Zanim domy się zawalą – rozmowa z Tomaszem Jordeczką

Zanim domy się zawalą – rozmowa z Tomaszem Jordeczką

Nowelizacja ustawy o spółdzielniach to prosta droga do katastrofy mieszkaniowej

Grupa posłów Platformy Obywatelskiej stworzyła projekt ustawy narzucającej przekształcanie spółdzielni we wspólnoty mieszkaniowe. „Dziennik. Gazeta Prawna” popiera ten akt prawny, pisząc: „Spółdzielnie mieszkaniowe konsekwentnie okradały, naciągały lokatorów”. Pan, z racji swych funkcji, odgrywa kluczową rolę w tym związku przestępczym. Zanim stanie pan przed prokuratorem, pytam: co pan ma na swoją obronę?
– Spółdzielnie mieszkaniowe, jako jedyne podmioty o charakterze prywatnym, podlegają od 2005 r. nadzorowi ministra infrastruktury. Ma on prawo żądać wyjaśnień, a w wyniku skarg lokatorów może doprowadzić do lustracji spółdzielni. Dotychczas, na podstawie tych skarg, minister złożył tylko jedno doniesienie do prokuratury, jeszcze niezakończone rozstrzygnięciem sądowym. To chyba najlepsza odpowiedź co do okradania. Jeśli ktoś czuje się okradany, niech natychmiast zawiadomi organa ścigania.
„Gazeta Prawna” pisze, że władze spółdzielni „żerują na coraz bardziej ubezwłasnowolnionych mieszkańcach”. Może zastraszeni lokatorzy boją się zeznawać?
– Władze spółdzielni mieszkaniowych nie mają żadnych możliwości zastraszania lokatorów. To zarządy spółdzielni są czasem zastraszane przez lokatorów, co bywa uciążliwe. Nie ma żadnego innego podmiotu prawnego, w którym udziałowiec miałby tak szerokie przywileje informacyjne i kontrolne jak członek spółdzielni mieszkaniowej. On ma prawo żądać okazania każdej faktury i umowy, czego nie może np. domagać się akcjonariusz spółki. Tak więc każdy członek może w praktyce sprawować indywidualną kontrolę wszelkich wydatków i działań spółdzielni. Na wniosek mniejszości można też podzielić spółdzielnię – i wiele takich mniejszych spółdzielni już powstało.
Odrzuca pan zarzut prowadzenia działalności przestępczej. Ale przecież tego nie napisał żaden brukowiec, lecz poważny dziennik specjalizujący się w tematyce prawnej, który żąda, by mieszkańcy mieli prawo „odebrania zarządom tego, co dawno powinno być ich”, czyli zagrabionego mienia.
– Nie znam artykułu o spółdzielczości mieszkaniowej opublikowanego przez „Gazetę Prawną”, który zachowywałby choć pozory obiektywizmu. Nieraz wysyłałem sprostowania do tych tekstów, żadne nie zostało wydrukowane. Liczę, że „Gazeta Prawna” poda konkretne przykłady okradania i ubezwłasnowolniania lokatorów.
Gazeta ta twierdzi też, że spółdzielczość mieszkaniowa wytwarza zbędne koszty. To znaczy, że jesteście niegospodarni.
– Ogromna większość kosztów utrzymania lokalu mieszkalnego – energia cieplna, woda, kanalizacja, śmieci, podatek, ubezpieczenie – jest całkowicie niezależna od tego, jak bardzo prezesi „okradają” lokatorów. Te koszty to ok. 70% opłat za mieszkania. Remonty i konserwacje stanowią ponad 20% kosztów, niestety dwa razy za mało, by racjonalnie dbać o majątek spółdzielczy. Na zbędne i wygórowane koszty, czyli administrowanie, zostaje tylko 9%.
Ale da się z tego wykroić środki na dobre pobory prezesów, których trudno ruszyć z ciepłych posad?
– Słowo prezes brzmi dumnie, pod warunkiem że nie chodzi o prezesa spółdzielni mieszkaniowej, który w przekazie medialnym często jest pasożytem. Prezesi spółdzielni mieszkaniowych marzą, by objęła ich ustawa kominowa, niestety zarabiają znacznie mniej. I mało kto może łatwiej stracić posadę niż oni. W każdej chwili może ich odwołać rada nadzorcza, rozwiązując stosunek pracy; mogą też nie dostać absolutorium na walnym zgromadzeniu członków.
Projekt poselski PO przewiduje, że jeśli choć jeden lokator przekształci spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu w odrębną własność, to budynek spółdzielczy automatycznie staje się wspólnotą mieszkaniową. Czy dla mieszkańców będzie lepiej, gdy znajdą się we wspólnocie, a nie w spółdzielni?
– Ta ustawa nie daje wyboru, gdy ktoś ma odrębną własność lokalu, musi być członkiem wspólnoty mieszkaniowej. Także dziś, na życzenie większości posiadaczy mieszkań spółdzielczych, można powołać wspólnotę. Nawet pojedynczy budynek może się przekształcić w odrębną spółdzielnię albo we wspólnotę mieszkaniową. Ponieważ jednak zainteresowanie tworzeniem wspólnot w zasobach spółdzielczych jest nikłe (objęło niespełna 4% lokali), ustawodawca uznał, że dla dobra mieszkańców trzeba ich do tego zmusić. W istocie chodzi o to, by zlikwidować spółdzielnie mieszkaniowe, będące strukturami niezależnymi od władz. Ich członkami jest prawie 10 mln ludzi, spółdzielnie mają własne organizacje, które w sprawach mieszkaniowych patrzą naszemu państwu na ręce. I mają co krytykować, skoro w 2006 r. udział nakładów na sferę mieszkaniową stanowił 0,45% wydatków budżetu państwa, a w 2009 r. tylko 0,3%. Państwo, zamiast aktywnie rozwiązywać problemy mieszkaniowe, tworzy zasłonę dymną, pokazując, jak to chce wyzwalać mieszkańców ze spółdzielczego jarzma.
A może dzięki tej ustawie będzie łatwiej znaleźć środki na remonty?
– Wręcz przeciwnie. W spółdzielni mieszkaniowej istnieje wspólny fundusz remontowy, składają się na niego lokatorzy wszystkich budynków, ale nie w każdym budynku planuje się identyczne prace. Dzięki temu środki można przesuwać tam, gdzie są potrzebne. Projekt mówi zaś, że spółdzielnia tworzy dla każdej nieruchomości odrębny fundusz remontowy – i będzie można wydać tylko tyle, ile na ten fundusz wpłacili lokatorzy danego budynku. Przykładowo wymiana czterech wind w 11-piętrowym budynku mającym 150 mieszkań kosztuje 600 tys. zł, co oznacza, że posiadacz każdego mieszkania musi wpłacić 4 tys. zł. Ta nowelizacja uniemożliwi poważniejsze remonty i spowoduje dekapitalizację budynków. Prawie 30% spółdzielców zalega z opłatami (ok. 800 mln zł). Ich długi sparaliżują gospodarkę wspólnot mieszkaniowych.
Sejmowa Komisja Kodyfikacyjna negatywnie zaopiniowała ten projekt, nikt nie był za. Szef komisji, zresztą poseł PO, stwierdził, że ocena ekspertów „była druzgocąca, nie zostawiając na projekcie suchej nitki”.
– Była to ocena całkowicie uzasadniona. Każdy właściciel ma otrzymać część majątku spółdzielni, co oznacza, że wspólny majątek przynoszący wszystkim korzyści (np. lokale użytkowe) przestanie istnieć. Z czego więc mają być finansowane zieleńce czy place zabaw? Ludzie czekający na mieszkania – członkowie oczekujący – tracą członkostwo w spółdzielni. Projekt likwiduje wpisowe i wnoszenie udziałów, co sprawi, że spółdzielnie, które przetrwają, nie będą mieć funduszu udziałowego, z którego mogą pokryć ewentualne straty. Niekonstytucyjne jest zmuszanie mieszkańców do bycia członkami wspólnoty. Ustawa, z obawy przed zmianami na scenie politycznej, ma wejść w życie 1 sierpnia, zmieniając reguły gry ekonomicznej w połowie roku obrachunkowego! Wszystko to stanowi skrajny brak odpowiedzialności i ingerencję w niezależność spółdzielczą. Boję się jednak, że wola polityczna jest ważniejsza i projekt zostanie przepchnięty przez sejmową większość. n


Tomasz Jórdeczka, przewodniczący Rady Nadzorczej Związku Rewizyjnego Spółdzielczości Mieszkaniowej RP, prezes Śródmiejskiej Spółdzielni Mieszkaniowej w Bielsku-Białej

 

 

Wydanie: 22/2011

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Anonimowy
    Anonimowy 20 kwietnia, 2013, 19:20

    Bzdura goni bzdurę. Oczywiście, że nieprawdą jest że władze SM nie mają żadnych możliwości zastraszania lokatorów. Mają i to bardzo duże. Dużo na ten temat mogli by powiedzieć min. byli pracownicy byłej FSM w Bielsku-Białej. To im ŚSM w Bielsku-Białej odmawiała własności przejętych nieodpłatnie mieszkań. W innych SM robi się to tak, że władze SM twierdzą że nie mają dokumentów. Kolejna bzdura. Zarządy wielu SM mogą się czuć czasami „zastraszane” ale jak posłucha się np. wywodów sądowych pełnomocników SM, w tym ŚSM w Bielsku-Białej, to faktycznie trzeba przyznać ludziom prawa do jakiejś formy „zastraszania”. Cóż mają innego? Kłamstwo kolejne Panie Tomaszu: nie ma żadnego innego podmiotu prawnego, w którym udziałowiec miałby tak szerokie przywileje informacyjne i kontrolne jak członek spółdzielni mieszkaniowej. Otóż, jak Pan z pewnością wie wszędzie członek podmiotu ma prawo być reprezentowanych przez pełnomocnika. Tylko w spółdzielniach mieszkaniowych jest zakaz. Może tylko korzystać z „doradcy”. W dodatku „doradcy” niemego, bo zabierania głosy „doradcy” w imieniu członka SM, się Prawem Spółdzielczym zabrania. Mają prawo mówić w każdej SM, Pan Jórdeczka i jego Koledzy, nie mają prawa mówić „doradcy”. Toż to prawny skandal Panie Tomaszu. „żądać okazania każdej faktury”; raczy Pan żartować. Doprawdy, Akademia Dowcipu. Jak Pan chce to chętnie skieruję Pana do przynajmniej kilkunastu spółdzielni, gdzie jest Pańska „swoboda” dostępu do Faktur. Kolejna bzdura: „każdy członek może w praktyce sprawować indywidualną kontrolę wszelkich działań spółdzielni”. Widać humor Pana nie opuszcza. O podziale spółdzielni nie wspomnę, ale dorzucę jeszcze przykład haniebnych podziałów nieruchomości. Jak np. te po obrysie budynku, których morze przykładów pochodzi z terenu Bielska-Białej. Doprawdy, trudno o bardziej czytelny przykład lekceważenia swoich członków. Przykład jak można na wiele, bardzo wiele lat, utrudnić właścicielom prawidłowe funkcjonowanie. Skoro jednak spółdzielni mieszkaniowe przejmujące nieodpłatnie mieszkania zakładowe nie raczyły wykonać przepisu art. 9 ust. 2 właściwej ustawy, to jak tu mówić o prawidłowości działań wielu, zbyt wielu, większości, spółdzielni mieszkaniowych. A jak mówi Pan o majątku to przypomnę się z licznymi Uchwałami przesuwającymi nasze „wspólne” pieniążki z Funduszu Remontowego naszych mieszkań i budynków, na budowę lokali użytkowych. Tak się nie czyni. Nawet jak jest taka forma dopuszczalna, to wiedza „świadomych” znaczenia tych Uchwał Zarządów, ma się nijak do „wiedzy” członków o świadomym odkładaniu remontów ich nieruchomości

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy