…mój czas dopiero się zaczyna

…mój czas dopiero się zaczyna

Po debacie Kwaśniewski-Kaczyński

Dwa razy podczas słynnej „Debaty” Aleksander Kwaśniewski użył tego zwrotu, a ja po jej wysłuchaniu pytam nieśmiało: czas na co? Pytam, bo przypominając sobie pamiętną debatę Kwaśniewski-Wałęsa, w której miałem okazję jako dziennikarz „Przeglądu Tygodniowego” uczestniczyć, spodziewałem się czegoś więcej niż inteligentnej rozmowy o przeszłości.
Jarosław Kaczyński mówił do swojego elektoratu i mówił to, co mówi zawsze. Mówił o swojej Polsce. O Polsce, jaką stara się malować od dawna. Do tej pory Polacy byli zastraszeni, we własnym kraju nie czuli się bezpiecznie, Polska była i jest przeżarta korupcją i oplątana siecią układów. Z tym wszystkim z wielkim powodzeniem walczy ekipa Jarosława Kaczyńskiego i jeśli ponownie wygra wybory, będzie dalej szukać wrogów i walczyć. W tym miejscu przyszło mi na myśl powiedzenie jednego ze znajomych lekarzy: „Stary, nie ma ludzi zdrowych, są tylko niedokładnie zbadani”. Robotę więc ekipa walcząca z wrogiem będzie miała zawsze. I to jest to, co nas czeka.
A co zaproponował Aleksander Kwaśniewski? Jaką przyszłość? Do czego chciał przekonać telewidzów i do kogo właściwie mówił? Boję się, że mówił do swoich sympatyków. Do ludzi już przekonanych. Do ludzi, którzy wiedzą, bo go znają. Czego natomiast z tego, co mówił, dowiedział się przeciętny Kowalski? Jaką wizję Polski po wyborach wygranych przez LiD zobaczył? Polskę Aleksandra Kwaśniewskiego inną od Polski Kaczyńskiego, to pewne. Ale jaką?
Dla prezesa TVP, Andrzeja Urbańskiego, debata „była ekscytująca”. Dla mnie nie.
Uważam, że debatę źle wymyślono. Że kiepski był jej scenariusz. Pomysł, żeby w studiu spotkali się Jarosław Kaczyński i Aleksander Kwaśniewski, to jeszcze żaden pomysł. Nawet jeśli finałem było pokazanie, że Donald Tusk się nie liczy. Te dwie silne osobowości spotkały się w celu odbycia debaty, do której atmosferę podgrzewano przez cały tydzień. Podgrzewano, podgrzewano i przegrzano. Debata była nudna, a skład dziennikarski, który miał wydusić z aktorów spektaklu siódme poty, niczego z nich wydusić nie chciał albo nie potrafił. Zadowalał się zadaniem pytania i czekaniem na gong. Od biedy jedynie Krzysztof Skowroński bronił się jako tako. Zadawał pytania, które przeciętny Kowalski rozumiał. Redaktor Monika Olejnik zadawała pytania piętrowe, jakby układała babę w babie. Wiele w jednym i zrozumiałe tylko dla niej. Chciała być ostra, a sprowadziła politykę zagraniczną do konfliktów personalnych i swój czas, nad którym zresztą kompletnie nie panowała, do sprawy prof. Bartoszewskiego i oceny poprzednich ministrów spraw zagranicznych. A co jutro, pojutrze i za kilka lat? Co z tarczą antyrakietową, co z naszymi wojskami w Iraku…
Na marginesie tego spektaklu zadaję sobie pytanie, po co właściwie było trzech dziennikarzy i dlaczego prezes Urbański, skoro uznał, że debata jest „ekscytująca”, nie podjął decyzji o jej przedłużeniu. Nie dał szans na dłuższą bezpośrednią wymianę zdań między debatującymi. To byłoby ekscytujące. Ślepe pilnowanie czasu, nad którym nie panowali ani dziennikarze, ani debatujący, było pomysłem kiepskim.
Nie rozumiem też, dlaczego program realizowano tak, że ani Kaczyński, ani Kwaśniewski nie mówili do widzów. Nie wiedzieli, do której kamery mówić?
I już na koniec jedna uwaga. Kiedy zbliżała się debata, TVN pokazywała swoim widzom studio, przygotowania, pokazywała wejście polityków, atmosferę przed tym wydarzeniem. Telewizja publiczna choć była gospodarzem debaty, na ten pomysł nie wpadła. Nie wystąpił też w debacie żaden dziennikarz telewizji publicznej, co skwapliwie i fałszywie tuż potem, w programie „Forum” podkreślił Jarosław Sellin z PiS, podając to jako przykład nieangażowania się telewizji publicznej w politykę. Ubolewam, że nikt z obecnych w studiu nie zapytał, kto z ramienia TVP miałby w tej debacie wystąpić. Kogo jeszcze układ Dworak, Wildstein, Urbański w telewizji zostawił?

 

Wydanie: 41/2007

Kategorie: Media

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy