Miliard za Gierka (cz.II) – rozmowa z Januszem Rolickim

Miliard za Gierka (cz.II) – rozmowa z Januszem Rolickim

„Gierka” sprzedawano przede wszystkim na bazarach i rozstawionych na wszystkich ulicach łóżkach polowych. Szedł jak woda

W „Replice”, odpowiadając na pełne pretensji pytanie Gierka, dlaczego w „Przerwanej dekadzie” znalazły się fragmenty usunięte w czasie autoryzacji, stwierdził pan, że obaj padliście „ofiarami niezwykłej wręcz manipulacji”, bo wydawca – kierując się czytelniczą atrakcyjnością – przywrócił je. Chodziło m.in. o Wałęsę. Prof. Andrzej Friszke, który badał stenogramy z posiedzeń Biura Politycznego, twierdzi, że ani Kania, ani Kowalczyk nie sugerowali, że mają kontrolę nad Wałęsą.
– Pierwszy wydawca Józef Śnieciński, któremu dałem autoryzowany tekst z naniesionymi poprawkami, rzeczywiście je pominął. Spotkanie, o którym mówiłem, nie było oficjalnym posiedzeniem Biura Politycznego, lecz nieformalnym, a więc nieprotokołowanym, spotkaniem członków kierownictwa partii. Zostało zwołane ad hoc, tuż po przylocie samolotu z Krymu, i trwało wiele godzin. Większość spotkań najważniejszych ludzi w państwie po 15 sierpnia miała podobny charakter. Gdy okazało się, że fragment o Wałęsie nie wywołał skandalu, Gierek był w gruncie rzeczy zadowolony, iż znalazł się w książce. Wysłał za moim pośrednictwem „Przerwaną dekadę” Wałęsie, od Wałęsy otrzymał – także przeze mnie – autobiografię „Droga nadziei” z długą dedykacją. Wałęsa m.in. zaprzecza, by był agentem, i tłumaczy – przytaczam dokładnie treść i pisownię tekstu: „W sierpniu 1980 r. ludzie Kowalczyka próbowali wydostać mnie ze stoczni pod pretekstem ważnych rozmów z Panem. Ja się zgodziłem. Oni Panu zameldowali myśląc, iż uda im się mnie zastraszyć lub szantarzować (tak przypuszczam). Natomiast ja po paru dniach zwłoki, wzmacniając strajk, wyprosiłem tych Panów ze stoczni. Tak to, nie po raz pierwszy i myślę, że nie ostatni, rozegrałem partię pokiera”. Ten tekst potwierdza słowa Gierka – Kania i Kowalczyk, wbrew temu, co twierdzi prof. Friszke, próbowali wrobić Wałęsę.

Jak pan znalazł wydawcę?
– Pracując jeszcze w Interpressie, prowadziłem rozmowy z Józefem Śniecińskim w sprawie uruchomienia pisma „Europa”, miałem być w nim naczelnym. Śnieciński był jedną z barwnych postaci okresu przemian ustrojowych. W latach 60. stał na czele organizacji partyjnej w Narodowym Banku Polskim, jednocześnie wraz z grupą Kazimierza Mijala próbował odbudować Komunistyczną Partię Polski. Gomułka nie tolerował odszczepieńców – Śnieciński odsiedział cały zasądzony wyrok, cztery lata. Ten dawniej zagorzały komunista z chińskim odchyleniem w 1988 r. założył… „Gazetę Bankową”. Kierował nią Andrzej Krzysztof Wróblewski, jego zastępcą był Dariusz Fikus. W czasie jednej z rozmów w sprawie „Europy” wyskoczyłem z Gierkiem. Śnieciński był zaskoczony, ale i uradowany. Podpisał ze mną umowę na 100 tys. egzemplarzy. Specjalnie na użytek „Przerwanej dekady” zarejestrował wydawnictwo Fakt. Zlecił wydrukowanie książki w drukarni w Opolu. „Przerwana dekada” czekała tam w długiej kolejce. Natychmiast zrozumiałem, że popełniłem szalony błąd. Śnieciński chwalił się niewydanym wywiadem, informacja nabrała rozgłosu, dotarła do Belwederu i MSW. Jak się później dowiedziałem od rzecznika prasowego Kiszczaka, w resorcie zwołano w tej sprawie kolegium. Nie mieściło im się w głowie, że Gierek napisze książkę i im przywali. „Przerwana dekada” była takim szczurem wrzuconym na najwyższe pokoje.
Niewykluczone, że gdybym poprzestał na Śniecińskim, książka nie ukazałaby się drukiem. Zresztą i tak jej wydanie stanęło pod znakiem zapytania. Tadek Pikulski, z którym pracowałem w telewizji, zapowiadając „Przerwaną dekadę” w „Życiu Warszawy”, przytoczył kilka fragmentów maszynopisu. W jednym z nich pojawiła się sugestia, że autorem wspomnień Mieczysława Moczara „Barwy walki” był Wojciech Żukrowski. Zrobił się potworny szum. Żukrowski udzielił wywiadu, zaprzeczając, by miał cokolwiek wspólnego z „Barwami walki”. Sekundował mu inny pisarz, Lesław Bartelski, obrażony za zaliczenie go do grupy „partyzantów” Moczara. Obaj skierowali sprawę do sądu przeciwko Gierkowi i mnie. W tym czasie pierwsze 100 tys. egzemplarzy ciągle czekało na druk w Opolu.

A pan drżał z emocji?
– Niespodziewanym zrządzeniem losu sprawa nabrała raptownego przyspieszenia. Wojtek Pielecki w tym czasie sprzedawał książki Instytutu Wydawniczego Związków Zawodowych działającego przy OPZZ. Tym interesem kręcił Roman Górski, który razem z Witoldem Bójskim i Czesławem Wiśniewskim powołał własne wydawnictwo – BGW. Wynajęli kanciapę przypominającą stróżówkę naprzeciwko Teatru Ateneum. Górski polecił Pieleckiemu, żeby sprowadził do niego Rolickiego – żywego lub martwego. Obiecał mu paczkę pieniędzy. Ci, którzy znali Górskiego, wiedzą, że miał fantazję. Pielecki wtedy nadal kierował „Reporterem” w Interpressie. Dałem się namówić na spotkanie z Górskim. Zostałem wprowadzony do jego kanciapy ze stołem uginającym się pod ciężarem szynek, polędwic i wódki. Taki widok wtedy jeszcze robił wrażenie. Górski był świetnie zorientowany: „Druk w Opolu ślimaczy się, ja panu to zrobię dużo szybciej. Od razu! Musi mi pan tylko dać tekst”. Wytłumaczyłem, że mam umowę ze Śniecińskim, Górski ją obejrzał i wyjaśnił, że to umowa jedynie na 100 tys. egzemplarzy, nie widzi przeszkód, żebym podpisał następną. Zdecydowałem się, bo miałem na wyłączność prawa autorskie – Gierek ich nie chciał. Jeszcze tego samego dnia Górski zapakował do walizki rękopis „Przerwanej dekady” i 50 mln zł, wsiadł w samochód i pojechał do drukarni w Pile.
W rezultacie książka w Opolu czekała, Piła drukowała na potęgę, a przed Sądem Wojewódzkim w Warszawie w trybie błyskawicznym toczył się proces wytoczony z powództwa cywilnego przez Żukrowskiego. Mówiono, że sprawę popycha Kancelaria Prezydenta, upatrując w niej szansę zablokowania „Przerwanej dekady”. Gierek, gdy dowiedział się, że ma zeznawać, bardzo się przejął. Jednak w czasie przesłuchania był opanowany i spokojny. Powoływał się na rozmowy z Moczarem i Zenonem Kliszką, którzy już wtedy nie żyli. Moczar miał go zagadnąć: „Czemu, Edwardzie, nie napiszesz książki?”. Gierek odpowiedział, że pisanie mu idzie kiepsko. Moczar się obruszył: „Jaki to problem? Bierzesz kogoś i ci pisze, ja wziąłem Żukrowskiego”. Sąd kompletnie nie wziął pod uwagę tych zeznań Gierka i przyznał rację Żukrowskiemu, nakazał Śniecińskiemu wydrukowanie sprostowań w gazecie i zaczernienie fragmentu w książkach. Książki drukowane w Opolu zaczerniono, a drukowane w Pile ukazały się z zakwestionowanym fragmentem, bo Górski tłumaczył, iż wyszły z maszyn przed wyrokiem sądu i on go nie dotyczy. „Przerwaną dekadę” w Pile wydrukowano rzeczywiście szybciej i w dodatku – formalnie – w drugim obiegu. Wtedy jeszcze działała cenzura. Już po ukazaniu się książki do dyrektora pilskiej drukarni zapukał cenzor, prosząc o parę egzemplarzy… dla siebie i znajomych.

Kiedy pan zobaczył „Przerwaną dekadę”?
– To było jakieś dziesięć dni po podpisaniu umowy z Górskim, akurat w gazecie przeczytałem informację o wyroku sądu – „Gierek aresztowany!”. Nie mogłem się doczekać książki i wraz z Górskim pojechałem jego dużym fordem z przyczepą do Piły, po odbiór pierwszych 100 tys. egzemplarzy. Na miejscu Górski zamówił następną setkę i dogadał się z „Solidarnością” w drukarni, że może sprzedać we własnym zakresie 50 tys., a zysk przeznaczyć na cele związkowe. Na wszelki wypadek zapytał mnie o zgodę. Byłem jak najbardziej za, bo wiedziałem, że kolejne partie „Przerwanej dekady” będą drukowane poza kolejnością. W drodze powrotnej, koło Konina, zatarł się silnik w samochodzie nieprzystosowanym do przewozu 100 tys. „Gierków”. Przyholowano nas pod dom, w którym mieszkał Górski – w Alejach Jerozolimskich, na parterze był duży Pewex. Tam czekała w napięciu grupa hurtowników. Ważnym ogniwem w rozpowszechnianiu „Przerwanej dekady” był Pielecki – miał własną sieć dystrybutorów złożoną z harcerzy. On sam był działaczem ZHP, przez kilka lat kierował harcerskim tygodnikiem „Na przełaj”. Za zarobione na „Przerwanej dekadzie” pieniądze mógł kupić samochód, a harcerze mieli pieniądze na obozy letnie. „Gierka” sprzedawano przede wszystkim na bazarach i rozstawionych na wszystkich ulicach łóżkach polowych. Szedł jak woda. Nazajutrz po powrocie z Piły przyszedłem do Górskiego – przed jego kanciapą wiła się kolejka sięgająca Wisłostrady. Rozemocjonowani ludzie dzielili się plotkami o zawartości książki. Górski sprzedał w mig pół miliona i postanowił oblać sukces – moja książka była debiutem BGW. Za pieniądze zarobione na „Gierku” wynajął autobus, wsadził do niego pół wydawnictwa i wyprawił się do Paryża. Szampan lał się strumieniami.

Pan też był w tym wesołym autobusie?
– W moim imieniu pojechał Machnowski, autor zdjęć. W tym czasie zadzwonił do mnie wzburzony Śnieciński: „Panie Januszu, czy pan słyszał, że te skurwysyny wydrukowały książkę, a teraz pojechały do Paryża!”. Powiedziałem, że wyraziłem zgodę na druk. „Jakim prawem! Pan z więzienia nie wyjdzie!”, groził. Kontrolowany przez niego „Sztandar Młodych” zadrukował dwie kolumny o łobuzie Rolickim i BGW. Na wniosek Śniecińskiego wszczęto dochodzenie, czy nie popełniłem nadużycia, podpisując umowę z Górskim. Odpytywała mnie na tę okoliczność jakaś policjantka, usprawiedliwiając się przy tym gorąco. Sprawa zakończyła się polubownie – Górski wykupił książki, których druk zlecił Śnieciński. One miały zaczerniony fragment o Żukrowskim i Bartelskim, ale handlarze przyklejali karteczki z tekstem, reklamując, że tylko u nich można dostać nieocenzurowanego Gierka. Książka została tak nagłośniona w mediach, że poza milionem egzemplarzy wydrukowanych w Pile i Opolu rozeszło się jeszcze kilkadziesiąt tysięcy pirackich kopii. Podarowałem „Przerwaną dekadę” Czesławowi Miłoszowi, który przyszedł do mojej redakcji w Interpressie na autoryzację filmu o sobie – robił go jego brat Andrzej. Pokazałem mu też dedykację dla Gierka od Wałęsy, pośredniczyłem w jej przekazaniu. Miłosz obejrzał to wszystko z wielkim zainteresowaniem, ale nie bardzo rozumiał, o co chodzi.

To już nie był jego wiek. Gierek był szczęśliwy?
– Pojechaliśmy z Górskim do Katowic. Szef BGW zacałował ręce pani Gierkowej i wręczył 50 czerwonych róż, wypisał czeki dla Gierka i Szydlaka na przeszło 100 mln zł, sprezentował im po zestawie do odbioru telewizji satelitarnej. Gierek był podniecony. Szalenie go zbudowała popularność książki. Zasypywano go listami i telefonami, zapraszano na spotkania. Wszyscy sobie o nim raptem przypomnieli. Poczuł, że w żyłach ma atrament, i zwrócił się do mnie o napisanie drugiej książki – „Repliki”. Górski temu pomysłowi przyklasnął i w maju zabraliśmy się do roboty. Nie bardzo wiedziałem, o co pytać, ale pomógł mi m.in. Janusz Kasprzycki, kolega z Interpressu, który w latach 70. pracował w sekretariacie Gierka. Opowiedział mi szczegółowo o kulisach walki o władzę toczonej przez Franciszka Szlachcica – Gierek tę pikantną relację potwierdził. Walorem „Repliki” są listy zwykłych ludzi, którzy z Gierkiem wiązali swój życiowy awans, a często sukces. Praca nad „Repliką” wyglądała podobnie jak nad pierwszą książką. W czerwcu zasiadłem do pisania – Górski wynajął dla całej naszej rodziny wygodne poddasze w ośrodku wypoczynkowym OPZZ w Ustce. Żona z córką chodziły na plażę, a ja siedziałem przy maszynie.
Górski wydał 300 tys. egzemplarzy „Repliki”. Nie wiem, ile z nich sprzedał, bo nie przyłożył się do promocji. A była okazja, bo szef BGW urządził wielkie spotkanie z Gierkiem w hotelu Hilton. Przyszło na nie z pięćset osób, w tym Aleksander Kwaśniewski z Leszkiem Millerem – liderzy nieliczącej się w tamtym czasie Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej, która powstała po wyniesieniu sztandaru PZPR. Jakiś dziennikarz zapytał Gierka, co sądzi o swoich następcach, on jedynie machnął ręką. Większość zgromadzonych w Hiltonie nie wiedziała, że impreza jest związana z „Repliką”, sądzono, iż to dalszy ciąg promowania „Przerwanej dekady”. Górski się nie spisał, traktował tę drugą książkę po macoszemu. Był pochłonięty kolejnym megahitem – „Alfabetem Urbana”.
Refleksyjna, spokojna „Replika” bardzo spodobała się Piotrowi Jaroszewiczowi i jego żonie Alicji Solskiej. Uznali ją za znacznie lepszą od „Przerwanej dekady”, w której Gierek miota oskarżenia. Zaprosili mnie do domu w Aninie, w którym kilka miesięcy później zostali zamordowani. Alicja Solska chciała, abym przeprowadził podobnie refleksyjny jak „Replika” wywiad z Jaroszewiczem. Telefonowała do mnie w tej sprawie ze trzy razy. Generalnie Jaroszewicza nie lubiłem, ale osobiście go nie znałem. W czasie rozmowy w Aninie zrobił na mnie dobre wrażenie: inteligentny, łatwo nawiązujący kontakt, bardzo dobrze orientujący się w sytuacji gospodarczej Polski lat 70. Z książki nic nie wyszło, bo Jaroszewicz był już umówiony na wywiad z Bohdanem Rolińskim, a ja nie chciałem robić mu konkurencji.

Miał pan nadal kontakt z Gierkiem?
– Nie tylko z nim, ale i z Szydlakiem. Odnosiłem wrażenie, że był mózgiem Gierka. On odegrał rolę anioła stróża Gierka w czasie internowania. Początkowo dawnych prominentów, było ich w sumie 26, umieszczono w zniszczonym budynku nad jeziorem Głębokie. Gierek zajął pokój z Szydlakiem – zatykali szmatami powybijane szyby. Po drugiej stronie jeziora, w dobrym ośrodku wypoczynkowym, przebywali internowani opozycjoniści. Prominentów traktowano jak ludzi drugiej kategorii. Mieli poczucie klęski, nikt im nie współczuł. Za to za internowanymi działaczami „Solidarności” ciągnęła się legenda, mieli sympatię społeczeństwa polskiego i świata. W dobiegającym siedemdziesiątki Gierku odezwały się korzonki. Nie mógł kompletnie spać. Opiekujący się nim Szydlak wyjął drzwi z szafy i położył pod prześcieradłem na łóżku Gierka.
Od Szydlaka dowiedziałem się o fatalnych stosunkach panujących między internowanymi dawnymi prominentami. Głęboko skłóceni podzielili się na frakcje. Była np. frakcja Jaroszewicza, który miał do wszystkich pretensje, że został odwołany. Była frakcja Babiucha i samotny jak palec Grudzień – wszyscy go szykanowali, nikt nie chciał z nim siedzieć przy stole. Grudzień do 1981 r. pozostawał w KC, Kania nim grał jak na starej mandolinie, obiecywał nawet, że zostanie premierem, a gdy Grudzień stracił dla niego znaczenie, rzucił go na pożarcie mediom. „Życie Warszawy” ujawniło adres jego warszawskiego mieszkania. Rozmaici „życzliwi” nie dawali mu spokoju. Internowani odnosili się do niego jak do zdrajcy. Grudzień zmarł w Głębokiem w końcu stycznia 1982 r. – dopadł go trzeci zawał, pomoc lekarska nie nadjechała na czas.
Słuchałem tych opowieści z prominenckiego czyśćca z wypiekami, w oparciu o nie napisałem trzyaktową sztukę. Wziął ją ode mnie Janusz Warmiński z „Ateneum”. Zamierzał wystawić, ale projekt zablokował Gustaw Holoubek. Bał się, bo miał zaszłości gierkowskie, był w jego czasach posłem. Ja też mu się kojarzyłem z przeszłością, którą chciał wymazać – bardzo często zapraszałem go do telewizji. W tamtym czasie wystawienie mojej sztuki wymagało pewnej odwagi – ona była prześmiewcza także wobec ówczesnej rzeczywistości. Nie zdołałem do niej przekonać także Kazimierza Dejmka, który usprawiedliwiał się obowiązkami ministra kultury. Boleśnie to przeżyłem.
W 1996 r. Andrzej Machnowski, jako szef prywatnej firmy producenckiej, otrzymał z telewizyjnej Dwójki zlecenie na filmy dokumentalne o Gierku i Szydlaku według moich scenariuszy. Telewizja po kolaudacji zapłaciła za oba filmy 200 tys. zł. Gierek po raz pierwszy przeprosił wówczas za wypowiedziane w 1968 r. na wiecu w Sosnowcu słowa, że śląska fala pogruchocze kości uczestnikom marcowych protestów. Bardzo ciekawy był też film o Szydlaku – opowiadał m.in. o szokującej dla niego przemianie Katowic. 3 września 1939 r. – w dniu, w którym wkraczali do nich Niemcy – miasto było usiane nazistowskimi flagami. Żadnego z tych filmów telewizja nie puściła. Szefową Dwójki była wówczas Nina Terentiew. Pisałem, dzwoniłem, chodziłem – bez skutku. Gdy zostałem naczelnym „Trybuny”, wydrukowałem na pierwszej stronie felieton „Miazek czeka na śmierć Gierka” – Ryszard Miazek był wówczas szefem telewizji. Byłem naiwny, sądząc, że mój prowokacyjny tekst zrobi na kimś wrażenie. Gierek pozostał telewizyjnym „półkownikiem”.

Biografię „Edward Gierek”, wydaną przez Iskry, napisał pan po śmierci bohatera?
– Pisałem ją za jego życia, ale złożyłem do wydawnictwa po śmierci. Ta książka była dla mnie pożegnaniem z Gierkiem – człowiekiem i tematem.
Włożył pan do tej książki bombę, nie byle jaką, bo atomową. Ona eksplodowała po wydaniu biografii. Ukrywający się za literą Z. autor napisał w tygodniku „Nie”: „Gierkowska broń atomowa to niejedyny absurdalny pomysł Janusza Rolickiego w książce o Gierku. Z pewnością nie zasługuje na poważne konstatacje.

Niech Rolicki dalej próbuje sił na polu fantastyki”. Gierek panu opowiadał o tej bombie?
– Pierwszy raz usłyszałem o bombie atomowej jeszcze w telewizji – od Szczepańskiego. Gierek powiedział mi, że Polska była krajem zdolnym do produkowania bomby. Mówił mi o tym, gdy rozpadł się ZSRR, a więc już po wydaniu „Przerwanej dekady” i „Repliki”. Te informacje potwierdził – drwiąc z mocarstwowych ambicji Gierka – w wydanej w 1994 r. w BGW książce generał Witalij Pawłow, rezydent KGB w Polsce w latach 70. W prasie polskiej ukazało się sporo informacji o badaniach nad wybuchem termojądrowym, prowadzonych przez prof. Sylwestra Kaliskiego, komendanta Wojskowej Akademii Technicznej. Ja nigdzie nie napisałem, że Gierek zbudował bombę atomową. To było jedno z jego marzeń – sądził, że gdyby się ziściło, wzrosłaby pozycja Polski wobec ZSRR. Przecież choć Gierek wpisał do konstytucji przyjaźń ze Związkiem Radzieckim, to był jedynym przywódcą PRL, który tak mocno promował zbliżenie z Zachodem.

Kazimierzowi Kutzowi spodobała się pana biografia Gierka. Napisał: „Książka ma także osobisty, często sentymentalny ton, jakby autora łączyła z Gierkiem nić pokrewieństwa”.
– Gierek był dla mnie wyjątkowym przywódcą przez to, że odciął się od budowania realnego socjalizmu bez oglądania się na ludzi. Jako jedyny przywódca PRL chciał pogodzić modernizację kraju z podnoszeniem stopy życiowej – ten pomysł ilustrowało hasło „Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”. Socjalizm Gierka był mocno paternalistyczny, zakładał, że ludzie będą dobrze pracowali, jeśli dobry gospodarz poprowadzi ich we właściwym kierunku. Była to w sumie utopia, ale w założeniu sympatyczna – bo z ludzką twarzą.

W biografii „Edward Gierek” napisał pan, że idzie o zakład, że w polskich miastach, w tym w Warszawie, powstaną jego pomniki. Czy nadal przyjmuje pan zakłady?
– Sprawa pomników Gierka jest wciąż otwarta.

Jak pana wywiady książkowe z Gierkiem przyjął obóz wywodzącej się z „Solidarności” władzy?
– Sukces wywiadu Gierka ludzi „Solidarności” szokował i bardzo irytował. Do nich w ogóle nie docierało, że książka nie jest rozliczeniem z opozycją, czyli z nimi, lecz jest polemiką z następcami Gierka, którzy próbowali budować siermiężny socjalizm mundurowy i… oddali władzę „Solidarności”. Ta książka irytowała też dlatego, że burzyła malowany przez antykomunistów obraz Polski Ludowej – państwa niepolskiego, rządzonego przez zdrajców, płatnych agentów i pachołków Moskwy. Tymczasem PRL była jedyną Polską, jaką mogliśmy mieć po przegranej przez nas z kretesem wojnie. Ta Polska Ludowa była dla żyjących wówczas Polaków jednocześnie nieszczęściem i darem, bo mogło jej w ogóle nie być. Choć model ustrojowy został nam narzucony, a sam Stalin żartował, że komunizm pasuje do Polski jak siodło do krowy, to dla mnie, człowieka żyjącego w tamtych latach, było rzeczą prawdziwie zachwycającą, że mimo wszystko ta Polska przesunięta o setki kilometrów na zachód stanęła na nogi, rozwijała się, zagospodarowała poniemieckie ziemie, a jej mieszkańcy dokonali ogromnego awansu cywilizacyjnego. Nie staliśmy się ruską republiką, obroniliśmy własną tożsamość. W tej Polsce niebywale rozwinęła się kultura – warunek podstawowy wszelkiej suwerenności i podmiotowości państwowej. Ludzie urodzeni, wychowani i ukształtowani w PRL okazali się nadspodziewanie dobrze przygotowani do przemiany ustrojowej. Doceniam dorobek powojennych pokoleń, które wbrew zrządzeniom losu wyprowadziły nas na prostą. I za to im chwała. (…)

Zgarnął pan pewnie fortunę za „Gierka”.
– Wygrałem los na loterii. Pieniądze dostawałem od Górskiego i zabierałem je od niego w foliowych reklamówkach. Z prowizji od ceny hurtowej uzbierał się miliard. Wtedy jeszcze nie było PIT-ów, obowiązywał podatek wyrównawczy. Zjawiłem się w skarbówce i zakomunikowałem, że mam do zapłacenia 320 mln – urzędniczka była zszokowana. Za pieniądze z „Gierka” wybudowałem segment w Warszawie, kupiłem mazdę 626, zabrałem córkę na narty w Alpy.

Leszek Miller na początku stycznia 2013 r., w wywiadzie dla radia TOK FM, wypomniał panu te pieniądze. Odnosząc się do pana zarzutu, że SLD chwyta się Gierka jak tonący brzytwy, a gdy żył, nie pomagał mu choćby w ogrzaniu zimą domu, Miller powiedział, że to pan zarobił na Gierku, więc powinien mu sam pomóc.
– Ta zabawna wypowiedź Millera potwierdziła, że zdecydowanie bardziej mu odpowiada martwy Gierek niż żywy. SLD przypomniał sobie o nim przy okazji setnej rocznicy jego urodzin, uznał, że nawołując do ogłoszenia 2013 r. rokiem Gierka, uczczenia go rondami i ulicami, zyska kilka procent w sondażach. Miller zapomniał o reakcji mediów: uderz w Gierka, a Rolicki się odezwie… Moja aktywność w mediach najwyraźniej go rozwścieczyła. Mogę powiedzieć, że niejeden raz pomogłem Gierkowi. W 1996 r., wówczas właśnie marzł w słabo ogrzewanym domu w Ustroniu, skontaktowałem go z ekipą telewizji BBC, która chciała zrobić film dokumentalny z jego udziałem. Otrzymał za to należyte honorarium. Gierek zmarł w lipcu 2001 r. – Miller, szef szykującej się do przejęcia władzy partii, otoczony wianuszkiem wielkich biznesmenów, mógł sprawić, że w ostatnich latach życia pływałby jak pączek w maśle. Ale nie było go stać nawet na pojawienie się na cmentarzu w dniu pogrzebu Gierka.

A czy Gierek po sukcesie kasowym „Przerwanej dekady” nie miał do pana pretensji?
– Absolutnie żadnych, do końca pozostawaliśmy w dobrych kontaktach. Być może ktoś w rodzinie później mógł uznać, że Rolicki zabrał im złotą kurę. Ale bliscy Gierka wiedzieli, jak niezwykłe – niemożliwe do przeliczenia na pieniądze – znaczenie miały dla niego obie moje książki. One trwale zmieniły jego wizerunek. W 2004 r., we wspólnym sondażu „Gazety Wyborczej”, TVN i Radia Zet, uznano go za najwybitniejszego powojennego przywódcę Polski. Wygrał m.in. z Lechem Wałęsą i Tadeuszem Mazowieckim. Gierek w pewnym sensie ma pomnik: „Przerwaną dekadę” i „Replikę”.
Janusz Rolicki – (ur. w 1938 r.) absolwent Wydziału Historycznego UW, dziennikarz „Polityki”, „Kultury”, TVP, redaktor naczelny „Trybuny”, twórca reportażu wcieleniowego i zdobywca wielu prestiżowych nagród, autor poczytnych książek, m.in. wywiadu-rzeki z Edwardem Gierkiem „Przerwana dekada”, który rozszedł się w milionie egzemplarzy.

Skrót pochodzi od redakcji.
Fragment wywiadu z książki Wańka-wstańka. Z Januszem Rolickim rozmawia Krzysztof Pilawski, Demart, Warszawa 2013

Wydanie: 19/2013

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy