Moja córka będzie modelką

Moja córka będzie modelką

Coraz częściej na castingi dziewczyny przyprowadzają  ich… matki, wielbicielki seriali i czytelniczki kolorowych gazet 

Maja Jodkowska córce na to nie pozwoli. Za dużo jest niemoralnych propozycji. Prostych, seksualnych. Nawet ona, wizażystka, która maluje dziewczyny na rozmaitych wybiegach, takie dostaje. Ostatnio od posła Samoobrony. – „Mam domek na wyspie Rodos, możemy prywatnym samolotem”… Obrzydliwe – wygina wargi z odrazą. – Niektóre bardzo chcą się wybić. Na zgrupowaniach przed konkursami na miss mdleją, rzygają, leje się krew z nosa, ale walczą.
Do agencji Andrzeja Cichockiego z Maxima Models często matki przyprowadzają córki za rękę. Matki mówią: – Wie pan, ja też kiedyś chciałam, nie było warunków, szybko za mąż wyszłam, dzieci, praca, żeby chociaż ona – poprawiają córce loki. Mówią: – Żeby zobaczyła inne życie. Ja już nie zobaczę… Nie wiadomo czasem, komu bardziej zależy. Często córki milczą, matki, najwierniejsza publiczność seriali, mówią za dwie.
Być modelką. W tym świecie wszystko przychodzi szybciej. Dorosłość, pieniądz, nawet „starość”, czyli koniec kariery, przychodzi szybciej.

Moja PYSIA jest najładniejsza

Do klubu Stodoła schodzą faceci. Panowie z brzuszkami kupują w barze piwo. Nie żadni sponsorzy. To tatusiowie. Przyszli obejrzeć swoją PERŁĘ, PYSIĘ, DUMĘ. Małe dziewczynki w warkoczykach przy paniach w garsonkach to młodsze siostry. Czekają jak na dobranockę o księżniczce.
Wybory Miss SGH. Zaraz pierwsze wejście w dżinsach. Anka rzuca krytyczne spojrzenie na opięte pośladki. Ma dużo zastrzeżeń do ud. Każda do czegoś ma. – Mama mnie nie namawiała, chcę mieć ładne zdjęcia i przełamać siebie – rzuca praktyczne „to wszystko”. Bo Anka nie wyobraża sobie tego momentu, gdy zapalają się światła, ona na scenie w bikini, a przed nią tyle osób…
Żadna nie lubi występów, a w dzień powszedni maluje „tylko rzęsy”, dla każdej ta zabawa w Miss SGH to luz i przygoda. Marcie przyjaciel powiedział, że się obrazi, jak nie pójdzie, więc stwierdziła, że nie warto ryzykować, i poszła na casting. Marta liczy na jakąś pracę, może na luksusowych konferencjach? Może… Katrin, dziewczyna o rysach mulatki i apetycznych kształtach, najbardziej boi się o to, czy dobrze się porusza. Ten wybieg jest dla Katrin jak kurs dopracowania, może wstęp do życia w dyplomacji? Bo marzy o dyplomacji.
Już zapalają się światła. – Nie jak babcie! Pewność! Na lewym ręku numerek! – Marta Jakiniuk, wysoka dziewczyna w zamszowych szpilkach, dodaje ostatniego „powera”. Pisk facetów zagłusza cienkie głosy w mikrofonie. Dziś nie opowiada się banalnego „Kocham sport, kino i dzieci”. Dziś się kocha „psychologię negocjacji i międzynarodowe stosunki”. Chudej blondynce trzęsą się nogi na obcasach. – Bardzo było widać? Aż taak? – przegląda się w oczach koleżanek.
Marta Jakiniuk jeszcze latem 2005 r. odbierała koronę Miss Warszawy, a już uczy dziewczyny KLASY na uniwersyteckich konkursach. Sześć lat pracuje w branży. – Wiadomo, to już niedługo – 22-letnia dziewczyna mówi niedwudziestodwuletnim językiem. – Nawet polskie gwiazdy w 30., 35. roku życia chodzą tylko na szczególne, a nie masowe pokazy. Dla niegwiazd granica to 25-26 lat. Nie marzyłam, ale dziadek marzył, zawsze mówił: „Marta będzie modelką”. Rodzice są zadowoleni, bo niewiele osób w moim wieku jest w stanie utrzymać się samemu. Ale lepiej mieć inną furtkę, bo są miesiące puste, jak grudzień, gdy nic się nie dzieje, a są takie, że starcza na kolejne cztery – na wszelki wypadek Marta wybrała studiowanie architektury. Od niedawna zaocznie, bo bycie piękną wymaga czasu. – To taki zawód-niezawód, głównie chodzi się po castingach, albo się spodobam klientowi, albo nie. Trzeba iść na kilka w tygodniu, żeby dostać pracę – Marta z poczuciem własnej wartości nigdy nie miała problemów. Nie robi na niej wrażenia, czy przejdzie w futrze, czy bikini. Tego modeling uczy – pewności siebie.
Wie pani, na Bermudy…

Czasem Andrzej Cichocki biegnie ulicą, widzi piękną dziewczynę, ale nie ma czasu się zatrzymać. Ona nawet nie wie, że minęło ją PRZEZNACZENIE. Gdyby się zatrzymał… Jak wtedy, kiedy pędząc na lotnisko, mijał blondynkę. Odkręcił szybę i w sekundę podał adres agencji. Dziś dziewczyna za ciężkie pieniądze pracuje w Nowym Jorku.
7 grudnia 2005 r. W Polsce zima, a na kasecie, którą oglądam u pana Andrzeja, dziewczyny w dżipach, w szafirowej wodzie, na egipskiej pustyni. Wybrane z całej Polski: z Białegostoku, Zamościa, Zduńskiej Woli. Rocznie na castingi Maxima Models przychodzi ich 10 tys. Szczęściary zaprasza się na sesję na koszt agencji. – Wystarczy jeden dzień, żeby ocenić, co sobą reprezentuje. Z 10 tys. z każdego sezonu na dobre kontrakty ma szansę 20 – pan Andrzej zatrzymuje kasetę. – Sama radość, proszę zobaczyć. Dla nich wszystko jest nowe, samolot, pięciogwiazdkowy hotel. Nawet nie wiedzą, że filiżankę bierze się razem ze spodkiem, że nie leci się z brudnym talerzem do szwedzkiego stołu po dokładkę.
Następny kadr: na plaży scena w formie beduińskiego namiotu, perskie dywany na piasku, słońce, a w jury prezesi, dyrektorzy hoteli, ludzie z amerykańskiego „Cosmopolitan”. To coroczny konkurs Foto Models Poland – szansa na zagraniczne kontrakty. Slogan brzmi: nie musisz być wysoka, wystarczy, że jesteś fotogeniczna. Dziewczyny znają te historie. Jak tę Kasi Drzyżdżyk. Też tu zaczynała. Potem wygrała 100 tys. zł w programie „Robinson”, potem przeniosła się do Warszawy, potem była na okładce „Playboya”. Każda tak chce. Nastoletni umysł zna różne sposoby… – O, a ta – pan Andrzej zatrzymuje film – uciekła nam w nocy, wie pani, z hotelu… Tłumaczyliśmy, lansowaliśmy, nie pomogło. Przy dłuższej współpracy najważniejszy jest charakter.
W dziewczyny z charakterem Maxima inwestuje. Jak trzeba, w grę wchodzi nawet operacja plastyczna na koszt agencji.
– Uroda to nie wszystko, KLASĘ trzeba mieć w głowie. Zawsze im to mówię: KLASA, uczcie się, może z domu tego nie wyniosłyście. Często rodzice, przeważnie ojcowie, są tak zakochani w córkach, że nie wierzą, gdy po powrocie z wyjazdu mówię im, że do red bulla leje sobie pół szklanki wódki i zadaje się z łysą pałą ze złotym łańcuchem. Takim dziękujemy. Mimo że można było na niej zarobić niezłe pieniądze, wysłanie jej na międzynarodowy kontrakt to dla agencji ryzyko.
Gdy za tytuł Miss Foto Models 2005 Asia Paszko (86-60-89) dostała 70 tys. zł plus sesja zdjęciowa w Kairze za 2 tys. dol., nie wierzyła, za co aż tyle. Za to, że ona, 19-latka z Białegostoku, była w Egipcie, mieszkała w pięciogwiazdkowym hotelu… Wycieczkę po Nilu oddała mamie i bratu. Nigdy nie widzieli Nilu.
– Dziewczyny z prowincji to najlepszy materiał na gwiazdę. Jak zarabiają pierwsze 1000 zł, pytają: „Boże, za parę godzin aż tyle? Rodzice za miesiąc przynoszą 800 zł” – Andrzej Cichocki (lata w branży) widzi, jak są zdeterminowane. Patrzą na harówę swoich rodziców i mają motywację, żeby się wybić, lepiej żyć. Jak się już wybiją, są kimś, całe miasteczko o nich mówi, burmistrz zaprasza do ratusza, daje rodzicom na długi, na życie, na święta. W dużym mieście są bardziej zmanierowane. Studio umówione, zapłaceni styliści, ona dzwoni, że chłopak jej dziś nie puści.
Każdy rodzic ma taką teczkę, do której chowa wycinane z katalogów fotosy swojej PYSI. Cichocki nieraz słyszał te rozmowy matek w pracy: – Pani Danusiu, gdzie ta córka? – Pojechała na Karaiby na sesję – pani Danusia pokazuje palcem na mapie, a wszystkie koleżanki zbierają się nad biurkiem. – Aż tak daleko pani puściła? A ile zarobi tych pieniążków? Czasem matki w środku zimy pokazują SMS-y: „Mamo, jest 35 stopni”.
W kuchni Paszków też wisi kalendarz. Na nim Asia na wielbłądzie. Wszędzie pamiątki z najładniejszych miejsc – papirus, talerz z Egiptu, zdjęcie jachtu na Bermudach. Nigdy nie wypychali jej w wielki świat. Matka się bała, najbardziej o te wystawne kolacje wieczorem. Ale tato zawsze mówił, że ma szansę, taki w Asię wpatrzony. Najbardziej chciał, żeby spróbowała na Miss Ziemi Podlasia. – Wygrałam wszystko – Asia pamięta ten moment: ona w ślubnej sukni, w tle piosenka z „Titanica”, petardy, łzy same z oczu ciekły. – Dwa miesiące później przyjechałam do Marriotta na casting. Boże, pierwszy raz w Warszawie. Jak ja się bałam do tej Warszawy jechać. Za miesiąc szef amerykańskiego „Cosmopolitan” zaprosił mnie na sesję. Z Białegostoku na Bermudy, wie pani… Kraby, homary, białe piaski, pokój na jachcie, służba. Zawsze oglądałam seriale o modelkach. To było jak w serialu – wschodni akcent Asi brzmi jak leciutki dysonans przy tych wszystkich fotosach na kredowym papierze. W październiku przeprowadziła się do Warszawy, za swoje kupiła mieszkanie, nawet zaczęła studiować turystykę, żeby być bliżej wielkiego świata. Raz Paszkowie zaprosili pana Andrzeja do domu w Białymstoku. Cały stół zastawili, żeby podziękować, że córce życie odmienił.

Dobry „materiał” – nastolatka

„Wysyłam zdjęcia. Marzę o tym, żeby być modelką. Czy się nadaję?”. Wszystkie listy adresowane na agencję Dafne są podobne.
– Dziewczyny często nie mają krytycyzmu – opowiada Maja Głuchowska, 27-letnia właścicielka. – W ogóle nie nadają się do tego, ale chwytają się opinii rodziców, że są najpiękniejsze. Stąd ten rynek oszustów. Na zdjęcia do „portfolio” wydają nawet 3 tys. zł, żeby gdzieś zaistnieć.
– To brutalny, chamski świat – opowiada znany dziennikarz, którego córka spróbowała w Londynie. – We wrześniu i lutym są tam tzw. fashion week. Nigdy nie zobaczyła pieniędzy, za to do dziś ma silną nerwicę. Nie wiem, co się wtedy działo w jej głowie.
W głowie Andżeli Zawadzkiej dzieje się tak dużo, że nie wiadomo, od czego zacząć. Gdy cztery miesiące temu oglądała przed telewizorem w sennym bloku w Gryficach film, jak dziewczyny pływają z delfinami, samo jej się płakało. Do tamtej pory nic się nie działo w jej gryfickim życiu, na spacerze z psem mijała tych samych ludzi, budziła się, jadła, szła do szkoły, przed snem oglądała gazety z ciuchami, potem śniło się jej, że jest ZAUWAŻANA. Cztery miesiące temu drugi raz w życiu była w Warszawie na sesji: – Metro i te wszystkie neony… Patrzyłam na tych ludzi i myślałam sobie, że to jest świat dla pięknych dziewczyn.
Dziś mama Andżeli nawet nie może powiedzieć, jaka jest szczęśliwa. Po pęknięciu wrzodów nie słyszy i straciła wzrok. Lata całe utrzymywała córkę za pieniądze z opieki. – Ma 187 cm wzrostu, wysoka, szczupła, a włosy takie czarne i gęste – Andżela płacze, opowiadając o matce, która zawsze chciała być MODELKĄ. – Pewnego dnia miała jechać do Szczecina na sesję, ale dowiedziała się, że jest w ciąży ze mną. Miała 16 lat. Zawsze mówiła, że może mi się uda, że będzie w to wierzyć.
Andżela jeszcze nie włożyła zdjęcia mamy do portfela. Bo ten portfel Chanel ma od niedawna. Okulary Chanel też. Cztery miesiące jest modelką. Pierwsze, co odmieniła, to swój pokój w Gryficach – ściany pomalowała na fioletowo ze złotym szlaczkiem, do tego złoty karnisz, fioletowa firanka i szklany stół. Na łóżku położyła różowy kocyk, mięciutki. Też już pływała z delfinami w Egipcie. Andżela chce się związać z wielkim światem. Na razie wiążą ją z nim te okulary Chanel za 400 zł. Drugie kupiła dla siostry za ostatnie trzy dni w Amsterdamie, gdzie miała sesję ciuchów na lato. Dostała 1000 euro. Nawet nie wie, ile to na polskie. Pewnie nikt w Gryficach nie ma takiego telefonu jak Andżela. Za 1,5 tys. zł.
– Teraz chce mi się żyć. Naprawdę. Chciałabym przejść po wybiegu takim jak te najlepsze modelki. Żeby pomóc mamie, żeby niczego jej nie zabrakło – dla koleżanek Andżela jest kimś. Bogiem, czymś wyższym.
Polskim modelkom łatwiej popaść w obsesję zakupów niż w bulimię. W wielkim świecie dziewczyny muszą być megaszczupłe. W Polsce muszą być młode. Agencje lubią nastolatki. Mówi się o nich „dobry materiał”, bo dużo mogą się nauczyć i mają brzoskwiniową cerę, co jest ważne przy zdjęciach. Praca grafika jest droga, a przy słabej cerze trzeba nawet kilka godzin spędzić w Fotoshopie. Dwa pierwsze lata to przygotowalnia. Potem dziewczyna nabiera ogłady, opanowuje „żywy” angielski w podróżach, zdaje maturę i zaczyna na poważnie.

Załóż mini, rozpuść włosy

Biuro na warszawskiej Ochocie. Piękna kobieta w beżowej spódnicy i klapkach otwiera mi drzwi. Przy nodze czarny kot. – Prawdziwej modelki nie odróżnisz na ulicy od tłumu. Prawdziwa modelka nie kupuje błyskotek – Joanna Gumińska, szefowa jednej z największych agencji modelek Network Talent Group, mówi, że na tym polega klasa.
Na półce w szufladkach mnóstwo zdjęć: „Kamila, włosy ciemny orzech, 90-62-90, 178 cm”. Z setek listów, jakie przychodzą, szansę miało około 50 dziewczyn, wykorzystało ją 30. – Jest zasada, że im młodziej, tym lepiej. Ale znalezienie kogoś, kto jest młody i ma dojrzałe podejście, nie jest łatwe – mówi Joanna. – Trudno wymagać od 18-latki, żeby pracę traktowała jak 30-latka. Dlatego odsiew jest ogromny. To nie organizacja charytatywna, która ciągnie za uszy kogoś, kto nie ma determinacji, żeby pracować, i liczy, że będą spływać pieniądze za to, jak ładnie wygląda. W modelingu 60% sukcesu to osobowość. Dziś, przy zmasowanym ataku reality show, różnych amazonek, gladiatorów, Frytek, większość autentycznie myśli, że też zaistnieje w ciągu pięciu minut bez żadnego wysiłku. Piszą: „Wyglądam tak i tak, dajcie mi szansę”. Dajemy szansę, ale jak trzeba drugi raz przyjechać, bo ktoś chce ją zobaczyć, mówi: „Przecież już raz byłam”. Ich marzenia zupełnie rozmijają się z rzeczywistością.
Jeszcze w początkach lat 90. dziewczyny były inne. Joanna Gumińska, jak trzy czwarte polskich top modelek z tamtego czasu, trafiła do środowiska przez zbieg okoliczności. – Chodziłam do dobrego liceum w Warszawie, uczyłam się języków, czytałam książki. Wtedy nie było w dobrym tonie podkreślanie swojego ego. Pewnego dnia na Starówce zaczepiła mnie dyrektor artystyczna amerykańskiego „Cosmopolitan”, która przyjechała pomóc zakładać pismo w Polsce. Tak to działało, że ktoś gdzieś kogoś zobaczył. Potem wyjazd do Nowego Jorku, wiza z pozwoleniem na pracę. To wtedy było spektakularne. Po sześciu latach wróciłam i założyłam swoją agencję. Większość z nas zostaje w branży mody lub blisko: Agnieszka Maciąg była dyrektorem kreatywnym Vistuli, Ilona Felicjańska ma firmę PR, Kasia Butowtt organizuje pokazy. Lata funkcjonowania w tym środowisku dają taką wiedzę i umiejętności, jakich nie da żadna szkoła wizażu ani kursy stylizacji.
Na fotosach w Network Talent Group nie ma blondynek z błękitnym cieniem na powiekach, które w koronie machają do dzieci na balach charytatywnych. Bo to dwa różne światy – być modelką i być miss. Tu nie ma ślicznych dziewczyn, raczej interesujące. Z piegami, sękami… I reguły są inne.
– Nie wybierają ich, jak w konkursach na miss, znani panowie z brzuszkami. To cała machina, sztab rozmaitych ludzi, np. dojrzałe panie w gazetach, kreatorzy często o odmiennej orientacji seksualnej – mówi Joanna. – Modelki są najbardziej spektakularną wypadkową wyobrażenia o pięknie różnych środowisk. To piękno nigdy nie jest banalne.
Casting na Chełmskiej. Aktorki zwykle wchodzą pierwsze. Za nimi kolejka 200 dziewczyn. Zawsze jest ich mnóstwo. Żeby pokazać się 10 minut, jadą pociągami wiele godzin. Mają się przedstawić (zazwyczaj w obcym języku), pokazać lewy i prawy profil, powiedzieć dwa zdania, zaprezentować biały uśmiech. Ogłoszenia są różne, np. tylko brunetki, załóż mini i rozpuść włosy. Wtedy jadą tylko brunetki.
Joanna Gumińska mówi: – Na Zachodzie preferowane są dziewczyny młode, które spektakularną karierę u najlepszych projektantów kończą koło 26. roku życia, ale dziś niewiele osób jest w stanie wymienić ich nazwiska. Era top modelek sprzed 15 lat skończyła się definitywnie. Wtedy Campbell, Schiffer, Crawford były ważniejsze od ciuchów. W Polsce, gdzie jest kilku projektantów, prawdziwe pieniądze zarabia się na reklamach, nie okładkach w gazetach ani pokazach. Dlatego u nas wiek, gdy najlepiej zarabiają, to 25-35 lat. Nasz rynek kreuje dziewczynę po studiach, która ma mieszkanie na strzeżonym osiedlu, auto, dobrze zarabia. Skoro jest po studiach i żyje na poziomie, musi mieć te 27 lat i takie mają pracę. Pieniądze nie są wirtualne. Gdy zaczynałam w końcu lat 80., był dziki Zachód, pracy mniej, ale stawki szalone. Teraz jest mnóstwo drobnych zleceń, coraz więcej naszych firm chce zaistnieć, robiąc piękne kampanie, Reserved, HexeLine, Simple… Dobra dziewczyna może zarobić w Polsce kilkanaście tysięcy złotych za dwa-trzy dni pracy.

Byle tylko zostać miss

A jednak. Do konkursu Miss Polonia startuje co roku kilka tysięcy dziewczyn. Do finału dochodzi 20. „Dobry materiał” to: minimum 175 cm, wymiary zbliżone do ideału 90-60-90, ciało bez tatuaży i blizn, wiek do 24 lat. „Podrasowanie” (np. uszu, zębów) jest nawet wskazane. – Często przychodzą za namową mamy, która realizuje swoje marzenia z przeszłości – mówi Elżbieta Wierzbicka, prezes Miss Polonia. – Jeżeli ma silną motywację, może pomóc córce zaistnieć, jest jak bodziec dla tych nieśmiałych dziewczyn, które inaczej gdzieś by zniknęły. Często mamy przeżywają bardziej niż córki. Po każdym finale znajdują się rodzice, którzy zarzucają nam, że jury manipulowało wynikami.
Regulamin nie zmusza też dziewczyn do składania gratulacji tej, która wygra. Dla tych, co zrobiły wszystko, żeby zaistnieć, to jak drugi cios. Takie są zawsze. – Na Miss Ziemi Podlasia była dziewczyna, która celowo tam, gdzie trzeba skręcić w prawo, skręcała w lewo, gdzie siedzieli jurorzy. To taki charakter trzeba mieć – mówi Asia Paszko z tym wschodnim akcentem. Niektóre decydują się na inne „kroki w lewo”…
Marta Kossakowska sączy kawę w Arkadii i mierzy nowy słomkowy kapelusz. Marta nie czeka na castingach. Szkoda jej czasu na kolejki. Pewna siebie, choć dopiero 20-letnia. Faceci przy stoliku obok patrzą, jak 180-centymetrowa brunetka zakłada nogę na nogę. Piękno ma to do siebie, że kręcą się faceci, na co Marta mówi: „niestety”. Dziś już wielkomiejska, ale wtedy 16-letnia dziewczyna z Bydgoszczy… To mama w 2001 r. zapisała ją na konkurs Miss Polski. Żeby Marta nie siedziała smutna w pokoju, bo gdy w liceum zaczęła błyskawicznie rosnąć, lekarze stwierdzili, że kręgosłup nie wytrzyma siatkówki. Marta nie wiedziała, co zrobić z czasem. To mama go zagospodarowała. Na półfinały przyjechała pociągiem:
– Pierwszy raz byłam w Warszawie i nie wiedziałam, o co chodzi. Dziewczyny miały po 17, 18 lat, zrobione nosy, zagęszczone włosy, tipsy, prywatne fryzjerki, niektórzy rodzice pół roku odkładali na sukienki od Versace. Finały Miss Polski i Miss Nastolatek były w Chorwacji na wyspie Raab. Przed autokarem, gdzie żegnali nas rodzice, nikogo nie było, różni prezesi wsiadali dalej, żeby mamy nie widziały. Niektóre dopiero dwa dni później dolatywały samolotami z różnymi panami. Trzy tygodnie to trwało. Dziewczyny topless jeździły z prezesami kabrio, sponsorzy pukali pijani o 4 rano, że „zmiana ręczników”, nawet w chorwackiej gazecie napisali, że „przyjechały Polki…”. Wszyscy widzieli, jak Miss Polski chodziła wcześniej ze sponsorem za rękę.
Ale Marta nie dla korony chodzi po tych castingach. Jest życiowa. Kolekcjonuje znajomości, żeby WBIĆ SIĘ w ten świat i zebrać jak najwięcej telefonów od dziewczyn. Właśnie rozkręca swój biznes w tej branży. – Wiele studiuje zaocznie. Rodzice już nie dają pieniędzy jak kiedyś. Dziewczyny zrobią wszystko – na razie Marta przerwała studia. Jest szefową.
Elżbieta Wierzbicka mówi, że z tymi sponsorami to mit: – Dwutygodniowe szkolenie jest zupełnie zamknięte na zewnątrz, dla chłopaka, rodziny, sponsora. Proszę mi wierzyć, że żaden nie wydaje takich pieniędzy po to, żeby jechać na zgrupowanie i patrzeć na dziewczynę. Poza tym w ostatnim 15-osobowym jury były w większości kobiety.

Mama montażystka, tata na koparce

– U nas w Krapkowicach o godz. 20 nie ma już nikogo na ulicach. Szkołę kończyłam o 15, jakieś zakupy, wieczorem nauka do matury, w weekendy pracowałam jako barmanka w dyskotece… Dziś kalendarz Malwiny Ratajczak, Miss Polonia 2005, wygląda inaczej: jutro wylot do Niemiec, w środę targi w Poznaniu, potem jakaś sesja w „Glamour”, w lipcu wyjazd do Rzymu i pokaz na Schodach Hiszpańskich. Oprócz tego w kalendarzu mnóstwo spotkań z różnymi dyrektorami. Na początku Malwina „małpowała” damę, podglądała, jak jedzą, z czego się śmieją, który widelczyk… – Podsłuchiwałam, jak rozmawiają, podchwyciłam coś od jednego dyrektora i sprzedawałam drugiemu. Na początku nawet nie wiedziałam, jak się ubrać do telewizji. U nas w Krapkowicach wszyscy traktują cię jak rodzina. W wielkim świecie czasem czuję się jak przedmiot…
Marzenia też są inne niż rok temu w Krapkowicach, kiedy największym marzeniem Malwiny była praca w dyskotece.
– Dziś patrzę na rówieśników, których marzeniem jest siodełko do motoru za 100 zł, a moim pracować na największych scenach, jak Felicjańska, Gabryjelska, i zrobić karierę w telewizji jak Magda Mołek… Akurat w mojej dyskotece miały się odbyć wybory Miss Ziemi Krapkowic, gdy właściciel postawił ultimatum: „Wystąpisz albo cię zwalniam”. Mama, montażystka obuwia, mówiła: „A gdzie ty, dziecko?”. Finały śledziła w telewizji. W zasadzie z łazienki, taką miała biegunkę. „Malwuś, coś ty nam narobiła?”, płakała, jak weszłam do domu z walizką. „Mamuś, ja sama nie wiem”.
W tym świecie można zwariować. – Ja pamiętam, że jestem z małej miejscowości – mówi Asia Paszko. Jak przyjdzie ten KONIEC, TEN WIEK, Asia otworzy biuro podróży. Jedyne, co może zrobić, żeby oddalić KONIEC, to nie palić, nie pić i nie jeść słodyczy, żeby nie szło w nogi.
Justyna Bergman wyciąga z portfela zdjęcia: mamy, jakich wiele w Grudziądzu, taty, zawodowego żołnierza z wąsami, który zawsze mówił, że jest najpiękniejsza, babci, która chodziła z gazetą po sklepach, że to „MOJA WNUCZKA – Miss Polonia 2000”. Justyna wtedy na finałach widziała ze sceny tylko ich: czerwoną twarz ojca i łzy matki.
– Myślałam: „Boże, jak nie wygram, przecież wstyd im przyniosę”. Potem już nic nie słyszałam. Jest na kasecie ten krzyk mamy. On śni mi się po nocach… Byłam przed maturą, aż nagle jakieś kolosalne pieniądze zaczęły rosnąć mi na koncie. Wtedy były dużo większe stawki, np. miałam kontrakt z firmą obuwniczą, jeździłam po Polsce i otwierałam sklepy, za każdy dzień dostawałam 1000 zł, a tych sklepów było kilkadziesiąt. Dziś zupełnie inaczej pokierowałabym tym rokiem. Uważam, że w ten świat nie powinno się wchodzić przed 21. rokiem życia. Ja byłam naiwną dziewczynką z liceum. Strasznie się wtedy zakochałam w księciu z tego „świata”. Po dwóch miesiącach znajomości zabrałam swoje pieniądze i przeprowadziłam się do Warszawy, po kolejnych dwóch zaręczyłam. Byłam DAMĄ. Po ośmiu miesiącach love forever się skończyła, musiałam oddać koronę, odeszły wielkie propozycje. Łatwo człowiek się przyzwyczaja do dobrego… Ale dla rodziców to była ulga. Prości ludzie, a tu nagle wywiady, telewizja, spinanie, musieli myśleć o tym, co mówią, jak wyglądają.
Nie chcą o tym mówić publicznie. Że zdarza się, że ich zaharowane matki, kury domowe z sennych miasteczek, znów zaczynają marzyć, gdy one osiągają sukces. Matki pakują ojcom walizki po kilkudziesięciu przeżytych banalnie latach, bo córka, która wygrała los na loterii, matki tak nie zostawi.


Ile za urodę?

• Za sesję do gazet, bez względu na to, ile trwa, dostają kilkaset złotych.
• Stawki są trzykrotnie mniejsze niż 10 lat temu. Za pokaz u zagranicznego projektanta dostają od 500 do 1000 zł, u polskiego 200-300. Najlepiej płaci Maciej Zień.
• Najwyższa stawka dla Miss Polonia to 2,6 tys. zł za jednodniową reklamę kosmetyków znanej marki, jako goście honorowi dostają po 700 zł za dzień.
• Pieniądze są z reklam filmowych. Zależnie od pola wykorzystania wizerunku (czy tylko na Polskę, czy inne kraje, miesiąc czy rok) od 800 do 1000 zł za dzień zdjęć. Duża kampania to kilkadziesiąt tysięcy.


Gdy córka powie: chcę być modelką

Ewa Wachowicz, Wicemiss Świata 1992, właścicielka firmy produkującej programy kulinarne i wydawnictwa

– W 1992 r. było zupełnie inaczej. Właściwie mody nie było…
– To był inny świat. Bez agencji modelek, aparatów cyfrowych, komputerowych retuszy, w pełni kolorowych gazet. Na wyborach najmilszej studentki w Krakowie nie miałam nawet kosmetyczki, Dorota Pomykała nauczyła mnie, jak należy się malować. Gdy na finałach wygrałam forda probę, z poznańskiej Areny niezarejestrowanym i nieubezpieczonym autem przyjechałam do swojej wioski, do Klęczan. Najbliższa stacja z bezołowiową benzyną była w Krakowie, więc tato z kanistrem jechał do gorlickiej rafinerii kupić paliwo. Nie miałam menedżera, dzwoniono do mnie do akademika, nie miałam też projektanta ani stylisty. Był listopad, gdy jechałam do Afryki na wybory Miss World, gdzie była pełnia lata. Halina Kasprzyk, która w Krakowie prowadziła butik, skompletowała mi walizkę ze swojej szafy. Dziewczynom z Zachodu nie podobały się muchy, klimat, lustra, ręczniki, mnie podobało się wszystko.
– Gdzie dziś byłaby pani, gdyby nie tamte „pięć minut”?
– Na pewno nie tu, gdzie jestem. Pozostała mi masa kontaktów, w telewizji, modelingu, wszędzie. Pewnie skończyłabym studia na Akademii Rolniczej w Krakowie, nie na Akademii Ekonomicznej, wróciłabym do swojej wioski i robiła karierę zgodnie z życzeniami rodziców, nie dostałabym pracy jako sekretarz prasowy premiera, dlatego że byłam znana, miałam dużo kontaktów z dziennikarzami i swobodę przed kamerą. Uważałam, że będzie mi łatwiej, okazało się jednak, że i tak musiałam niejednokrotnie prosić: dajcie mi szansę. Uroda w Polsce to nie atut – przeszkadzała. Za granicą odbierali to inaczej: fajnie, młoda dziewczyna, młody premier, młoda demokracja.
– A jak córka powie, że chce być modelką?
– Ola ma pięć lat. Rok temu dowiedziała się, że byłam miss, bo zobaczyła u babci zdjęcie z koroną. Nie chciałabym, ale jej nie zabronię.
– Dlaczego? Faceci?
– Modelka to nie jest łatwy chleb, a faceci boją się pięknych kobiet. Niejednokrotnie trzeba udowadniać, że uroda nie jest jedynym atutem. Pamiętam, jak w dyskotece cały wieczór bawiłam się z jakimś chłopakiem, aż nagle zapaliło się światło. „O Boże”, sparaliżowało go i już ze mną nie zatańczył. Pamiętam też, to było naprawdę upokarzające, jak w klubie podszedł do stolika pan z plikiem studolarówek. „Ile?”, rzucał. „Tysiąc, dwa?”. Założył się z kumplem, że ze mną zatańczy. Nie, nigdy w polityce nie dostałam niemoralnej propozycji.

EG

Wydanie: 21/2006

Kategorie: Obserwacje
Tagi: Edyta Gietka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy