Miał być zamach stanu, wyszła rewolta

Miał być zamach stanu, wyszła rewolta

Sierpień ’80. Na szczytach władzy strajków się nie bano. To był pretekst do politycznej rozgrywki

Sierpień zaskoczył wszystkich. Taką opinię powtarzają i ówcześni opozycjoniści, i publicyści, i historycy. Na pierwszy rzut oka trudno z tym polemizować. Edward Gierek był na wakacjach na Krymie, w Bułgarii nad Morzem Czarnym wypoczywali członkowie Biura Politycznego. Na wakacjach była także opozycja, w tamtym czasie nieliczna, ograniczająca się do kilkuset osób w całym kraju. I w takim czasie wybuchły masowe strajki, które zachwiały systemem. Cud? Czy coś innego?

A może ktoś nie był nimi zaskoczony, przynajmniej ich początkiem?

Coraz więcej informacji wskazuje na to, że strajki były elementem gry o władzę, miały służyć wywołaniu przesilenia politycznego. A potem to wszystko wymknęło się spod kontroli.

Przed Sierpniem był lipiec

Ale zacznijmy od lutego 1980 r., czyli od VIII Zjazdu PZPR. Zjazd dokonał przegrupowania w obozie władzy – Edward Gierek został poważnie osłabiony, musiał się zgodzić na odejście Piotra Jaroszewicza ze stanowiska premiera. Kryzys gospodarczy przechodził w kryzys polityczny. Do walki o władzę stanęły dwie grupy – Edwarda Babiucha, który kontrolował aparat partyjny, i Stanisława Kani, odpowiedzialnego w tamtej strukturze za MSW, popieranego przez Wojciecha Jaruzelskiego. Bardzo szybko się okazało, że władza Gierka jest coraz bardziej iluzoryczna, on sam jest bezradny, i że system zmierza do przesilenia.

Sam Gierek w „Przerwanej dekadzie” opowiadał tak: „W lipcu 1980 wybuchły strajki o kaszankę. Były spowodowane podwyżką cen właśnie kaszanki i innych podrobów w bufetach pracowniczych. Strajki swoje apogeum osiągnęły w Lublinie i w województwie oraz w całej lubelskiej DOKP. Wyznam, że byłem tym wręcz oszołomiony. Przedtem nie miałem żadnych sygnałów od służb milicyjnych bądź aparatu partyjnego, że w Lublinie jest wielkie wrzenie. Bo przecież taki strajk nie wybucha z niczego. (…) Powstaje pytanie, kto organizował strajk? Zatrzymanie całego województwa nie jest sprawą łatwą, tego nie da się zrobić bez prężnej organizacji, ot tak sobie. Do tego proszę dodać strajk całej DOKP w Lublinie. Jedyny, jak dotąd, strajk powszechny na kolei w całej historii Polski Ludowej. Lubelska DOKP należy do najważniejszych dyrekcji kolei w kraju, przez jej teren idą wszystkie dostawy dla radzieckich dywizji w NRD oraz cały eksport Związku Radzieckiego do tego kraju. I oto kolejarze lubelscy przyspawali koła lokomotyw i wagonów do torów kolejowych na szlakach prowadzących z Małaszewicz i Terespola na Zachód. (…) Był to fakt, który musiał być omawiany przez Biuro Polityczne KPZR, to był fakt odnotowany przez wszystkie wywiady świata. Powstaje pytanie, dlaczego wtedy właśnie kolejarze polscy zdecydowali się na tak desperacki krok? Dlaczego nigdy tego nie zrobili – ani przedtem, ani potem?”.

Po czym Gierek dodał: „Wielkie zakłady tego województwa, WSK Świdnik, Fabryka Samochodów Ciężarowych, charakteryzowały się wyjątkowo wysokim, bo ponad 30-procentowym, udziałem kadry zarządzającej wywodzącej się z milicji i wojska. Była to kadra w pełni dyspozycyjna. W gruncie rzeczy strajk taki nie mógł się odbyć bez przyzwolenia tych służb”. I skonkludował: „Musiały ten strajk zorganizować siły, które były zobowiązane do pilnowania porządku w kraju”.

Oczywiście mogła przez Gierka przemawiać gorycz utraconej władzy, patrzenie na politykę poprzez korytarzowe intrygi, ale pamiętajmy o jednym – był zawodowym rewolucjonistą. Organizatorem strajków. Wiedział, jak je się wywołuje i jak je się gasi.

Prof. Andrzej Werblan w „Polsce Ludowej” również wyraża przypuszczenie, że te strajki nie mogły być spontaniczne. „Budziło wtedy moje podejrzenia, dlaczego pierwsze strajki wybuchły w zakładach zbrojeniowych, Świdnik, Rzeszów i Stalowa Wola – wspomina. – Najsilniej penetrowanych przez służbę bezpieczeństwa. Najlepiej opłacanych. Mnie zastanawiało, dlaczego wcześniej nie było żadnego sygnału, że to tam, właśnie w tych fabrykach, może się wydarzyć coś takiego. A tam istniał bardzo rozbudowany aparat, który powinien to sygnalizować i wiedzieć. Dla mnie jest zastanawiające, w jakim środowisku strajki się zaczęły”. I kończy: „A potem już te strajki szły, w połowie sierpnia fala była nie do zatrzymania. Ale wpierw trzeba było ją poruszyć”.

Telefon Kuronia

Fala pierwszych strajków, przed tym najważniejszym w Stoczni Gdańskiej, rozlewała się po kraju, a władza…

Gierek, po latach, widział to tak: „Moi przeciwnicy czekali, aż narastająca fala roszczeń zmyje mnie z pokładu. Dlatego też, sądzę, swoboda działań naszych przeciwników politycznych była niczym nieograniczona. Czytałem, już dobrze po Sierpniu, chyba w londyńskich »Wiadomościach«, reportaż zastępcy szefa sekcji polskiej BBC z letniego pobytu w Polsce. Opisywał on, jak to się wtedy odbywało. W mieszkaniu Kuronia np. było coś na kształt centrali informacyjnej dla prasy zagranicznej. Natychmiast po zawiązaniu się strajku czy to w Jarocinie, czy to w Krotoszynie, dzwonił do niego korowski sympatyk i informował o wydarzeniu. Informację tę zaraz przekazywała któraś z dyżurujących tam panienek do korespondentów agencji prasowych. Oni przekazywali tę informację do centrali, a wieczorem na falach eteru kilku rozgłośni wiadomość ta powracała do kraju w serwisie dzienników radiowych. Jakimś dziwnym trafem telefon Kuronia działał bez usterek, nie było żadnych awarii, sądzę też, że odpowiedni funkcjonariusze pilnowali, aby nic się w jego bezcennej dla Kani aparaturze nie zepsuło. Nic więc dziwnego, że skoro tylko wybuchł strajk tramwajarzy w Poznaniu, najdalej za dwa, trzy dni podobny strajk wybuchał w Krakowie czy Bydgoszczy. Ta bezradność służb porządkowych minęła jak złoty sen, gdy pojawiły się strajki na tle politycznym. Służby te, tak ślamazarne i szokująco bezradne w lipcu i pierwszej połowie sierpnia 1980 r., okazały się niezwykle sprawne, gdy wola polityczna ich mocodawców zaczęła współbrzmieć z wydawanymi im rozkazami. Myślę, że gdzieś do 20 sierpnia sądzono, że gospodarka zniesie tę bezprzykładną czkawkę strajkową”.

Co ciekawe, również Lech Wałęsa nie odrzuca tezy, że pierwsze strajki były przez część establishmentu akceptowane, traktowano je jako sposób na wywołanie przesilenia kadrowego na szczytach władzy.

W „Drodze nadziei” tak opisuje, jak jechał 14 sierpnia do stoczni na strajk: „Nie wierzyłem, że uda mi się dojść do stoczni. O naszych przygotowaniach do strajku było dość głośno, a nie byliśmy ani pierwszym, ani jedynym ogniwem strajkowym w Polsce. (…) Wsiadłem do tramwaju. Długa jazda, ze Stogów pod stocznię jedzie się dobre 35 minut. Przez ten czas nabierałem podejrzeń. Obstawę miałem szczelną, widziałem ich w samochodzie, byłem dobrze pilnowany. Więc musi im to chyba być na rękę? Co planują? Czy liczą na zmiany, naszym kosztem, na których sami coś zyskają?”.

Decyzję o strajku działacze gdańskiej opozycji, najsilniejszego opozycyjnego ośrodka w kraju, podjęli 7 sierpnia. Tylko że to wszystko wciąż było płynne. W „Drodze nadziei” mówią o tym jego uczestnicy. Józef Drogoń: „Byłem z Lechem na spotkaniu w pierwszych dniach sierpnia. Społeczeństwo było pogrążone w marazmie psychicznym. Między nami zaś panowało podniecenie, ponieważ wiedzieliśmy o strajkach w Lublinie. Dokonaliśmy próby oceny naszych» własnych możliwości w przypadku, gdyby u nas coś takiego zaistniało. (…) Ze sceptycyzmem przyznałem, że to chyba nie wyjdzie, że to nie ruszy”.

Andrzej Gwiazda: „Największy udział w przygotowaniu Sierpnia miał Borusewicz, ja byłem z tego praktycznie wyłączony, dlatego że w lipcu pojechaliśmy na urlop, bo stwierdziliśmy, że jest to być może ostatni czas, kiedy się da na urlop pojechać. Tak, były pewne uzgodnienia, była taka rozmowa, nawet padł termin strajku. Ktoś to zaplanował technicznie, może takie postanowienie było, tylko że ono nie miało przecież mocy wykonawczej, bo my nie mieliśmy żadnych środków”.

14 sierpnia

Gdy Wałęsa pojawił się w stoczni, jeszcze nic nie było przesądzone. Dyrektor Gniech był o włos od zatrzymania strajku, robotnicy byli zdezorientowani, nieprzekonani. Strajk organizowało trzech młodych robotników: Jerzy Borowczak, Ludwik Prądzyński, Bogdan Felski (Alina Pieńkowska mówiła o nich: „Bardzo młodzi chłopcy, pracowali w Stoczni od dwóch lat i równocześnie wieczorem uczyli się w Technikum Budowy Okrętów”). I wyraźnie brakowało im autorytetu. Dwa tygodnie wcześniej próbowali Stocznię zatrzymać, ale wtedy im się nie udało. Tym razem byli lepiej przygotowani, rozwiesili plakaty, mieli podrzuconą przez Bogdana Borusewicza „bibułę”.

Ale pewnie niewiele by zdziałali, gdyby nie pojawił się Wałęsa, od czterech lat niepracujący w stoczni. On ten moment tak wspomina: „Po pierwszym impulsie – ludzie stanęli. Wysunięty był postulat dotyczący Anny Walentynowicz, jeszcze z rozpędu ja, bo sam upomniałem się o swoje, powszechne było oczywiście żądanie budowy pomnika, no i coś, co rozumieli wszyscy – podwyżka. 2000 zł na głowę. Podnieśliśmy od razu tę poprzeczkę, czyniąc z niej punkt wyjścia dla całej reszty spraw, które jeszcze nie zostały nazwane, bo zwaliłyby z nóg, przestraszyłyby tych spokojnych ludzi, którzy dali się porwać na moment”.

I dodaje: „Jedną z pierwszych decyzji Komitetu Strajkowego było żądanie dostępu do radiowęzła stoczni. Wiedzieliśmy, że jawność wszelkich rozmów i negocjacji jest naszą siłą. W ten sposób każdy mógł uczestniczyć w przebiegu dyskusji, każdy mógł do mikrofonu podejść i przedstawić swój punkt widzenia. System nagłośnienia stoczni obejmował wszystkie wydziały i hale produkcyjne, a następnie zadbano, by obrady były słyszalne w sąsiednich stoczniach i zakładach pracy wzdłuż ulicy Wałowej. Później jeszcze delegaci zawozili nagrania naszych obrad do swoich zakładów”.

W ten sposób uruchomiony został mechanizm, który nakręcał strajk. Wzmacniał go, przełamując naturalny strach, budując poczucie wspólnoty, siły, uczestniczenia w czymś ważnym.

Okazało się to istotne już po paru dniach. Gdyż już w sobotę, 16 sierpnia, kiedy dyrekcja zgodziła się na wszystkie postulaty – przywrócenie wyrzuconych do pracy, upamiętnienie ofiar Grudnia i podwyżkę płac w wysokości około 1500 zł, strajk omal nie wygasł.

Stoczniowcy byli zadowoleni z tego, co Wałęsa wynegocjował. Ale wówczas pojawił się argument – czy mogą zostawić mniejsze zakłady, które przyłączyły się do strajkującej stoczni?

Wybuchła wielka awantura. Że to nie koniec, że trzeba trwać. Wałęsa więc zadecydował, że zostaje w stoczni. W nocy z soboty na niedzielę (z 16 na 17 sierpnia) zawiązał się Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Co, niejako automatycznie, wymusiło napisanie programu strajkujących, czyli 21 postulatów.

Tak skończył się czas gaszenia strajków pieniędzmi, a rozpoczął się czas politycznych negocjacji. Tych w Gdańsku i tych w Warszawie.

18 sierpnia przyjechał do Gdańska Stanisław Kania. I na posiedzeniu Wojewódzkiej Rady Narodowej mówił, że sytuację trzeba rozwiązać metodami politycznymi. Mówił też, że partia straciła kontakt ze społeczeństwem i że jest to kolejny zakręt.

Jakby był już przekonany, że z tego zakrętu wyjedzie jako główny kierowca.

To, że bezpieczeństwo przejmuje inicjatywę, dostrzegał również Andrzej Werblan. Mówił o tym w rozmowie z Karolem Modzelewskim w „Polsce Ludowej”:

„Andrzej Werblan: Muszę powiedzieć, że zachowanie się bezpieczeństwa w czasie tego kryzysu dawało dużo do myślenia.
Karol Modzelewski: W sierpniu?

AW: I po sierpniu, w czasie całego kryzysu. Oni nie robili wrażenia przestraszonych, oni się czuli pewni. Jakby byli pewni, że to ostatecznie się skończy, że będą górą. A jeżeli idzie z kolei o aparat partyjny – oni byli przestraszeni.

KM: Takie mam wrażenie, że aparat partyjny skutecznie straszyły mity o listach proskrypcyjnych, o magazynach broni.

AW: Oni byli przestraszeni, a bezpieka nie”.

Czy tylko dlatego, że miała swoich agentów wśród strajkowych przywódców? Na pewno był nim przywódca górniczego strajku w Jastrzębiu. A co do Mariana Jurczyka (Szczecin) i Lecha Wałęsy, SB chwaliła się, że ma na nich wpływ. Szybko okazało się to iluzją, ale to inna historia.

Władza się nie bała…

Ogłoszenie 21 postulatów, a zwłaszcza postulatu powołania wolnych związków zawodowych, zmieniło sytuację. Działacze Komitetu Obrony Robotników zaczęli być zatrzymywani. Jacka Kuronia zatrzymywano na 48 godzin, po czym wypuszczano go i natychmiast ponownie zatrzymywano, przewożąc na inny komisariat.

Ale tamy już puściły. Strajki podejmowały kolejne zakłady, rozlewało się to na całą Polskę. Tymczasem na szczytach władzy trwała gra.

W cytowanej już „Polsce Ludowej” tak Andrzej Werblan opowiadał o niej Karolowi Modzelewskiemu:

„Andrzej Werblan: Toczyła się podskórna walka o sukcesję. Stawało się oczywiste, że Gierek tego kryzysu już nie przetrwa.

Karol Modzelewski: On sam sobie zdawał z tego sprawę?

AW: Wyczuwał sytuację, ale się wahał. Cała sprawa polega na tym, że jak się zaczyna walka o sukcesję, to pojawia się także chęć, żeby przyśpieszyć rozstrzygnięcie. A rozstrzygnięcie się przyśpiesza w dwojaki sposób – przez eskalację konfliktu albo poprzez rozwiązanie pokojowe, ale z takimi ustępstwami, które osłabiają pozycję szefa w oczach establishmentu i też ułatwiają zmianę. Jeszcze dodam jedno –
jak się takie rzeczy dzieją, to w nich zawsze bierze udział policja i ci, którzy na nią mają wpływ. Ja nie lubię spiskowych teorii, ale nie można nie dostrzegać faktów, które mogłyby za tym przemawiać. Na mnie zrobił wrażenie pewien szczegół ze wspomnień Waldemara Kuczyńskiego. Opisał on wyjazd grupy intelektualistów do Gdańska, w charakterze doradców. Chyba wezwał ich Mazowiecki. Zebrali się w mieszkaniu Jacka Kuronia i tam dyskutowali. Jak pojadą, co zrobią. Z nimi, jak wspomina, nawiązał kontakt jakiś bezpieczniak, który przedtem ich śledził, i zaproponował, że ich rządowym samolotem przewiozą. Potem z tego się wycofano, oni sami nie chcieli lecieć rządowym samolotem.

To wtedy zaproponowano im ułatwienie w nabyciu biletów na normalny samolot. Dyskutowali sprawę, jak się ustosunkować do postulatu wolnych związków zawodowych. Doszli zgodnie do wniosku, że to jest casus belli i zabójczy postulat. Ale kto to potrafi wyperswadować robotnikom?

KM: Westchnienie Kuczyńskiego, że ja bym tam się przydał, musiało tego dotyczyć, jak przypuszczam.

AW: W każdym razie wspomina on, że ktoś powiedział, aby to on się podjął to wyperswadować. On robotników przekona. I w nocy tego jednego aresztowano. Można więc wnioskować, że bezpieka tego dnia doszła do wniosku, że należy eskalować porozumienie. Nie wykluczam, że eskalacją konfliktu chciano przyśpieszyć zmiany personalne na szczycie władzy.

KM: Gra personalna zastępuje myślenie w kategoriach racji stanu ustroju komunistycznego.

AW: Może być również elementem wyjścia z kryzysu.

KM: Jak popatrzymy, co się potem działo, to widać, jak bardzo utopijne było to myślenie.

AW: To było myślenie utopijne. Z tym, że jedną rzecz muszę powiedzieć, żeby odtworzyć ówczesne własne myślenie. Ja się nie bałem tych nowych związków zawodowych. Nie uważałem, że one oznaczają koniec reżimu Zresztą w ogóle nie przewidywałem końca reżimu w wyniku tego kryzysu.

KM: No tak… Ja też nie przewidywałem końca reżimu.

AW: Nie bałem się, że oto zwycięży restauracja, że wróci przedwojenny ustrój i ktoś w rodzaju Andersa na białym koniu. Bałem się dramatycznego wyjścia z kryzysu, typu Węgry 1956 lub Czechosłowacja 1968. Jakichś wielkich starć, a potem pacyfikacji kraju. Natomiast byłem przeświadczony, że tu nie idzie o upadek ustroju i że nowe związki zawodowe mu nie zagrożą.

KM: Wtedy nikt nie miał takiego zamiaru. Niektórzy może mieli, ale to nie było znaczące. Tylko że to uruchamiało mechanizm, który system rozbijał.

AW: Dzisiaj na ten temat dużo więcej wiemy. Wtedy sądziłem, że te związki zawodowe zostaną jakoś wmontowane w istniejący ustrój.

KM: Niewątpliwie Kania miał taką nadzieję…

AW: Na pewno było sporo lęku, ale też żywiono sporo złudzeń. Dwie jeszcze sprawy. Między kolejnymi posiedzeniami Biura Politycznego bez przerwy trzeba było informować radzieckich o tym, co się dzieje i jakie są zamiary. Bo jednak liczono się z ich opinią. Zwykle robił to Gierek. On rozmawiał. I Gierek miał kłopoty z przekonaniem Breżniewa do nowych związków zawodowych. Ale ostatecznie go przekonał, bo powiedział, że my sobie jakoś z tym damy radę. W tym Biurze było jakieś takie przekonanie, że my możemy to opanować. Przychodzili bezpieczniacy i mówili, że oni są w stanie całą stocznię, tych wszystkich strajkujących, wynieść w jeden dzień. Było niby takie przekonanie, że my nie chcemy awantury, więc powinniśmy podpisać porozumienie, a potem jakoś to się opanuje. Wydaje mi się, że zwolennikiem takiego poglądu był Kania. On patrzył dość optymistycznie na możliwość administrowania tym kryzysem.

KM: Wierzono, że to będzie jak w roku 1971. Że stopniowo napięcie opadnie, a partia uzyska nad tym kontrolę. To, że sprawy mają się inaczej, zaczęło docierać do świadomości miesiąc później, kiedy przetoczyła się fala kolejnych porozumień, kiedy spóźnieni też ruszyli do strajku”.

Postscriptum. Rok 2017

Pisanie dziś o Sierpniu ‘80 to jak podskoki na kruchym lodzie. Co z tego, że minęło 37 lat, skoro wokół tamtych wydarzeń z każdym rokiem narastają emocje?

Sierpień ‘80 stał się bowiem elementem naszej polskiej tożsamości – więc o jego interpretację toczy się bój. Partyjny bój.

Jest więc wykładnia PiS, czym był Sierpień, kto jakie miał tam zasługi. I jest wykładnia Platformy. Obie partie napisały swoją historię roku 1980, ogłosiły ją jak dogmat. Mają swoich bohaterów, swój przebieg wydarzeń, swoje świętowanie. I w ten sposób przegoniły historyków i publicystów, zastępując ich nadwornymi kronikarzami, czy też usłużnymi cynglami.

Wspomnienie stało się celebrą.

Przekaz Platformy jest jasny. Arkadyjski. Naród zbuntował się w lipcu, w sierpniu stanęło już pół Polski, w końcu stanęła Stocznia Gdańska, gdzie szefem komitetu strajkowego został działacz Wolnych Związków Zawodowych Lech Wałęsa. To WZZ, kierowane przez Bogdana Borusewicza i sprzęgnięte z KOR, przygotowały strajk, który później wzmocnili przybyli z Warszawy eksperci, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek… Tak narodził się ruch, którym zachwycił się świat. Który zjednoczył praktycznie wszystkich Polaków, a później obalił komunizm. I z niego jest PO.

Przekaz PiS jest inny – spiskowy, cierpiętniczy. PiS też mówi, że na początku był naród, który się zbuntował. Buntem kierowali Andrzej Gwiazda, Anna Walentynowicz, Lech Kaczyński (niedawno go dopisali, żałosne to)… Ale później do gry weszły tajne służby PRL, SB, i poobsadzały kluczowe miejsca w „Solidarności” swoimi agentami, którzy torpedowali działania patriotów.

Naród został więc oszukany. Potem był 13 grudnia i naród został zdławiony. A potem był rok 1989 i było kolejne oszustwo – odchodzący reżim dokonał sztuczki, bo przekazał władzę swoim agentom. A oni stworzyli III RP, państwo ciemnych interesów i ciemnych powiązań. Oprawców i zdrajców. I dopiero teraz patrioci odzyskują Polskę.

Obie opowieści – i Platformy, i PiS – pełnią więc rolę służebną. Wobec interesu partii. Służą udowodnieniu, że jedna partia albo druga są spadkobiercami tego, co w Sierpniu było najlepsze, że miały zawsze rację, i w związku z tym władza im się należy…

Odłóżmy partyjne opowiastki na bok, bo tak naprawdę psują one wspomnienie Sierpnia. To przecież było wielkie wydarzenie, ale ono nie narodziło się deus ex machina.

Ludzie ówczesnej władzy, przynajmniej ich część, wiedzieli, że Polska zmierza ku katastrofie, że nastroje pogarszają się z kwartału na kwartał. I co dalej?

Jest takie wspomnienie Andrzeja Werblana z roku 1979. Podczas jednej z narad w Łańsku wybrał się z Jaruzelskim na spacer i generał go pytał: a co zrobimy, kiedy dojdzie do takich wystąpień, jak w grudniu 1970 r.? I obaj bezradnie kiwali głowami. Bo, owszem, teoretycznie wiadomo, co robić – nie prowokować rozruchów, reagować zmianami w polityce i w personaliach, trzymać Rosjan z daleka… Ale to tylko teoria.

Lecz w tym kontekście lipcowe próby (jeżeli były) rozbujania Polski, żeby doprowadzić do przesilenia i do zmiany na szczytach władzy, wyglądają na prawdopodobne. A jak było w rzeczywistości? Kłopot w tym, że jeżeli przyjmiemy, że SB inspirowała pierwsze strajki, to upada mit wielkiego narodowego zrywu, pielęgnowany zarówno przez PiS jak i PO… Więc?

Więc lepiej milczeć?

Choć są wspomnienia Lecha Wałęsy – gdy opowiada, jakimi argumentami rozpalał strajk. Bo naród buntował się powoli. A robotnikom bardziej chodziło o dodatkowe 2 tys. zł, o przedszkola dla dzieci czy łatwiejszy dostęp do mieszkań niż o obalenie tamtego ustroju.

Jakże żałośnie na tym tle wygląda narracja PiS, że dla stoczniowców liczyła się tylko Anna Walentynowicz, a Wałęsa już nie. No, bez Wałęsy strajku pewnie by nie było, dyrekcji zabrakło dwóch kwadransów, by namówić załogę do
powrotu do pracy…

I jak wytłumaczyć, że w pewnym momencie strajki rozpalały się jeden po drugim, że nagle opadł strach, i ludzie poczuli się na swoim?

A czas Solidarności? Jak oceniać jej działania? Jakim była początkowo ruchem? Ludową rewoltą, przywiązaną do tzw. sprawiedliwości społecznej, czy wręcz niepodległościowym powstaniem (takie zaczynają być ustalenia)? Ile z jej działań to efekt emocji, niewiedzy, a ile inspiracji z różnych źródeł, także ze strony agentury? Jaki był margines jej działania, wyznaczony miejscem Polski w ówczesnej Europie? A PZPR? Co się działo z tą formacją, dlaczego w roku 1980 straciła polityczną inicjatywę?

Pytań są dziesiątki. I są zagłuszane. Przez obchody, uroczystości, często o charakterze niemal religijnym.

Najwyższy czas, byśmy Sierpień zaczęli odbierać Platformie i PiS. To konieczne, bo inaczej staniemy się niewolnikami przekazów dnia, partyjnych prawd i pustej celebry.

Wydanie: 35/2017

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy