Miłość z telewizora

Co się w Warszawie nosi? Pomarańczowe wstążeczki i Ukraińców. Wstążeczki w klapach, zwłaszcza kiedy nosiciela kamerują. Ukraińców nosi się w sercu, też kiedy media są obecne. Bo miłość do Ukrainy to jednocześnie deklaracja polskiego przywiązania do demokracji, wspólnej Europy i pogardy dla wyborczych szwindli. W ogóle szwindli i kłamstw w polityce.
Kochamy Ukrainę, kochając kandydata na prezydenta Juszczenkę, bo przegrał w wyborach. Przegrał niesłusznie, wygrać powinien, moralnie zwycięzcą jest. A my, Polacy, uwielbiamy kochać przegranych realnie, ale wygranych moralnie. Kochamy też Julię Tymoszenko. Tu uzasadnień nie potrzeba. Ot, miłość od pierwszego wejrzenia. Nie kochamy Janukowycza, bo to nie Ukrainiec, tylko kacap. Podobnie jak jego zwolennicy. Kochamy Ukrainę wolną, przebudzoną narodowo. Deklarujemy to codziennie, jedząc pomarańcze. Każda zjedzona to krok w tworzeniu demokratycznej, wolnej od kacapskich wpływów Ukrainy. A bez wolnej i demokratycznej Ukrainy nie będzie wolnej i demokratycznej Polski, powtarzamy wraz z telewizorem już od rana, po rozstrzygnięciu dylematu kawa czy herbata.
Kochamy Ukrainę, braci naszych słowiańskich, tak bliskich nam teraz. Problem w tym, kiedy naszą miłość trzeba im wyrazić, wysłowić. Możemy oczywiście zrobić to po angielsku. Młodzi tu i tam znają. Po studiach zwłaszcza. Gorzej ze znajomością w naszym kraju ukraińskiego. Ale to zrozumiałe, od kiedy na fali naszej wolności i demokracji wykasowano naukę rosyjskiego ze szkół polskich. Co prawda, może w ogóle nie wypada z przebudzonymi narodowo Ukraińcami gadać po rosyjsku. W języku ich okupantów, ale w takim razie po jakiemu? Gdyby oni przyjęli teraz choć łaciński alfabet, byłoby prościej. A tak z tą ichnią cyrylicą to niczym z chińskimi robaczkami.
Oczywiście, Ukraińcy mogliby się uczyć po polsku. Polski jest przecież europejskim językiem, tłumaczonym i używanym w Parlamencie Europejskim i unijnej biurokracji. Ukraiński długo jeszcze tam słyszany nie będzie. Bo chociaż Polacy i inni Unioeuropejczycy kochają wolnych i demokratycznych Ukraińców, to Unia uchyli im drzwi przedpokoju, rozpocznie negocjacje nie wcześniej niż po 2010 r. W kolejce przecież stoją wolne i demokratyczne: Rumunia, Bułgaria, Chorwacja i Turcja. Miłość Unii do Ukrainy długo pozostanie zatem deklaratywna. Zresztą to i tak postęp. Jeszcze w maju tego roku odchodzący komisarz Prodi pytany przeze mnie o możliwość akcesji Ukrainy do UE zbywał ukraińskie aspiracje grzecznie, acz stanowczo. Czy Ukrainie długo wystarczą nasze wstążeczki, pomarańcze i deklaracje dla podtrzymania tak rozpalonej miłości między nami?
W Warszawie nosi się pomarańczowe wstążeczki i Ukrainę na szalikach, ale w kinach nie sposób znaleźć filmu ukraińskiego, podobnie jak na licznych kanałach telewizyjnych. W księgarniach szczęśliwie pojawiła się antologia współczesnej poezji „Wiersze zawsze są wolne”, ale to rzadka przetłumaczona u nas pozycja z ukraińskiej literatury. Częściej z ukraińską kulturą, słowem spotykają się właściciele ukraińskich gospoś czy budowlańców, pracujących na czarno. Jak naprawdę kocha się w Polsce Ukraińców, można się dowiedzieć, jadąc na „giełdę pracy” w podwarszawskim Piasecznie. Współczesny targ niewolników. W stolicy wolnej Polski powstały nawet czyste narodowo agencje towarzyskie, reklamujące się hasłem „Tylko polski”. Żeby klient nie musiał się stresować, słysząc mowę Szewczenki i Juszczenki.
W Polsce strasznie kocha się obecnie Ukraińców. Ale tylko tych na Ukrainie. Przebywający w naszym kraju przestają być reprezentantami wspólnej, demokratycznej, europejskiej rodziny.

Wydanie: 50/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy