Matuszki

Matuszki

Słodki obowiązek

Joanna Jałoza jazzuje w kuchni, chętnie też jeździ na rowerze. Matuszką jest od siedmiu lat, od czterech mieszka w Biłgoraju. Wcześniej pracowała w nowoczesnej warszawskiej bibliotece. Skończyła trzy kierunki studiów: teologię i pomoc społeczną na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej oraz bibliotekoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Wielkomiejskie życie porzuciła bez żalu.

– Urodziłam się w Bielsku Podlaskim, to małe miasto, więc przeprowadzka na Lubelszczyznę nie była szokiem. Wychodząc za mąż za kandydata na duchownego, byłam świadoma, z czym to się wiąże.
Dom księdza prawosławnego odzwierciedla utrwalony przez tradycję model – głową rodziny jest batiuszka, a żona go wspiera. – Matuszki trzymają się w cieniu mężów, ale bardzo dużo robią dla cerkwi, są doceniane. Nie mam poczucia straty, wydaje mi się, że więcej w tej roli zyskuję – wyjaśnia Joanna Jałoza.

Skromny strój i świadomość, że jest surowiej oceniana niż inne parafianki, też jej nie przeszkadzają. Bardzo długo jej życie towarzyskie wypełniała działalność w Bractwie Młodzieży Prawosławnej, nie chodziła na nocne imprezy do klubów. – A skromny strój może być przecież elegancki – dodaje z uśmiechem.

Egzamin z dźwigania krzyża

Eugenia Klimiuk przeżyła 35 lat w Tarnogrodzie, doczekała się już parafialnych wnucząt i odchowała czwórkę własnych dzieci. Przez te lata nie była z mężem na urlopie, musiała też zapomnieć o wyjazdach do rodziny na święta. Ksiądz nie może zostawić parafii na pastwę losu, a o zastępstwo trudno. Eugenia nauczyła się z tym żyć. – Odpowiada mi taki porządek – deklaruje. – Nie ma u nas miejsca na feminizm, ale też kobieta nie może czuć się pominięta czy zlekceważona. To ona dba o dobre relacje w rodzinie.

Matuszka z Tarnogrodu uprawia w ogrodzie malwy, bratki i róże. Ma też swoje warzywa. Biały, nieduży dom stoi obok cerkwi. W miasteczku przed wojną żyli w zgodzie katolicy, starozakonni i prawosławni. Dziś przeważają katolicy, w synagodze jest biblioteka, a prawosławnych została garstka. Choć dzieci dorosły i poszły z domu, Eugenia ma pełne ręce roboty. Uczy religii w Biszczy i Korchowie, piecze prosfory na niedzielne nabożeństwa i utrzymuje bliski kontakt z wiernymi. Rola matuszki łączy się według niej z wyrzeczeniami. Jeżeli to się zaakceptuje, łatwiej funkcjonować. – Matuszka jest służebnicą, pomaga mężowi nieść krzyż. Co cywilnym wolno, nam niekoniecznie.
Eugenia nigdy nie nosiła krótkich spódnic ani obcisłych sukienek. Jeśli dzieci urządzały w domu imprezę, mowy nie było o alkoholu. Bo rodzina księdza ma być wzorem ładu i harmonii. Męża poznała na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej. Włodzimierz Klimiuk pół roku przyglądał się przyszłej żonie, razem się uczyli. Ona robiła świetne notatki, on był dobry w staro-cerkiewno-słowiańskim.

– A co się księdzu spodobało w przyszłej żonie?
– Przecież nie będę wyliczał, co my jacyś celebryci jesteśmy? – śmieje się ks. Klimiuk. A potem dodaje: – Wszystko miała akuratne.

Maria raczej nie pokaże twarzy. Imię też muszę jej zmienić. Była matuszką w Kościele greckokatolickim. Była, bo nie dała rady. Nie zdała egzaminu z dźwigania krzyża. Zostawiła męża i odeszła. Ale najpierw z czwartku na piątek obudziła się o siódmej rano i pomyślała, że Boga nie ma. Gdyby był, na pewno nie rodziłaby martwych dzieci. A kołysek nie musiałaby zamieniać na białe trumienki. Jak śpiewać w cerkwi i modlić się na panichidzie, kiedy się patrzy w puste niebo? Nie umiała. A głos ma kształcony. Aksamitny alt. Maria myśli czasem o dawnym życiu, o tym, że na nabożeństwo nakładała chustę, prowadziła chór i uczyła dzieci religii. A teraz nalewa piwo w Manchesterze.

– Co się dzieje z batiuszką, kiedy odejdzie od niego matuszka? – pytam ks. Włodzimierza Klimiuka.
– Pismo mówi, że kapłan to mąż jednej żony, nie może więc ponownie się ożenić, nawet gdy zostanie wdowcem. Kościół prawosławny uznaje związek męża i żony za wieczny.

Bogumiła Charkiewicz z Zamościa na prośbę wiernych na kolędę chodzi z mężem. Jest modlitwa, wspólne śpiewanie, a potem kolacja i rozmowy. Dziennie odwiedzają najwyżej dwie rodziny, to zabiera sporo wolnego czasu, ale ona czerpie radość z tych spotkań. Matuszka z Zamościa na nabożeństwa nie przychodzi w chuście, ale nigdy o niej nie zapomina, idąc do komunii. Uważa, że to wyraz pokory, choć nie wszystkie parafianki noszą chusty. I nikt nie robi im z tego powodu wyrzutów. Iwona Kot w chuście przystępuje do spowiedzi i komunii, ale na nabożeństwa nie zawsze ją nakłada. Eugenia Klimiuk i Anna Wasiluk o przykryciu głowy nie zapominają, ale Anna Prokopiuk chusty nie nosi. – Jest list św. Pawła do Koryntian, który czytałam w oryginale – argumentuje – i tam jest dokładnie napisane, że nakryciem głowy dla kobiety są długie włosy.

– A jak było we Wrocławiu?
– Żadnych chust, tylko babcie je nosiły.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 3/2015

Kategorie: Reportaż

Komentarze

  1. Maro
    Maro 18 października, 2017, 03:00

    Co za glupoty pani wypisuje,w hajnowce batiuszce nic nie wypada,ani isc na basen z dzieckiem ani na spacer,nigdzie,w domu lezy jak krol,a matuszka jest zwykla sprzataczka i sluzaca.A powinno byc odwrotnie ,batiuszka powinien byc dla ludzi i zoby a nie odwrotnie.Kobiety wychodza za nich za maz,bo wiadomo jak w rodzinie ksiadz to biedy nie ma.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy