Mieszkaniowa segregacja

Mieszkaniowa segregacja

Amerykańska bieda ma czarny kolor. Nie bez przyczyny

Korespondencja z USA

Ponad pół wieku po zrównaniu w prawach obywatelskich Afroamerykanie pozostają najuboższą warstwą amerykańskiego społeczeństwa. Obiegowa opinia chętnie szuka przyczyn tego stanu w indywidualnych wyborach, a nawet wadach osobowościowych – lenistwie czy braku ambicji. Odkąd ruch Black Lives Matter (Czarne życia się liczą) wywalczył miejsce na debatę o kategoriach dyskryminacji, na które wciąż istnieje ciche, acz systemowe przyzwolenie, Ameryka mierzy się z niewygodnymi faktami na temat spuścizny po latach segregacji, a także przejawów swojego wciąż żywego rasizmu. Kiedy – i czy w ogóle – sprawiedliwości społecznej stanie się zadość?

W 1968 r., cztery lata po ogłoszeniu Ustawy o prawach obywatelskich (Civil Rights Act, CRA) kończącej erę segregacji Waszyngton zatwierdził Ustawę o sprawiedliwym dostępie do mieszkalnictwa (Fair Housing Act, FHOA), która formalnie zakazywała dyskryminacji na tle rasy, religii i pochodzenia (po poprawce w 1974 r. również płci) podczas sprzedaży, wynajmu czy finansowania lokalu mieszkalnego. Olbrzymi odsetek czarnoskórej populacji Ameryki powitał FHOA z dużo większym entuzjazmem niż desegregację. Realizacja amerykańskiego snu, czyli możliwość podniesienia stopy życiowej i pomnożenia majątku, o wiele bardziej wiąże się bowiem z prawem do własności niż z dyskryminacją rasową w restauracjach czy tramwajach. Ta własność to dla zdecydowanej większości Amerykanów po prostu dom lub mieszkanie. Wartość nieruchomości z biegiem lat rośnie i w ten sposób statystyczni Joe czy Susan Brown stają się z czasem ludźmi zamożniejszymi. Ponadto jako właściciele nieruchomości, lub choćby tylko kredytu hipotecznego, dostają do dyspozycji cały wachlarz możliwości finansowych, które mogą im przysporzyć bogactwa. Najpopularniejsza to pożyczka pod zastaw aktualnej wartości domu. Można z niej sfinansować jego remont lub rozbudowę, zakup nowej nieruchomości, inwestycję na giełdzie, a nawet wyprawę do kasyna. Pieniądz rodzi pieniądz, a w Ameryce dodatkowo nieruchomość rodzi pieniądz.

Bieda bez kredytu

Pół wieku od ogłoszenia równości to szmat czasu, mając te same możliwości ekonomiczne, można by całkiem przyzwoicie się dorobić bez względu na pozycję wyjściową. Statystyki mówią jednak co innego. Udział Afroamerykanów w rynku mieszkaniowym wciąż jest najniższy w kraju, na poziomie nieco ponad 40%. Tymczasem wśród populacji białej odsetek ten wynosi 76%, a wśród Azjatów i Latynosów ponad 60% (Brookings Institution, 2019 r.). Więcej – ubiegłoroczny powszechny spis ludności wykazał, że tendencja jest spadkowa. We własnym domu żyje dzisiaj mniej czarnoskórych Amerykanów niż 40-50 lat temu. O co chodzi?

Szybka i do niedawna pokutująca w przestrzeni publicznej odpowiedź brzmi: bo Afroamerykanów nie stać na uciułanie wkładu, a potem na spłatę kredytu. Przepaść majątkowa między nimi a resztą społeczeństwa, zwłaszcza jego białą warstwą, jest ogromna. Przeciętny majątek białego gospodarstwa domowego szacowany jest na 983,4 tys. dol., podczas gdy gospodarstwa czarnoskórego – na 142,5 tys. dol. (Brookings, 2019). Odpowiedź prawdziwa jest jednak dużo bardziej skomplikowana.

Po pierwsze, okazuje się, że kredyt kredytowi nierówny, amerykańskie banki zaś nadal praktykują systemowy rasizm. Wykazali to m.in. ekonomiści z Uniwersytetu Kalifornii, publikując dwa lata temu raport „Dyskryminacja kredytobiorcy w erze innowacji w usługach finansowych”. Po przeanalizowaniu danych odkryli, że odsetek odmów udzielenia kredytu hipotecznego w grupie klientów kolorowych (Afroamerykanów i Latynosów) wyniósł prawie 20%, podczas gdy w grupie klientów białych z porównywalną, a czasem nawet niższą zdolnością kredytową zaledwie 7%. Do tego pożyczki dla osób kolorowych były wyżej oprocentowane i choć nie mówimy o dużej różnicy (0,08%), to przekłada się ona na dodatkowe tysiące dolarów zainkasowane od klienta w czasie spłacania pożyczki.

Bieda w inner cities

Po drugie, za utrzymującą się biedą i ślimaczym tempem awansu ekonomicznego czarnoskórej Ameryki po dziś dzień stoją pewne wydarzenia i rozwiązania z przeszłości, w tym polityka samego Waszyngtonu.

– W połowie XX w. rząd federalny realizował dwa wielkie programy, które diametralnie zmieniły oblicze amerykańskiego miasta. Pierwszy to idea budownictwa komunalnego, które często wyrastało na miejscu wcześniej mieszanych dzielnic, zastępując je strefami posegregowanymi. Drugi to plan budowy dotowanych przedmieść, gdzie jednak domy były sprzedawane tylko rodzinom białym. Nic w naszej historii nie przyczyniło się bardziej do segregacji mieszkaniowej i w efekcie ekonomicznej niż realizacja tych dwóch idei – wyjaśnia Richard Rothstein, autor wydanego w 2017 r. bestselleru „Kolor prawa. Zapomniana historia o tym, jak rząd posegregował Amerykę”.

Oba programy były dzieckiem ery Nowego Ładu, okresu wzmożonych reform w sferze publicznej, za pomocą których prezydent Franklin Delano Roosevelt wyciągał Amerykę z zapaści po wielkim kryzysie. Budownictwo komunalne nadzorowane przez utworzoną w 1934 r. Federalną Agencję Mieszkaniową (Federal Housing Agency, FHA) miało być ratunkiem dla mas pozbawionych przez kryzys zatrudnienia i tym samym dachu nad głową. Ponieważ jednak wciąż obowiązywała segregacja rasowa (zakazana dopiero w 1968 r.), rząd budował oddzielne blokowiska dla rodzin białych i oddzielne dla kolorowych. By z kolei wesprzeć i ożywić rynek nieruchomości, FHA wprowadziła nową formę kredytu hipotecznego, rozpisanego aż na 30 lat, tak by był on dostępny dla klasy pracującej. O ten wygodny kredyt mogły się ubiegać jedynie osoby białe, z czego zresztą tłumnie korzystały. Już w latach 40. XX w. komunalne osiedla dla białych zaczęły świecić pustkami, podczas gdy po przydział mieszkań w tych dla kolorowych ustawiały się kolejki. Rząd „rozwiązał” problem, otwierając przed rodzinami kolorowymi kolejne blokowiska uprzednio zastrzeżone dla białych. Gdy w latach 50. i 60. reszta białej klasy pracującej wyniosła się na przedmieścia, inner cities stały się domeną ludności kolorowej i w takiej formie funkcjonują do dziś.

Bieda za czerwoną linią

Dotowane przedmieścia, czyli sławetne amerykańskie suburbia, to pomysł nieco późniejszy – odpowiedź rządu na powojenną bombę demograficzną. Nowoczesna zabudowa jednorodzinna wciąż jednak nie była dostępna dla kolorowych. Wykluczenie z ofert kredytowych to jedno, ale system ochraniał suburbia przed ludnością kolorową także w inny sposób. Rządowa agencja finansowa Home Owners’ Loan Corporation (HOLC) wymagała od banków, by kredytobiorcy podpisywali wraz z aktem własności specjalną klauzulę, że nie sprzedadzą domu osobie kolorowej. Praktyki tej zakaże dopiero wspomniana ustawa o mieszkalnictwie z 1968 r.

Żeby w pełni zrozumieć „sukces” białego przedmieścia, a jednocześnie ekonomiczny cios, jaki wymierzył dzielnicy kolorowej i jej mieszkańcom, trzeba przyjrzeć się praktykom redliningu (zakreślania na czerwono). Redlining został wymyślony przez HOLC jako narzędzie chroniące gwarantowane przez rząd pożyczki przed niewłaściwą lokatą kapitału. Miasta dzielono więc na strefy w zależności od ich postrzeganej atrakcyjności inwestycyjnej i odpowiednio oznakowywano. Najmniej atrakcyjne strefy zakreślano na czerwono – stąd nazwa – i niemal zawsze zaliczano do nich dzielnice kolorowe oraz mieszane. Był to sygnał dla agentów nieruchomości, że biały klient zainteresowany posesją w takim miejscu nie otrzyma kredytu. Siłą rzeczy biały klient przenosił zainteresowanie na dzielnice preferowane przez kredytodawców, czyli białe. – Bez znaczenia przy tym bywał fakt, że dane osiedle mogło de facto przewyższać zamożnością wszystkie inne w okolicy – wyjaśnia historyk urbanistyki z Uniwersytetu Kalifornii w Los Angeles Eric Avila.

Avila wskazuje jako przykład dystrykt Sugar Hill w Los Angeles. W okresie międzywojennym reprezentacyjna dzielnica LA, jeden z najbardziej pożądanych adresów w mieście, z wystawnymi rezydencjami śmietanki czarnoskórego Hollywood, w tym zdobywczyni Oscara Hattie McDaniel („Przeminęło z wiatrem”), tuż po wojnie już tylko sypialnia klasy pracującej, a ledwie kilkanaście lat później korytarz komunikacyjny zalany asfaltem.

Bieda samonapędzająca się

Trudno się dziwić, że wszystkie te praktyki prowadziły kolorową Amerykę do katastrofy ekonomicznej. Nieruchomości na wypłukanych z białych sąsiadów, oznaczonych na czerwono osiedlach ulegały deprecjacji. Niższe wpływy z podatków od nieruchomości ograniczały z kolei budżety lokalnych władz na dostarczanie w tych rejonach kluczowych usług publicznych, takich jak utrzymywanie dróg, terenów zielonych i bezpieczeństwa, a zwłaszcza nakłady na szkolnictwo, które w USA jest finansowane właśnie z podatków od nieruchomości. Kolorowe dzielnice podupadały, a gdy osiągnęły pewien stopień degradacji, tereny w ich sąsiedztwie bez oporów przeznaczano pod zabudowę industrialną czy nawet wysypiska śmieci. Takie posunięcia sprzyjały ich dalszej deprecjacji. Pamiętajmy przy tym, że przez cały ten czas, aż do późnych lat 60., rezydenci „czerwonych” stref nie mieli w banku szans na pożyczkę, z której mogliby sfinansować remont domu i w ten sposób podnieść jego wartość czy przyczynić się do zwiększenia wartości całego osiedla, jeśli do napraw wzięliby się wszyscy.

Richard Rothstein tak wyjaśnia przełożenie tej katastrofy na obecne czasy: – Pod koniec lat 40. dom w Levittown (na jednym z pierwszych planowych suburbiów w USA – przyp. ESM) kosztował 8-10 tys. dol. w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze. Czarnoskóra klasa pracująca spokojnie mogłaby sobie wówczas na taką inwestycję pozwolić. Obecnie te same domy warte są 300-400 tys. dol. i stać na nie już tylko klasę średnią oraz wyższą. Białe rodziny, które nabyły tam domy przed ponad 60 laty, „zarobiły” więc na nich po 200-300 tys. dol. w ciągu dwóch pokoleń. Osobom kolorowym takiej szansy nigdy nie dano.

Bieda pod autostradą

Rozprawiając o źródłach i katalizatorach nierówności majątkowych pomiędzy rasami w USA, nie sposób nie wspomnieć o autostradzie. Nie ma tu żadnej pomyłki, jeden z najważniejszych symboli amerykańskiego postępu, a nawet egalitaryzmu, w niebagatelnej mierze wyrósł na krzywdzie czarnoskórej części społeczeństwa.

– Planiści Eisenhowera wyznaczali bieg autostrad przez osiedla i dzielnice, które uznawali za blighted (zdewastowane, ale w mowie potocznej odnoszące się także do ludności kolorowej – przyp. ESM), a następnie, używając niezrozumiałej nowomowy, przekonywali lokalną społeczność, że autostrady nie można puścić inaczej, za to przyniesie ona wszystkim korzyści ekonomiczne – tłumaczy Eric Avila. – Sęk w tym, że wielu dzielnicom, np. Sugar Hill, wciąż było daleko do stanu dewastacji, o jakim mówiła rządowa dokumentacja. Jedyną ich „wadą” był kolor skóry mieszkańców. Nie mówiąc nawet o tym, że odszkodowania za utratę domu i pokrycie kosztów przeprowadzki były dalece nieadekwatne.

Sugar Hill jest dziś pochowane pod słynną na cały świat dzięki filmom i piosenkom autostradą Santa Monica Freeway. W Atlancie kilka kolorowych osiedli zniknęło pod międzystanową autostradą Interstate 20 (I-20), w Detroit podobnego spustoszenia dokonała I-375, w Shreveport w Luizjanie I-49, a w Nashville w Tennessee I-40. Na potrzeby I-95 przecinającej Miami wysiedlono całą czarnoskórą dzielnicę Overton, ponad 10 tys. ludzi. Gdy w 1961 r. budowniczowie I-85 w Alabamie szykowali się do wyburzenia osiedla, na którym mieszkał Ralph Abernathy, znany aktywista i doradca Martina Luthera Kinga, Abernathy interweniował przeciw tej budowie u samego prezydenta Kennedy’ego. Bez skutku. Stanowy komisarz nadzorujący budowę był znanym rasistą i segregacjonistą. Dziś trudno o większą ironię niż fakt, że część tej autostrady nosi imię Martina Luthera Kinga.

Bieda z odszkodowaniami

Nawoływania do wypłaty potomkom niewolników odszkodowań za krzywdy ich przodków słychać nie od dziś. Ostatnio pojawiły się w nich dwa nowe elementy. Jeden postulat to rekompensaty związane stricte z dyskryminacją Afroamerykanów na rynku mieszkaniowym. Mamy nawet pierwsze miejsce, gdzie usiłuje się go realizować – to miasto Evanston w stanie Illinois. Władze Evanston oferują czarnoskórym mieszkańcom 25-tysięczne „stypendia”, które można wykorzystać na wkład mieszkaniowy lub remont, jeśli już ma się mieszkanie lub dom.

Drugim jest wołanie o likwidację „rasistowskich” autostrad i finansowe zadośćuczynienie wysiedleńcom lub ich potomkom. Rekompensaty autostradowe znalazły się m.in. w programie wyborczym Pete’a Buttigiega, jednego z kandydatów na prezydenta. Buttigieg jest obecnie sekretarzem ds. transportu i kto wie, czy nie podejmie próby realizacji swoich obietnic. Czy mu się uda, to oczywiście inna sprawa. Rząd musiałby przecież wyłożyć pieniądze nie tylko na demontaż „starych”, a przecież świetnie funkcjonujących dróg, ale i na budowę ich nowych odcinków, co z punktu widzenia statystycznego obywatela byłoby karygodnym marnotrawstwem jego podatków.

Pozostaje też zasadnicza kwestia, na ile Amerykanie gotowi są płacić jakiekolwiek odszkodowania za rasizm i związany z nim wyzysk. Ubiegłoroczny sondaż ośrodka Pew Research Center wykazał, że finansowe rekompensaty dla potomków niewolników popiera ledwie co piąty obywatel. Za to aż połowa jest zdania, że w osiągnięciu większej sprawiedliwości społecznej pomogłyby powszechne szkolenia z inkluzywności rasowej we wszystkich sferach życia. Czyli nadal mamy do czynienia raczej z deklaracjami niż z gotowością do konkretnych działań. Hasła o społecznej równości są modne i nośne, lecz Ameryka wciąż nie jest gotowa na uregulowanie rachunków w twardej walucie.

Fot. AP/East News

Wydanie: 24/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy