Milion za śmierć

Milion za śmierć

Wracają z wojskowymi honorami, pośmiertnie dostają odznaczenia. W ich rodzinach pozostaje pustka.

Niebo nad afgańską prowincją Wardak 9 października 2009 r. było czyste, a temperatury znośne. Żołnierze VI zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego jechali drogą Highway 1. Wieźli z Ghazni do Bagram uszkodzony sprzęt; mieli go tam zostawić i pobrać zaopatrzenie. Na czele konwoju jechali saperzy w transporterze opancerzonym MRAP. Cougary, wypożyczone od Amerykanów, służyły polskiej armii już rok. Dawały żołnierzom poczucie bezpieczeństwa.
40 km od bazy zatrzymali się przed zwężeniem drogi, aby sprawdzić, czy nie ma tam ukrytych ładunków wybuchowych. Eksplozja nastąpiła, kiedy wsiadali z powrotem do pojazdu. Na miejscu zginęło dwóch saperów ze Szczecina, dwóch następnych zostało ciężko rannych. W tym kpr. Paweł Staniaszek z Mazowieckiej Brygady Saperów w Kazuniu.
Żołnierza przetransportowano do szpitala w Bagram, stamtąd do bazy w Ramstein w Niemczech. Do Wojskowego Instytutu Medycznego na Szaserów w Warszawie trafił w kwietniu 2010 r. Na misji spędził parę dni, w szpitalach – w sumie półtora roku.
– Odwiedzałam syna raz w tygodniu, a jeżeli mogłam, to częściej – mówi Wiesława Staniaszek, matka kaprala. Do Warszawy musiała dojeżdżać. Kiedy trafiało się jej wolne poza weekendami, nocowała u rodziny w stolicy. – Świąt nigdy nie spędził sam. Ani w Ramstein, ani w Polsce.
Wojskowi mówili, że był to najciężej ranny polski żołnierz. Lekarze ze szpitala na Szaserów walczyli o jego życie przez rok. Musieli mu amputować obie nogi. Poruszał się na wózku. – Te półtora roku było dla mnie bardzo ciężkie – wspomina pani Staniaszek. Razem mieli się wprowadzić do mieszkania w Nowym Dworze Mazowieckim, przystosowanego do potrzeb osób niepełnosprawnych.
Kpr. Paweł Staniaszek nie wyszedł ze szpitala. Zmarł na zapalenie płuc 20 kwietnia 2011 r. Pośmiertnie został odznaczony Gwiazdą Afganistanu oraz Krzyżem Wojskowym za męstwo i odwagę na polu walki.

Klienci zgłosili się sami

Paweł Staniaszek był 26. ofiarą pobytu naszych wojskowych w Afganistanie. Do ubiegłego czwartku bilans ten wzrósł do 27 zabitych. Łącznie w wojnach, w których bierzemy udział dłużej niż w jakimkolwiek konflikcie zbrojnym od niepamiętnych czasów, straciliśmy 49 żołnierzy – 22 w Iraku i 27 w Afganistanie.
Rodzinom poległych wypłacono wszystkie przysługujące im świadczenia. Wojsko otoczyło je wszechstronną opieką; w niektórych jednostkach mogą w każdej sprawie kontaktować się z wyznaczonym do tego oficerem, gdy trzeba, przyjmie je także dowódca. Mazowieccy saperzy groby poległych kolegów odwiedzają raz na kwartał.
Nie wszyscy jednak uważają, że rachunek krzywd został wyrównany. 34 członków rodzin 14 poległych żołnierzy domaga się od Ministerstwa Obrony Narodowej po milionie złotych zadośćuczynienia za śmierć mężów, ojców i synów na zagranicznych misjach. Reprezentują ich radcy prawni z gdyńskiej kancelarii Nowakowski&Sławek.
Wybór nie był przypadkowy. Radcy właśnie dopinają ostatnie ugody z MON w sprawie wypłaty zadośćuczynień rodzinom wojskowych, którzy zginęli w katastrofie samolotu CASA. Nowakowski i Sławek reprezentowali wszystkie rodziny ofiar – razem 72 osoby, z których każda otrzymała po 250 tys. zł.
– Mówię szczerze: nie szukaliśmy tych klientów – zarzeka się mec. Nowakowski.
– Sami się do nas zgłosili, podobnie było w przypadku casy.
Do gdyńskiej kancelarii mirosławskie rodziny trafiły w grudniu ub.r. za pośrednictwem jednej z wdów, która znała mec. Nowakowskiego. Zwróciła się do niego po odwiedzeniu kilku adwokatów, którzy nie zdecydowali się wystąpić w jej imieniu. 28 stycznia br., po trzech latach od katastrofy, „szkoda niematerialna” najbliższych tragicznie zmarłych żołnierzy miała się przedawnić. Radcy, mając to na uwadze, podjęli się zadania.
„Szkoda niematerialna” zaszła w wyniku rozbicia się na lotnisku 12. bazy lotniczej w Mirosławcu samolotu transportowego CASA C-295 M. W katastrofie zginęło 20 żołnierzy Sił Powietrznych: czterech pilotów i 16 pasażerów, w tym dowódca 1. Brygady Lotnictwa Taktycznego w Świdwinie, gen. dyw. Andrzej Andrzejewski.
Kiedy zginęli pasażerowie casy, nie było mowy o zadośćuczynieniach. Sytuacja się zmieniła po katastrofie smoleńskiej. Wyjątkowość ofiar wypadku sprawiła, że ta kwestia pojawiła się dość szybko. W reprezentującej skarb państwa Prokuratorii Generalnej zaczęto się zastanawiać nad tym już w lipcu ub.r. Spekulowano, że najbliżsi będą się domagać od 500 tys. do 4 mln zł. Stanęło na 250 tys. zł dla każdego członka najbliższej rodziny – małżonków, dzieci i rodziców.
Mec. Nowakowski pytał wtedy w mediach, czym się różnią jedne ofiary od drugich. Wkrótce stanowisko to podzieliło także MON. – Zaproszono nas do ministerstwa krótko po tym, jak Prokuratoria Generalna zaproponowała wypłacenie odszkodowań rodzinom smoleńskim – wspomina mec. Sławek. Choć wezwanie do zapłaty wysłali do MON jeszcze w połowie grudnia 2010 r., do rozmów usiedli w lutym – po decyzji w sprawie odszkodowań dla rodzin smoleńskich.
Czyżby więc o zaproszeniu zadecydowały względy polityczne? – W MON nikt nie ukrywał, że decyzje podejmowano na najwyższym szczeblu – mówi Sławek.

Zadośćuczynienie to nie odszkodowanie

Nieuczciwe byłoby stwierdzenie, że Polska pozostawia rodziny poległych kompletnie bezradne. MON wykupuje naszym żołnierzom przed wyjazdem na misję ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków. W przypadku śmierci, z NNW osobie wskazanej przez żołnierza wypłacane jest 250 tys. zł. Następne w kolejności są środki gwarantowane ustawowo: jednorazowa wypłata 18-krotności średniej krajowej (ok. 62 tys. zł), powiększona dodatkowo o trzyipółkrotność na każde dziecko, plus prawo do dodatkowego odszkodowania, przyznawanego przez ministra w uzasadnionych przypadkach. Do tego wszystkie wypłaty, tak jakby żołnierz odchodził ze służby: odprawa, spieniężone urlopy, ekwiwalenty i nieodebrane dodatki.
Do tego dochodzą comiesięczne wpływy z tytułu renty rodzinnej, zapomogi, o którą można się starać u ministra obrony narodowej, i pomoc w kontynuowaniu nauki, wypłacana młodzieży od 16. roku życia, nie dłużej jednak niż do 25. Plus pomoc finansowa w dokształcaniu zawodowym i przekwalifikowywaniu w maksymalnej kwocie 5,6 tys. zł.
Jednak gdyńscy prawnicy uważają, że choć rodziny otrzymały już wszelkie przysługujące im ustawowo świadczenia, nie zaspokoiło to wszystkich roszczeń. – Świadczenia już wypłacone rodzinom nie są tymi, o które nam chodzi. To było świadczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków na podstawie polisy, którą zawarło MON, i nie nazywa się ich nawet odszkodowaniami, tylko świadczeniami ubezpieczeniowymi – mówi mec. Sławek.
Trójmiejscy prawnicy chcą walczyć o zadośćuczynienie. Ich główna linia argumentacyjna w sprawie zadośćuczynień dla rodzin żołnierzy poległych na misjach jest podobna do tej, którą przyjęli w sprawie poprzednich klientów: mają zostać wypłacone za zerwane więzi rodzinne. – Prawo do rodziny jest zagwarantowane w konstytucji, a jako takie musi podlegać ochronie prawnej. Utrata bliskiej osoby oznacza, że wartości, które normalnie wszyscy nabywamy, tutaj zostają utracone. Rozerwane więzi rodzinne, małżeńskie, rodzicielskie rodzą poczucie osamotnienia. Orzecznictwo nazywa to naruszeniem dóbr niematerialnych w postaci rozerwanych więzi, osamotnienia i krzywdy – mówi mec. Sławek.
Więzi rodzinne należą do katalogu dóbr osobistych, który w polskim prawie pozostaje otwarty, tzn. nie są one wyliczone w żadnym przepisie. Sprawia to, że muszą być wyodrębniane „ręcznie” w precedensowych sprawach.
Mec. Lech Obara z Olsztyna jest weteranem tego rodzaju przypadków. – W procesach z Biedronką udało nam się przed Sądem Najwyższym wyodrębnić dobro osobiste, jakim jest prawo pracownika do pracy w warunkach zgodnych z BHP, a w procesie przeciwko „Die Welt” o „polskie obozy koncentracyjne” przed warszawskim sądem usiłujemy wyodrębnić dobro osobiste, jakim jest prawo do prawdy historycznej – mówi.
Rodziny domagające się zadośćuczynienia mają za sobą orzecznictwo Sądu Najwyższego z 2010 r. W styczniu ub.r. sędziowie orzekli, że śmierć bliskiej osoby może stanowić naruszenie dóbr osobistych członków rodziny zmarłego i uzasadniać przyznanie zadośćuczynienia. W listopadzie – że wysokość odszkodowania musi uwzględniać aspekt niematerialny, rozumiany m.in. jako osierocenie czy pozbawienie miłości.
Mec. Sławek przytacza w tym miejscu obowiązującą w polskim prawie zasadę niezaliczalności: – Świadczenie wypłacone na jednej podstawie prawnej nie zalicza się na poczet wypłacanego na podstawie drugiej. Jeżeli jakiś przepis stwierdzałby, że świadczenie z tytułu polisy może być wypłacane na poczet zadośćuczynienia, to mielibyśmy bardzo trudne zadanie. A tak żądamy zupełnie innego świadczenia.
Radcy są zdania, że prawo stoi po ich stronie i że uda się dojść z MON do porozumienia poza salą sądową, tak jak udało się to przy sprawie casy. – Paradoksalnie w sprawie poległych żołnierzy mamy teraz mniej niejasności niż w styczniu czy grudniu ub.r. – mówi mec. Nowakowski.
Nie wiadomo, czy jasność w tej kwestii ma również MON. Wiceminister Czesław Piątas w wypowiedzi dla PAP tak komentował sprawę: „Będziemy się zastanawiać, czy podjąć rozmowy z rodzinami ws. odszkodowania z tytułu pogorszenia sytuacji materialnej lub zadośćuczynienia za straty moralne – za zerwanie więzi rodzinnych, ból i cierpienie”. Dodał, że rozważają skierowanie sprawy do sądu, „żeby niezawisły organ mógł dokładnie ocenić i określić wielkość środków, które powinny być w formie zadośćuczynienia lub odszkodowania tym rodzinom wypłacone”. Prośba o dalszy komentarz kończy się lakonicznym e-mailem z Departamentu Prasowego: „Do czasu zakończenia analizy prawnej [tych] przypadków Ministerstwo Obrony Narodowej nie będzie się wypowiadać w przedmiotowym temacie”.

Pieniądze za śmierć

Członkowie rodzin, z którymi udało nam się skontaktować, przyjmują w kwestii zadośćuczynień wstrzemięźliwą postawę.
– Nie wierzę, że ta kwota jest do wygrania – powątpiewa Wiesława Staniaszek. – Nie jestem pewna, czy to w ogóle zaczynać, bo myślę, że nic z tego nie wyniknie.
Matka innego żołnierza prosi o niepodawanie nazwiska. – Straty własnego dziecka nie wynagrodzi mi nigdy żadna kwota, nawet gdyby ją trzykrotnie podwyższyli. Nawet nie wiem, na co bym ją przeznaczyła, chyba na oszczędności, bo mamy z mężem niskie zarobki, więc emerytury też będziemy mieli niewielkie.
Nie chce o tym rozmawiać, bo ból po stracie syna jest jeszcze zbyt silny. – Wszystko powraca; nie śpię całymi nocami, chodzę na grób, palę świeczki, rozmawiam. Nie chciałabym tego przechodzić raz jeszcze – głos jej się łamie. – Pełne życia dziecko, które dzień w dzień dzwoniło, teraz leży w grobie, przed rodzicami. Za jakie grzechy?
– Nagła, nieoczekiwana strata bliskiej osoby to zdarzenie traumatyczne – mówi dr Agnieszka Bratkiewicz, psycholog, kierownik Zespołu Interwencji Kryzysowej SWPS. – Z tego wychodzi się bardzo długo. Zazwyczaj psychika goi się od trzech do sześciu miesięcy, żałoba trwa rok, a czasem ciągnie się nawet kilka lat – tłumaczy.
Trauma nie pozostaje bez wpływu na codzienne życie. – Mogą wystąpić flashbacki, to znaczy, że bliskim może się wydawać, że widzą zmarłego. Może się on także śnić. Podświadomie możemy unikać przedmiotów i sytuacji związanych ze śmiercią osoby bliskiej; czasem osiąga to poziom fobii. W przypadku żołnierzy na misjach możemy unikać przedmiotów z tego kraju. Organizm jest pobudzony, pojawiają się drażliwość, problemy ze snem. Jeśli te objawy się utrwalają, mamy do czynienia z zespołem stresu posttraumatycznego – mówi Agnieszka Bratkiewicz.

Szydercze sumy

Suma, jakiej zażądali najbliżsi poległych żołnierzy – w tej chwili to razem 34 mln zł – może budzić mieszane uczucia, nawet wśród tych, którzy uważają, że pieniądze im się należą. Oficer w jednej z jednostek biorących udział w misjach zagranicznych kwituje: – Żołnierz to nie piekarz. Doskonale wiedzieli, na co się pisali. Jednak pod nazwiskiem przeciwko rodzinom poległych się nie wypowie.
Prof. Jan Maciejewski z Zakładu Socjologii Grup Dyspozycyjnych Uniwersytetu Wrocławskiego nie ma wątpliwości co do reakcji społecznej na rekordową wartość zadośćuczynień. – Ich wysokość zbulwersuje otoczenie bliższe i dalsze żołnierzy, którzy ponieśli najwyższą ofiarę. Żołnierz to jest zawód, nikt nie jest do niego przymuszany. A im wyżej dany zawód w hierarchii społecznej, tym większe konsekwencje się z nim wiążą. Z utratą życia włącznie – wyjaśnia.
Dotychczas w polskim orzecznictwie panowała zasada, że na krzywdzie niematerialnej nie można się wzbogacić. Jeśli więc ktoś wygrywał w sądzie sprawę o odszkodowanie, to zazwyczaj miało ono pokryć koszty leczenia lub utracone zarobki. Szkoda niematerialna – jeśli w ogóle – wynagradzana była symbolicznie. Obecne sprawy o zadośćuczynienie otwierają zupełnie nowy rozdział.
– Każdy z wyroków, w których zasądza się wyższe zadośćuczynienie, podnosi poprzeczkę finansową w przyszłych sprawach. W ten sposób funkcję naprawczą, którą mają pełnić te wypłaty, wzbogaca się o elementy zapobiegania, a nawet karania – tłumaczy mec. Obara. Dotychczas można było postawić kiepskie rusztowanie i nawet jeśli pracownik się zabił, nieuczciwy przedsiębiorca ryzykował niewielkie pieniądze. – Trafia to w społeczne oczekiwanie. Jeśli dziś za śmierć człowieka w wypadku przy pracy rodzina dostaje 58 tys. zł, to brzmi jak szyderstwo. Żadna z tych funkcji nie jest dobrze wypełniana – mówi mec. Obara.
Sprawa zadośćuczynień za poległych nie rozwiąże problemu wyceny życia i uczuć. Ale dla wszystkich, których bliscy w przyszłości zginą lub doznają uszczerbku na zdrowiu, może stanowić nadzieję, że ich krzywda zostanie zrekompensowana w godny sposób. Bez szyderstwa.

Kuba Kapiszewski


Jak w US Army

Polskie podejście do odszkodowań dla żołnierzy nie różni się bardzo od podejścia amerykańskiego. Tam w zależności od planu ubezpieczeniowego za śmierć wypłaca się wskazanym przez żołnierza osobom do 400 tys. dol. Ubezpieczenia kosztują grosze (65 centów za każdy tysiąc dolarów ubezpieczenia). Departament Obrony dodatkowo wypłaca jednorazową, nieopodatkowaną sumę (death gratuity) w wysokości 100 tys. dol. Do tego dochodzi zasiłek dla małżonka wypłacany do czasu zawarcia kolejnego związku (DIC, dependency and indemnity compensation) w wysokości 1154 dol., powiększony o 286 dol. za każde dziecko. Jest też kilka innych, pomniejszych świadczeń.
Inne państwa również starają się pieniężnie wynagrodzić rodziny – Niemcy wypłacają swoim żołnierzom po 60 tys. euro, Kanadyjczycy – 240 tys. dol.


Jak powinny być uregulowane kwestie zadośćuczynienia za śmierć i kalectwo żołnierzy na misjach?

Janusz Sejmej,
rzecznik MON

Kwestie te na etapie resortowym są uregulowane, istnieją odszkodowania, każdy żołnierz na misji jest ubezpieczony przez resort, bo to forma obowiązkowa. Jeśli dzieje się coś złego, istnieją też świadczenia wypłacane na bieżąco, są różne zasiłki, stypendia, odprawy mieszkaniowe itp. Pewna kancelaria prawnicza z Wybrzeża zwróciła się jednak do ministra z innego paragrafu niż kwestie objęte ubezpieczeniami i odszkodowaniami. Kancelaria ta nie neguje, że rodziny otrzymały już wypłaty z ubezpieczenia, teraz starają się o zadośćuczynienie z innego tytułu prawnego, w związku z tym każdy wniosek będzie rozpatrywany indywidualnie po zasięgnięciu opinii prawniczej. W tym celu powołano 8 czerwca zespół do analizy i oceny roszczeń rodzin żołnierzy, którzy ponieśli śmierć, pełniąc służbę w polskich kontyngentach wojskowych w Iraku i w Afganistanie.

Dr Ireneusz Kamiński,
Instytut Nauk Prawnych PAN, Helsińska Fundacja Praw Człowieka

Mamy do czynienia ze szczególną sytuacją. Osoby poległe na misjach wojskowych nie znalazły się tam przypadkowo, ale przebywały w ramach służby dla państwa polskiego. Całokształt świadczeń powinien więc być uregulowany odpowiednimi umowami ubezpieczeniowymi, do których składki opłaca państwo, a gdyby takiej umowy nie było, odpowiedzialność cywilną w pełnym zakresie także ponosi państwo polskie. Ta sprawa musi być więc całkowicie i satysfakcjonująco załatwiona. Jeśli coś się wówczas wydarzy, rekompensata finansowa powinna sprawiać, by najbliżsi nie pozostawali bez środków do życia.

Gen. Roman Polko,
b. dowódca Formacji Specjalnej GROM, b. zastępca szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego

Kwestie te powinny być uregulowane prawnie, jeszcze zanim kogokolwiek wyślemy na zagraniczną misję, a koszty takich świadczeń powinny być z góry określone. Zauważę jednak z przykrością, że bardziej się u nas dba o zabitych niż o rannych. Odwiedzałem niedawno żołnierza potwornie okaleczonego, przebywającego w Centralnym Szpitalu Klinicznym MON w Warszawie, który marzył tylko o tym, aby móc być przeniesionym do amerykańskiego szpitala wojskowego, gdzie przebywał po odniesieniu ran. Mimo pewnej bariery językowej tam był lepiej traktowany, pielęgniarki były zawsze uśmiechnięte, niczego nie brakowało. U nas natomiast spotykają go różne niedogodności charakterystyczne dla polskiej służby zdrowia. Pierwsza z brzegu – osoby odwiedzające chorego są źle traktowane, nierzadko przepędzane, a podstawową kwestią okazuje się legendarny już problem szpitalnych kapci. Inny żołnierz, który wrócił z misji lżej ranny, traktowany jest „jak wszyscy”, po prostu się nim pomiata, do wszystkich zabiegów czeka w kolejkach, musi się dobijać o zwykłe sprawy, które mu się należą, w żaden sposób nie odczuwa, że służył krajowi i z tego powodu odniósł rany. Nie chodzi o to, że polscy żołnierze mają mieć uregulowane wszystkie świadczenia na tym samym, wysokim poziomie co amerykańscy, jednak w tej chwili, gdyby nie katastrofa smoleńska i przyznane rodzinom rekompensaty, rodziny żołnierzy poległych na misjach nie zdecydowałyby się na taki krok, aby zadbać o dzieci, o najbliższych, aby mieli po prostu z czego żyć. Podkreślam jednak, że los rannych jest dużo gorszy, bo ci są całkowicie opuszczeni.

Daniel Kubas,
prezes Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach Wojskowych poza Granicami Kraju

Moim zdaniem, to także powinno być prawnie uregulowane. Przykład zadośćuczynienia, jakie otrzymały rodziny ofiar katastrofy samolotu Casa oraz Tu-154, skłonił rodziny żołnierzy do złożenia wniosku, bo albo wszyscy są u nas równi wobec prawa, albo nie. Jak wiadomo, ubezpieczenie służy pokryciu strat materialnych, ale już nie pozostałych niematerialnych ani moralnych. Rodziny poległych i rannych uzyskują odszkodowanie w zależności od tego, w jakim procencie żołnierz poniósł uszczerbek na zdrowiu. Rodzina poległego otrzymuje 100% odszkodowania, które obecnie wynosi 250 tys. zł. Nie jest to kwota mała, jednak nie rozwiązuje wszystkich problemów rodziny. To w zasadzie nie wystarcza np. na kupienie mieszkania, a już zupełnie nie rekompensuje licznych strat niematerialnych, z jakimi ma do czynienia rodzina żołnierza. Przypuszczam, że wcześniej nikt nie przewidział, że problemy rodzin, które poniosły straty, wystąpią w takiej skali. Problem wymaga więc rozwiązania systemowego, tym bardziej że rodziny żołnierzy nie powinny czuć się „gorsze” niż rodziny ofiar katastrofy lotniczej. Dlatego uważam, że rodziny te mają prawo wystąpić o dodatkowe zadośćuczynienie i rekompensatę strat niematerialnych. Generalnie zaopatrzenie żołnierzy wysyłanych na misje z innych krajów, np. z Niemiec, jest na bardzo wysokim poziomie. Gdyby polscy żołnierze ranni na misjach otrzymywali analogiczne wsparcie, byliby zabezpieczeni materialnie do końca życia. U nas jednak takiego systemu nie ma, to dopiero powstaje. Oczywiście nie jesteśmy tak bogatym krajem jak USA czy Niemcy, ale też środowisko rodzin poszkodowanych na misjach nie oczekuje nie wiadomo czego. W dużej mierze chodzi o kwestię moralną, równego traktowania cierpień i bólu po stracie najbliższych.

Gen. Adam Rębacz,
prezes Związku Byłych Żołnierzy Zawodowych i Oficerów Rezerwy Wojska Polskiego

Oczywiście tak nie może być, aby dopuszczać tak duże zróżnicowanie w stosunku do ofiar samolotu Casa i Tu-154. I tu, i tam zginęli polscy obywatele, nie powinno się w żadnym stopniu różnicować ofiar. Życie ludzkie nie ma ceny, ale trzeba ustalić, jak wysokie są odszkodowania i zadośćuczynienia, bo to wszystko pochodzi w sumie z naszych kieszeni. Jest wręcz niepokojące, że robi się takie różnice.

Wojciech Łuczak,
ekspert militarny, wydawca magazynu „Raport”

Na razie uregulowana zostanie kwestia przywilejów kombatanckich dla weteranów wojny w Iraku i w Afganistanie oraz innych misji wojskowych. Do końca tej kadencji Sejm ma przyjąć uregulowania dotyczące specjalnych praw kombatanckich. Tworzy się też inne formy pomocy, m.in. w szpitalu wojskowym na ul. Szaserów w Warszawie otwarto oddział leczenia stresu psychicznego, który jest nierzadko znacznie cięższy i groźniejszy od urazów fizycznych. Wojsko stara się też pomóc, zatrudniając na różnych stanowiskach tych, którzy odnieśli ciężkie rany, ale mogą podjąć pracę.
Notował BT

Wydanie: 26/2011

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy