Moje obsesje

Moje obsesje

W niektórych okresach życia miewałem myśli obsesyjnie skierowane na jeden temat, jeden jakiś problem, czemu towarzyszyło zobojętnienie na inne sprawy, może ważniejsze. Nic w tym dziwnego, że jako student wydziału dziennikarstwa (przez jeden semestr) nieustannie przemyśliwałem, jak sobie radzić z cenzurą, i dręczyła mnie tłumiona wściekłość, że rady na nią nie ma. Debiutowałem w „Polityce” artykułem podpisanym skrótem B. Łag., ponieważ pod względem rozmiarów nie spełniał wymagań mojej ambicji. Pierwszy artykuł, jaki przyniosłem do redakcji, bardzo spodobał się Michałowi Radgowskiemu, który był zastępcą naczelnego. W redakcji ważniejszy od niego był ktoś o imieniu Darek, i ten Darek uznał, że artykuł jest w części niecenzuralny. Radgowski bardzo mnie jednak zachęcał do pisania i żeby mi jakoś osłodzić niepowodzenie, zamówił i wydrukował inny tekst. Proponował mi współpracę z działem kulturalnym, ale Drewnowskiego tego dnia nie było, a kultura nie była wówczas moją obsesją.
Miałem kuzyna, zresztą dalekiego, człowieka bardzo rozumnego i oczytanego, któremu odmalowałem moją nienawiść do systemu z powodu cenzury. W tej samej chwili, gdy skończyłem to oskarżenie, przypomniałem sobie jego przeżycia okupacyjne, powojenne i przedwojenne, i sam sobie ze swoją cenzurą wydałem się śmieszny. Jasne, że kuzyn, któremu różne rodzaje śmierci – z głodu, od kuli, z tyfusu – zaglądały w oczy, nie bardzo się przejął moim oburzeniem na cenzurę, a jego spojrzenie z góry wyleczyło mnie z tej obsesji. Inne przygody z cenzurą są do opowiedzenia, ale może innym razem.
Obsesją, której nie żałuję, bo dzięki niej dużo się nauczyłem – czytając Adama Smitha, Saya, Bastiata, von Misesa, Hayeka i im pokrewnych – było wieloletnie zaabsorbowanie czymś, co mi się wydawało jednocześnie nonsensem i tragedią, a mianowicie odebraniem ludziom najoczywiściej słusznego prawa do robienia rzeczy bezspornie użytecznych, produkowania potrzebnych towarów i handlowania nimi. Myślę, że coś z tej obsesji udało mi się przekazać niektórym studentom w czasie, gdy umysły i emocje były zajęte skutkami tyranii gospodarczej, a nie nią samą. System jednopartyjny, ograniczenie swobód obywatelskich, drętwa, nietroszcząca się na szczęście o skuteczność indoktrynacja ideologiczna, system dwu prawd: prywatnej i publicznej, stwarzający klimat obłudy, ale zarazem sprzyjający zbawiennemu sceptycyzmowi, którego tak nam dziś brakuje, mało mnie w gruncie rzeczy obchodziły i mogłyby sobie nadal istnieć, ale zakaz prywatnej przedsiębiorczości, a także tak zwane domiary podatkowe nakładane na prywatnych ogrodników i rzemieślników i inne stosowane wobec nich szykany doprowadzały mnie do tak zwanej szewskiej pasji. Skrajny hiperliberalizm moich ówczesnych poglądów ekonomicznych był swego rodzaju sublimacją mojej złości na kolektywistyczny system gospodarczy. Nie mam sobie z powodu tej obsesji nic do zarzucenia, była ona właściwym rozpoznaniem prawdziwej hierarchii ważności spraw. Teoretykiem ekonomii nie byłem, jako obywatel miałem rację.
W głowach moich współczesnych, czyli ludzi w tych czasach żyjących, odżegnanie się od systemu kolektywistycznego pojawiło się razem z bezrefleksyjną negacją kolektywnej własności. Taka własność istniała i solidarnościowa władza polityczna nie miała prawa prywatyzować i reprywatyzować, nie pytając o zdanie społeczeństwa czy to za pomocą referendum, czy w inny sposób. Ten temat nie jest jednak moją obsesją.
Dwie mam obecnie obsesje: jedna odnosi się do Europy, druga do Polski.
Nie wiem, czy to, co się dzieje obecnie z Europą, jest dobre, czy złe i czym się skończy – nikt tego nie wie. Nie można jednak zamykać oczu na rzeczy oczywiste: w miejscu geograficznym zwanym Europą kończy się dotychczasowa cywilizacja i zaczyna zupełnie inna; to, co powoduje nauka i technologia, w swoim wymiarze ma cechy cudowności, ale należy do cywilizacji dotychczasowej, jest rozwinięciem możliwości ujawnionych już pół tysiąca lat temu. Nową jakość tworzy wędrówka ludów, napływ mas ludzkich z innych kontynentów, ludzi niemających w sobie skutków wielowiekowej europejskiej tresury, nieprzyjmujących europejskich wzorów myślenia i odczuwania. Nie mówię, że oni wskutek tego są gorsi, mówię, że są inni. Wraz ze zmianą mieszkańców w Europie zmieni się wszystko, łącznie z polityką i jej największym osiągnięciem – demokracją. Dziwne w tym wszystkim jest również to, że rządy europejskie, mocno pod tym względem wspierane przez „społeczeństwo obywatelskie”, nie pozwalają tego zjawiska otwarcie opisywać. Zabraniają tego zarówno prawa pisane, jak też konformizm. Tak więc Europa zmierza ku tajemniczej przyszłości z częściowo zamkniętymi oczami i zatkanymi uszami. Bóg z nią.
Moją polską obsesją jest umacniające się i rozszerzające się przekonanie, że Polska przegrała wojnę i nie wiadomo, jakim prawem zawiera w swoich granicach Gdańsk, Szczecin i Wrocław. Mówią, że otrzymali je jako rekompensatę. Czy narody, które przegrywają wojnę, wynagradza się rekompensatą? Słyszał kto albo czytał w księgach o takich przypadkach? Od przegranych żąda się odszkodowań, reparacji i twardo się je egzekwuje.
Donald Tusk i jego partia twierdzą, że skutki wojny trwały do 1989 roku. Co za ślepota! Przecież te skutki nadal trwają.

Wydanie: 22/2011

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy