Między VAT-em a krzyżem – Polska w oparach fundamentalizmów

Między VAT-em a krzyżem – Polska w oparach fundamentalizmów

Ostatnio w czasie dyskusji we Wrocławiu na temat lewicowej wizji miasta realizowaną obecnie politykę lokalną określono jako pozostawienie obywatela w cieniu kościelnej kruchty albo wielkich banków i komercyjnych biurowców. Dla innych form działania i myślenia brakuje przestrzeni miejskiej. Albo zamykasz się w kościelnej twierdzy i kulturowym zaścianku, albo giniesz w samotnym tłumie w hipermarkecie. To samo można jednak powiedzieć o przestrzeni kulturowo-politycznej Polski: albo pozostajesz w kręgu kościelno-PiS-owskim, albo unosisz się wraz z komercyjną papką i kończysz jako wyborca PO.
Kiedy PiS-owscy fundamentaliści wznosili modły i odprawiali rytuały religijne, w tym samym czasie rząd PO zatwierdzał politykę zaciskania pasa i podwyższał VAT. Walka o krzyż skutecznie przysłoniła politykę ekonomiczną rządu i uniemożliwiła debatę na temat jakości życia w Polsce. Brodaty klasyk miał rację, kiedy pokazywał, że ideologia jest zależna od warunków społeczno-ekonomicznych: „nie świadomość określa życie, lecz życie określa świadomość”.
Marks wskazywał też, że poglądy klasy panującej są poglądami realnie panującymi w społeczeństwie. Dlatego też kiedy chcę wiedzieć, co myśli władza na temat spraw społeczno-ekonomicznych, czytam komentarze Agaty Nowakowskiej na łamach „Gazety Wyborczej”. Dzielnie stać na straży czystości zasad neoliberalnej ekonomii w czasach, kiedy fundamentalizm rynkowy mocno się chwieje, to nie lada misja. Ale cóż, pomysły odbierania przywilejów socjalnych oraz słaba i pozostawiona sama sobie klasa rządząca muszą mieć wsparcie. Bo przecież „ci silni potrafią bronić swoich przywilejów – jeśli trzeba to nawet kamieniami i łomami”, jak pisze Nowakowska. A ci biedni ministrowie, prezesi banków i niestrudzeni menedżerowie mogą liczyć tylko na policję uzbrojoną jedynie w gaz łzawiący i broń gładkolufową. Cóż za niesprawiedliwość i brak proporcji.
A podwyższenie VAT uderza jednak przede wszystkim w ludzi biednych, których dochody będą realnie bardziej uszczuplone niż zarobki ludzi bogatych. Ci ostatni będąc często przedsiębiorcami, mogą zresztą odliczyć sobie koszty VAT w ramach prowadzonej działalności gospodarczej.
W cieniu krzyża bez echa przeszła również deklaracja ministra Sikorskiego, że polska armia pozostanie w Afganistanie do… 2014 r. A jeszcze niedawno słyszeliśmy w czasie kampanii wyborczej, że czas uciekać z tej absurdalnej wojny. Nawet Rada Bezpieczeństwa Narodowego dyskutowała na ten temat. Ale wybory się skończyły i mamy nowe otwarcie. Licznik wskazujący zabitych polskich żołnierzy i afgańskich cywilów będzie niestety pracował dalej. Według najnowszego raportu ONZ w pierwszej połowie 2010 r. w Afganistanie zginęło prawie 13 tys. cywilów. Ci, którzy chcą walczyć z talibami, nie muszą jednak lecieć do Afganistanu. W kraju nad Wisłą jest ich pod dostatkiem. Nie noszą co prawda turbanów, ale modlą się gorliwie jak nie do Rydzyka, Głodzia czy Dziwisza, to do wzrostu gospodarczego, własności prywatnej i świętego kapitału.
Fundamentalizm rynkowy i religijny mają wbrew pozorom wiele wspólnych cech: nie znoszą odmiennych poglądów; ich wyznawcy wierzą w jedyną i ostateczną wersję prawdy; kryterium rozstrzygającym o tym, co jest fałszem, a co stanowi prawdę, jest zgodność głoszonych poglądów z Najwyższym Autorytetem, Świętą Księgą czy Niepodważalną Ideologią. Świat jest widziany w biało-czarnych kolorach, a szukanie nowych wizji, pomysłów i rozwiązań jest dla fundamentalistycznych wyznawców stratą czasu, bo przecież wiadomo, co jest słuszne i moralne. Jedynym ich zmartwieniem jest usunięcie wszelkich przeszkód w celu upowszechnienia sprawdzonych i ostatecznych rozwiązań.
Ciekawa była reakcja na spontaniczny protest przeciwko obecności krzyża przed Pałacem Prezydenckim ze strony funkcjonariuszy Kościoła i polityków prawicy. Ci pierwsi odcięli się od krzyża, twierdząc – jak np. abp Kazimierz Nycz – że nie są stroną w tym sporze. Jak się okazuje, Kościół, który tak chętnie i mocno popierał z ambon Kaczyńskiego, teraz, kiedy na ulicę wychodzi kilka tysięcy ludzi, potrafi w obronie swoich interesów odciąć się nawet od krzyża. Z kolei politycy PO, którzy rządząc krajem i Warszawą, nie potrafili zapewnić porządku przed Pałacem Prezydenckim, zrzucili odpowiedzialność na PiS. A lider PiS w ostatnim czasie tak się pogubił, że rzuca już gromy na wszystkich. Co bardziej pragmatyczni jego wyznawcy, myśląc o swojej zagrożonej przyszłości, zaczęli się powoli dystansować od swojego wodza – tak jak znany PiS-owski propagandzista Marek Migalski czy Paweł Lisicki, szef prawicowej „Rzeczpospolitej”. Czyżby rozpoczęła się ucieczka z tonącego okrętu, którym kieruje szaleńczy kapitan?
Sam „antykrzyżacki” protest pod Pałacem Prezydenckim pokazał, że partie polityczne nie mają w XXI w. monopolu na politykę rozumianą jako aktywność obywateli. Internet potrafi zmobilizować ludzi skuteczniej i szybciej – choć pewnie tylko na chwilę – niż aparaty partyjne. Pokazał też, że młode pokolenie w Polsce wyraźnie i ostatecznie zrywa związki z Kościołem. Tradycjonalistyczna narracja i religijne przyśpiewki napotkały w sferze publicznej śmiech młodych ludzi. Choć żaden z przedstawicieli Kościoła ani polityków prawicy tego głośno nie powiedział, to jednak reakcja społeczna na grę symboliką religijną była dla nich dużym szokiem. Jedynie zgorzkniały i jak zwykle dyszący żądzą odwetu senator Zbigniew Romaszewski nazwał protestujących przeciwko krzyżowi „współczesnym ORMO, które przeszkadza się modlić”. Wczoraj ORMO, dziś spontaniczny protest. Coś jednak w Polsce się zmienia. Przemiany mentalne i kulturowe zachodzące wśród młodych ludzi powoli będą się przekładać na klimat polityczny. Dobrze byłoby, aby odrzuceniu fundamentalizmu religijnego towarzyszyło także blokowanie fundamentalizmu rynkowego. Lewica powinna być motorem, symbolem i głównym zapleczem politycznym dla tych zmian.

Wydanie: 33/2010

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy