Mobbing i medycyna

Mobbing i medycyna

Konflikt personalny w olsztyńskim szpitalu MSWiA zagroził istnieniu oddziału hematologii Dr Waldemar Kulikowski wylicza, że na skutek złego traktowania podwładnych przez panią ordynator w ciągu ostatnich lat odeszło z oddziału aż 13 osób. W tym czterech rezydentów, czyli młodych lekarzy w trakcie specjalizacji. – Ja sam leczę się psychiatrycznie, od dłuższego czasu przebywam na zwolnieniu, ostatnio wróciłem z sanatorium w Gołdapi – opowiada 38-letni dr Kulikowski, specjalista hematologii i chorób wewnętrznych. Sanatoryjny lekarz potwierdził u niego depresję i zaburzenia snu, co miało wynikać z wieloletniego mobbingu w miejscu pracy. Pobyt w sanatorium przyniósł poprawę stanu psychicznego Kulikowskiego na tyle, że spojrzał na swoje problemy z innej perspektywy. Pani ordynator krzyczy – Już samo wypowiedzenie umowy o pracę w poliklinice spowodowało, że do sprawy nabrałem dystansu – podkreśla. Tak samo jak co najmniej kilkoro innych lekarzy, którzy już w tym szpitalu nie pracują. W tym dwie lekarki specjalistki z zakresu hematologii, które razem z Waldemarem Kulikowskim ten oddział tworzyły w październiku 2012 r. Na jego czele stanęła dr Wanda K.-P. z Gdańska, lekarka z kilkoma specjalizacjami, ale bez doświadczenia w kierowaniu zespołem. Początkowo współpraca z podwładnymi układała się poprawnie. Podstawowa kadra medyczna liczyła tylko cztery osoby, ale dochodzili lekarze z onkologii. Pierwsze spięcia zaczęły się u progu 2013 r. – Najpierw skupiła się na swej zastępczyni. Ignorowała ją, a na porannych odprawach sugerowała, że ma ona problemy psychiczne i rodzinne. Nie stanąłem w obronie koleżanki, bo sam mógłbym mieć kłopoty, a w tym czasie robiłem specjalizację. Potem złe zachowanie pani ordynator dotknęło i mnie, i innych lekarzy oddziału – wspomina dr Kulikowski. Jego zdaniem wynikało to z charakteru dr Wandy K.-P., ale także z poczucia zagrożenia na stanowisku ordynatora. – Obawiała się chyba, że zastępczyni chce ją wygryźć, ja jej pomagam, a koleżanka jest na tyle naiwna, że wspiera nas, nie widząc prawdziwych intencji – konstatuje dr Kulikowski. Wymienia przykłady zachowania pani ordynator: wybuchy agresji, krzyczenie na lekarzy podczas porannych odpraw, pomawianie w obecności kolegów i pacjentów o brak wiedzy i umiejętności, o błędne decyzje terapeutyczne, a nawet o zaburzenia psychiczne. Gdy któregoś dnia Kulikowski zauważył, że dyżur w poradni będzie pełnił bez zapłaty za nadgodziny, dr Wanda K.-P. miała mu wypomnieć podniesionym głosem, że godziny nadliczbowe wynikają z nieudolności lekarza, który za długo zajmuje się pacjentami. – Ale czasami po scysji na odprawie podchodziła i obejmowała mnie, aż mi było głupio wobec innych. Wielokrotnie też dzwoniła do mnie i wysyłała esemesy lub mejle, zapraszała do siebie i wpraszała się do mnie, sugerując wspólne spędzenie wolnego czasu. Nie godziłem się na taką zażyłość, bo mieszkam z partnerką – opowiada Waldemar Kulikowski. Nie wiadomo, czy gdyby przystał na te propozycje, współpraca zawodowa z przełożoną ułożyłaby się lepiej. Inna podwładna, dr Ewa T. przyjmowała początkowo zaproszenia pani ordynator, ale i tak w końcu odeszła z pracy w szpitalu. Komisja za komisją Skalę nieporozumień powiększał brak współpracy na polu naukowym. Hematolog wymienia w pozwie podłączanie się pani ordynator do jego badań i przypisywanie sobie autorstwa jego prac specjalistycznych. Dr Wanda K.-P. miała też utrudniać mu udział w szkoleniach, konferencjach i wyjazdach służbowych. Dzisiaj te zarzuty powracają w procesie o zadośćuczynienie z tytułu mobbingu, wytoczonym szpitalowi przez Waldemara Kulikowskiego. Pierwsza rozprawa w sądzie pracy odbyła się 30 marca. W czasie składania zeznań jedna z młodych lekarek przypomniała, że konflikt przekroczył masę krytyczną na początku 2014 r., kiedy rezydenci zdawali egzaminy na specjalizację i reszta lekarzy była obciążona pracą ponad miarę. Dr Kulikowski postawił wówczas wniosek, że trzeba ich pracę inaczej zorganizować, co nie było w smak pani ordynator. Kiedy więc rezydenci wrócili po egzaminach, dr Wanda K.-P. odwróciła kota ogonem i powiedziała im, że to doktor Kulikowski obarczał ich winą za obciążenie pracą reszty lekarzy. Innym razem zeznająca lekarka (pracująca teraz na innym oddziale) uciekła z dyżurki, aby nie słyszeć łajania kolegi przez panią ordynator. Sytuacja na oddziale pogorszyła się tak bardzo, że trójka lekarzy napisała skargę do dyrekcji. W 2015 r. powołano pierwszą komisję antymobbingową, która jednak nie rozpoczęła nawet pracy, bo strony konfliktu doszły do porozumienia. Dziś Kulikowski twierdzi, że było to porozumienie wymuszone, zwłaszcza że pomijało ono skargę jego dwóch koleżanek. Stan

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 16/2017, 2017

Kategorie: Kraj