nie przypłacił tej dezynwoltury życiem, kiedy niemieckie pociski trafiły dwie sztabowe ciężarówki. Szybko też musiał zweryfikować swoje plany błyskawicznego zdobycia Berlina.
„Niemcy walczyli z olbrzymią determinacją, a my ponieśliśmy znaczne straty – wspominał pierwsze godziny natarcia kpt. Anatolij Mierieszko. – Nasz plan przewidywał frontalne uderzenie na nieprzyjaciela i zmiażdżenie jego sił zgromadzonych nad Odrą w ciągu jednego dnia. Okazało się jednak, że złamanie oporu Niemców zajęło nam trzy kolejne dni ciężkich walk”.
Radzieckie rozpoznanie zawodziło w trakcie całej ofensywy zimowej. Sztab Armii Czerwonej był skazany na nieaktualne mapy, na których rzadko kiedy wskazywano prawidłowe rozmieszczenie wojsk wroga. Nie inaczej było na przedmieściach Berlina. Wbrew bowiem sztuce wojennej dowódca Grupy Armii „Wisła” gen. Gotthard Heinrici umieścił swoje główne siły za wzgórzami Seelow, o czym atakujący nie mieli pojęcia. Dzięki temu niemieckie jednostki pozostały poza zasięgiem artylerii.
Zarządzony przez Żukowa frontalny atak napotkał więc niespodziewany opór. „Jeszcze nigdy nie widziałem tylu martwych ciał, ile leżało na wzgórzach Seelow – pisał por. Stefan Doernberg z 8. Armii Gwardyjskiej. – Na tym niewielkim skrawku ziemi śmierć poniosło wiele tysięcy radzieckich żołnierzy. A najstraszliwszą rzeczą było to, że wszyscy oni walczyli i ginęli, wiedząc, że ta wojna skończy się już za kilka tygodni”.
Polskie oddziały ruszyły do boju już w samym Berlinie. Na szczególny opór natrafiły podczas próby zdobycia dzielnicy Spandau. W walkach tych uczestniczyła m.in. 1. Samodzielna Brygada Moździerzowa. Jeden z żołnierzy pisał: „Niemcy nadal walczą, tak jakby to nie był rok 1945 i koniec wojny. Bić się trzeba było nie tylko o domy i ulice, ale o drzwi, okna i kominy na dachach. Oberwać po głowie można było z każdej strony, a najczęściej z tyłu i góry. Próby natarcia ulicami nie dały rezultatów i pułk przeszedł do natarcia przez domy i podwórza, przebijając przejścia w murach, niszcząc oddzielne punkty oporu i strzelców wyborowych”.
Polacy napotkali te same problemy co Niemcy podczas tłumienia powstania warszawskiego. Czołgi, na których oparto uderzenie, okazywały się mało przydatne na zniszczonych ulicach. Wystarczyło unieruchomić jeden, aby reszta nie mogła jechać dalej. „Czołgi płoną! Jak się okazało, na rogu Guerigestrasse i Cauerstrasse przegrodziła drogę barykada zbudowana z bali, szyn i kamieni. Początkowo jeden z czołgów próbował z rozpędu zniszczyć barykadę. Gdy przez ułamek sekundy stał przy barykadzie, skądś z budynku bluznął ogień i czołg stanął w płomieniach. Powtórzyło się to z drugim i trzecim wozem”, relacjonował płk Piotr Parchomowski, dowódca 8. Pułku Artylerii Haubic.
Nie lepiej radzili sobie w Berlinie zaprawieni przecież w bojach czerwonoarmiści. „W miarę jak posuwaliśmy się w głąb niemieckiej stolicy, nasze straty nieustannie rosły – wspominał jeden z radzieckich oficerów. – Wprowadzenie tak wielkiej liczby czołgów na ulice miasta oznaczało wysoką śmiertelność wśród ich załóg. Drogi zasypane były gruzem, a czołgi traciły na nich swoją podstawową przewagę – mobilność i zwrotność. Tworzyły długie kolumny posuwające się powoli wzdłuż jednej, dwóch, a nawet trzech równoległych ulic. Stanowiły łatwy cel: strzelano do nich z pierwszych, drugich i trzecich pięter budynków, a czasami nawet i z piwnic”.

Walka o każde piętro

Już pierwsze godziny starć na ulicach Berlina uwidoczniły wszystkie błędy przyjętej przez atakujących taktyki. Dopiero po pewnym czasie żołnierze Armii Czerwonej i Wojska Polskiego sami wypracowali najlepszą metodę walki. Jak wspominał por. Roman Leś z 1. batalionu, ostrzeliwali „na oślep każdą wnękę, każdy otwór, od piwnic do drugiego piętra. Coraz częściej wybuchały ręczne granaty, a przeciągły terkot pistoletów maszynowych zagłuszał warkot wycofujących się powoli ocalałych czołgów”.
Tworzono specjalne grupy szturmowe, których zadaniem było opanowanie już nie poszczególnych ulic, lecz pojedynczych budynków. Członek jednej z nich, szer. Franciszek Abako, relacjonował: „W pewnym momencie wpadamy przez wyłamany otwór do następnego bloku. (…) Nagle w naszą stronę leci granat, robimy błyskawiczny uskok. Ogłuszeni, oślepieni, instynktownie rzuciliśmy dwa granaty obronne i wpadliśmy na górę, ostrzeliwując się i ciskając granaty w otwory drzwiowe. W ten sposób zlikwidowaliśmy ośmiu hitlerowców, zniszczyliśmy jeden ckm i dwa rkm”.
Kpr. Henryk Włodarczyk z 4. kompanii 2. batalionu wspominał: „Walczono o każde piętro, mieszkanie, piwnicę. Gdy napotykano silny opór, do akcji włączali się artylerzyści. Dom taki ostrzeliwano, następnie podpalano butelkami zapalającymi, granatami i pod osłoną dymu oraz ognia wypierano broniącego się desperacko nieprzyjaciela. Walczyliśmy z zaciętością i nienawiścią. Wciągano działa na barykady, ażeby strzelać na wprost, wdrapywano się po rynnie, ażeby granatem zniszczyć nieprzyjacielskiego snajpera, który siał śmierć”.
O tym, jak zażarta była to walka, świadczy relacja plut. Stanisława Naszczyńca. „W jednym z budynków Polacy zajęli piwnice – pisał. – Niemcy bronili się na parterze, a na piętrze byli znów nasi piechurzy. W tej walce zginęło naszych dwóch zwiadowców z 6. baterii. Niemcy podchodzili nieraz większymi grupami do naszych stanowisk poprzednio przygotowanymi przejściami, często wznawiali walki na naszych tyłach, zadając straty żołnierzom z zaopatrzenia. Dochodziło niejednokrotnie do walki wręcz”.

Trupy na ulicach

Ulice Berlina pokryły się tysiącami trupów. „Większość zabitych to młodzież z niemieckich oddziałów niszczycieli czołgów – notował jeden z polskich żołnierzy. – Twarze delikatne. Są też i starsi z Volkssturmu. Gdzieniegdzie odróżniają się ciała opasłych esesmanów i policjantów. Trupi zaduch stępia spalenizna i choć żre oczy, wyświadcza nam przysługę. Przegryza trupie powietrze. Nieco dalej za linią bitwy na latarniach kołysze się kilku żołnierzy Wehrmachtu. Widocznie opieszale wykonywali rozkazy, więc ich powieszono”.
„Prawie nie można było oddychać. Powietrze było pełne siarki po ostrzale artyleryjskim”, wspominała Jutta Petenati, mieszkanka Berlina, która w kwietniu 1945 r. skończyła 16 lat. W czasie walk o stolicę udzielała się jako pielęgniarka i obserwowała je z bardzo bliska: „Moja przyjaciółka upadła na ziemię, a jej nogi zalały się krwią. Rozglądałam się, szukając pomocy, aż zobaczyłam leżącego żołnierza. Miał rozerwane nogi i wskazywał na mnie. Byłam jedyną wciąż stojącą osobą, która jakimś cudem nie była ranna. Ten żołnierz powiedział do mnie: »Dziewczyno, weź moją broń i zastrzel mnie!«. To było gorsze niż koszmar!”.
Strach przed „azjatyckimi hordami”, które nie brały jeńców, mobilizował Niemców do szaleńczej obrony. Jeden z radzieckich oficerów przyznawał: „Byliśmy zdumieni tym, z jakim uporem walczy nieprzyjaciel. Świadczyło to dobitnie o sile goebbelsowskiej propagandy, która zapowiadała, że w Berlinie trwać będzie zażarty i nieustępliwy opór. Ich ogólne położenie było beznadziejne – miasto zostało całkowicie odcięte, a my mieliśmy obezwładniającą przewagę liczebną. A mimo to Niemcy nie składali broni, a już zwłaszcza jednostki SS nigdy, przenigdy nie poddawały się naszym żołnierzom”.
Część niemieckich oddziałów starała się wydostać z Berlina, aby poddać się wojskom amerykańskim. „Kiedy szłam ulicą, mijały mnie ciężarówki z żołnierzami – wspominała Gerda Drews, wówczas 17-latka. – Próbowali przebić się na północ. Były pogłoski, że tam jest wyłom, przez który można było uciec od Rosjan i złożyć broń przed Amerykanami. Słyszeliśmy straszne opowieści o tym, co Rosjanie robili z Niemcami”. W rzeczywistości już w czasie pierwszych prób forsowania Odry Stalin nakazał swoim wojskom łagodne traktowanie cywilów, licząc, że w ten sposób skłoni Niemców do poddania się.
Podczas walk o Berlin ludność cywilna kilkakrotnie chciała się poddać, jednak żołnierze wcale nie składali broni. „Pamiętam – przyznawał zwiadowca Antoni Łotocki – jak kiedyś na ulicy uprzednio przez nas zdobytej Niemcy podeszli podziemnym przejściem i zaatakowali nas znienacka, podpalając szpital. (…) Z domów stojących na tej ulicy, z każdego okna zwisały białe płachty oznaczające, że cywile poddają się. Lecz gdy tylko zauważyli uzbrojonych Niemców, pozwijali płachty, a z okien posypały się na nas oprócz pocisków ciężkie sprzęty domowe”.
Przed złożeniem broni powstrzymywała berlińczyków myśl, że razem z nimi walczy ich führer. Mieszkanka miasta wspominała, że SS wieszało wszystkich, „którzy nie byli zbyt dzielni, aby walczyć. Kiedy zabrakło drzew, ludzie byli wieszani na lampach. Trupy wisiały wszędzie, żołnierze i cywile, kobiety i dzieci, zwykli mieszkańcy, którzy zostali zabici przez małe grupy fanatyków. Wyglądało to tak, jakby naziści nie chcieli, aby ludzie się poddali, gdyż ich zdaniem przegrana wojna była naszą winą”.
Z okazji 56. urodzin Hitlera 20 kwietnia oprócz standardowych racji żywnościowych mieszkańcy otrzymali dodatkowo puszkę warzyw, trochę cukru i kawy. Podczas oczekiwania w kolejce na swój przydział Dorothea von Schwanenfluegel zobaczyła „chłopca – prawie dziecko w za dużym o kilka rozmiarów mundurze, z leżącym obok granatem przeciwpancernym. Łzy spływały po jego twarzy i widać było, że jest przerażony. Delikatnie spytałam, co tutaj robi. Odpowiedział, że rozkazano mu tu czekać, a kiedy nadjedzie radziecki czołg, ma się pod niego rzucić i wysadzić się w powietrze. (…) Był tak mały, że pewnie nawet nie uniósłby tego granatu…”.
Nieustający opór wywoływał coraz większą irytację atakujących. „Mieliśmy ogromną motywację do rozprawienia się z ostatnimi bastionami nazistowskiego oporu. Nasi żołnierze znajdowali się w stanie jakiegoś amoku. Podciągaliśmy nasze działa i waliliśmy z nich do umocnionych przez Niemców budynków z tak bliska, jak tylko się dało. Po prostu chcieliśmy ich wszystkich wykończyć”, mówił por. Michaił Borisow z 14. Brygady Artylerii.

Biało-czerwona na Reichstagu

Sytuacja zmieniła się wieczorem 1 maja, kiedy hamburskie radio doniosło o śmierci Hitlera. „Führer poległ dziś po południu, walcząc na czele swoich żołnierzy”, skłamał grossadmiral Karl Dönitz, który przejął obowiązki wodza Rzeszy. Jeszcze wcześniej gen. Hans Krebs rozpoczął negocjacje z Armią Czerwoną. Choć zakończyły się one fiaskiem, dla mieszkańców Berlina i jego obrońców śmierć Hitlera oznaczała zakończenie walk.
„Po zapadnięciu zmroku ogień słabnie jeszcze bardziej – opisywał wieczór 1 maja ogniomistrz Marcin Drozdowski. – Usłyszałem nagle wołanie przez megafon od strony Niemców w języku niemieckim, a później polskim: »Polacy, nie strzelajcie, my się poddajemy!«. (…) Na sąsiednim odcinku, gdzie walczyli żołnierze radzieccy, słychać było podobne wołanie w języku rosyjskim. Trwało bez przerwy do godz. 3 po północy 2 maja”.
Wieczorem 1 maja z niecodzienną sytuacją spotkał się także telegrafista Kazimierz Błoński: „Niemcy biegną do natarcia, są już o sto metrów od nas. Jest godz. 22, to już chyba ostatni niemiecki atak. (…) Otwieramy ogień, Niemcy padają gęsto. Reszta biegnie z krzykiem w naszą stronę. Widzimy, że rzucają broń i machają rękami, słychać, jak krzyczą: »Hitler kaputt«. Przerywamy ogień. Za chwilę rusza druga fala Niemców, ci są już bez broni i od razu podnoszą ręce do góry. Dowiadujemy się od nich, że specjalnie poszli do natarcia, aby oddać się do niewoli, mają już dosyć wojny”.
Bezwarunkową kapitulację Berlina ogłosił w południe 2 maja gen. Helmuth Weidling, dowodzący obroną miasta. Dokumenty podpisano w kwaterze głównej gen. Wasilija Czujkowa, oswobodziciela Stalingradu, co miało wymiar symboliczny. Jeden z oficerów sztabowych zapamiętał: „Uderzyło mnie jedno sformułowanie, którego użył Weidling: »Führer nas opuścił« – zupełnie jakby opuściła ich jakaś mistyczna istota”.
„Pamiętam moją radość, kiedy po kapitulacji Berlina dotarliśmy do Reichstagu – zaczynał swoją relację kanonier Mieczysław Huźniak. – Na wielkim placu przed gmachem stały słupy do zawieszenia sztandarów. (…) Ktoś wręczył mi biało-czerwoną flagę, z którą zacząłem wspinać się na słup. (…) W ten sposób dotarłem na jego szczyt i zawiesiłem jedną z licznych tego dnia biało-czerwonych flag – flagę zwycięstwa tak przez wszystkich upragnionego”.
Straty radzieckie wyniosły ponad 350 tys. ludzi, w tym niemal 80 tys. zabitych. Oznacza to, że każdego dnia bitwy ginęło lub odnosiło rany ponad 23 tys. żołnierzy. Polacy udział w operacji brandenburskiej okupili życiem ponad 2 tys. żołnierzy i ok. 8 tys. rannych. Straty niemieckie są trudne do oszacowania. Niektórzy historycy podają liczbę nawet 100 tys. zabitych, łącznie z cywilami.

70 lat po bitwie o Berlin i zakończeniu II wojny światowej pamięć o jej ofiarach, o tym, kto był sojusznikiem, a kto wrogiem, została podporządkowana bieżącej polityce. Sami wypisaliśmy się z obozu zwycięzców, przyjmując rok 1945 za początek kolejnej, jeszcze gorszej okupacji. Niemodnie jest też wspominać o żołnierzach 1. i 2. Armii Wojska Polskiego – wszak na Berlin szli z orzełkiem bez korony. Nie to, co „żołnierze wyklęci”. Nic tak przecież nie wzmacnia ducha narodowego jak rozpamiętywanie klęsk.

Bibliografia:
A. Beevor, Berlin 1945. Upadek, Kraków 2009.
M. Jones, Wojna totalna. Armia Czerwona. Od klęski do zwycięstwa, Warszawa 2013.
T. Le Tissier, Kostrzyn 1945. Przedpiekle Berlina, Warszawa 2011.
Udział Polaków w szturmie Berlina 24 kwietnia-
2 maja 1945 roku. Wybór relacji i dokumentów, Warszawa 1969.

 

Wydanie: 20/2015

Kategorie: Historia

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy